„samotne serca samic”
Ernesto zaskrzeczała, gdy tylko M. podjęła trud wspinania się na soplach stóp po kamiennych schodach. Jak widać, obie rozpoznały się bezbłędnie na ciemnej ścieżce, bo kotka ani myślała przedostawać się ruchomym okienkiem przez piwnicę do domu. Rozochocona i pewna swego oczekiwała na M. pod wejściowymi drzwiami, szlifując ich dolne partie bokami grzbietu.
M. spojrzała zazdrośnie na kotkę. Zwierzątko było już u samej góry. Szczęściara! Pewnie nawet nie zauważyła, kiedy zwinnymi łapkami pokonała tych kilka grubych głazów wyszlifowanych w stopnie schodowe!
A ona, no cóż… Już jako dziewczynka liczyła każdy schodek z bólem. Nigdy nie miała dość sił, by tak po prostu, jak reszta rodzeństwa, niezauważenie pokonywać przeszkody ciała. Jak nie uszy to stawy… Jak nie te, to jakaś taka słabość w sercu, czy coś…- kolejny raz próbowała to sprecyzować w myślach dla samej siebie. To „coś”, co zaciskało jej wolę życia w pięść uderzającą w mostek od wewnątrz i stopniowo spłycało oddech. Pacjentowi z takimi objawami zaleciłaby walerianę, nazwała to napadem paniki i umówiła konsultację u psychiatry. Ale swój przypadek widziała poza medyczną diagnostyką. Czuła, że jej dolegliwość pojawiła się u niej nierozerwalnie z samym życiem. Nie pamięta, by kiedykolwiek była od niej wolna, raczej kojarzy jej rozkwit w sobie, współmiernie z napływającym w jej ciało czasem.
Po prostu życie niepokoi, a im dłużej żyjesz, tym bardziej się boisz- skonstatowała i postawiła kropkę w nieuchwytnym notesie rozważań, wiedząc, że może poń sięgnąć, kiedy zechce. Zwykle bowiem pamiętała swoje wcześniejsze myśli, nawet sprzed wielu lat i w wybranym przez siebie momencie mogła do nich ze swobodą wrócić i dokończyć dywagacje. Wertowała w nich, niczym doświadczony księgarz w starych tomiszczach.
Ktoś mógłby powiedzieć nazbyt optymistycznie, że M. to kobieta będąca w kontakcie ze sobą.
Owszem, M. jest w nieustannym kontakcie, od wielu lat. Ale raczej przypadkiem trafia na samą siebie w gąszczu swojego jestestwa. Łatwiej jej o spotkanie z wiatrem, pomrokiem, deszczem… głosami i osobami znikąd.
Ale oto przyglądamy się jej, gdy to rozeznawszy się w swoim wnętrzu, zamknęła proces samoanalizy i wyszła z głowy prosto w mróz.
Spojrzała na dwuskrzydłowe drzwi, za którymi rozciągało się to wszystko, co nazywała swoim domem. Wypuściła uwięzione napięciem przemyśleń- powietrze z płuc. Dotarło do niej, że całkiem sprawnie pokonała niełatwą drogę do mamy. Zostało już tylko parę stopni i kilka kroków wzdłuż korytarza… Kotka niecierpliwie ponaglała ją wijąc się i skrzecząc.
-No już, już moja mała! – odpowiedziała zwierzęciu uspokajająco, co ta bezbłędnie odczytała, bo natychmiast przysiadła spokojnie, by śledzić z wyrozumiałością zmagania M.
Schodek za schodkiem. Bolesny wdech, boleśniejszy wydech. I znów, i znów…
Każdy stopień rozniecał w jej ciele ból. W gardle, w piersiach, w brzuchu. Nie wspominając o stopach, które znieczulone mrozem, teraz jakby czuły, że nadchodzi ocieplenie i zaczynały pulsować z całych sił chcąc siłą przebić się przez wąskie więzienie kozaków.
Była gotowa na spotkanie z matką. Tak bardzo potrzebowała ją zobaczyć! Zatrzymała się jednak na krótką chwilę, nieruchomiejąc i zamieniając się w czujność, niczym polujący kot. Uświadomiła sobie, że żaden pies, zazwyczaj biegający po ogrodzie wieczorem, nie dał dziś znaku istnienia. No tak, ale komu by się chciało w taki mróz nadwyrężać gardło? – uspokoiła się i przywróciła myślom poprzedni, podekscytowany tęsknotą bieg. – Pewnie śpią w szopce, w ciepłym, powiedziała sobie a muzom przesuwając przed oczami – wyłowione z pamięci, ukochane mordy podwórkowych czworonogów.
To przecież już psi staruszkowie, pomyślała. Niechaj śpią.
Wciągając się przy pomocy poręczy na ostatni schodek, przywitała radośnie wdzięczące się u nóg zwierzątko. Łapiąc kłujący oddech u szczytu, odezwała się wzruszona tym emocjonalnym powitaniem:
– O ty cwaniarko, chcesz wejść do domu jak człowiek?! To ja rozumiem! No cześć mała, cześć… miło zobaczyć się w świetle lampy- świszczała słowami, gładząc tańczący pod jej dłonią kręgosłup Ernesto.
Nieświadomie dodawała sobie tym animuszu przed użyciem klucza.
Otwierał on przecież znacznie więcej niż przepastny dom. Ożywiał też zasuszone w niej opuszczenia i strach przed matką, który niczym syjamski bliźniak rósł obok tęsknoty za nią.
Wiatr jakby się przebudził w udręce, bo zawył z nagła i zmusił drzewa ogrodu do pokłonu. Udawała na wszelki wypadek niewzruszoną. To jest… na wypadek, gdyby wiatr obserwował jej twarz. Od wczesnego dzieciństwa czuła się niepewnie pod nieustannie zawieszonym na niej okiem sił przyrody. Nikt nie chciał wierzyć, że to prawda, nawet doktorzy… Niech im będzie, nauczyła się radzić sobie z tym sama.
W poły płaszcza tata wszył jej dawno temu niewielkie kieszonki na zamek. W jednej z nich nosiła ten jeden jedyny klucz. Do domu rodziców. Zdjęła teraz rękawiczki i wydostała go. Mosiężny, ciężki, wypracowany – zalśnił w świetle przydomowej lampy. Wzięła oddech zbyt duży, by można było uwierzyć w jej spokój.
Ledwie dotknęła nim zamka, a Lula warknęła w korytarzu i drzwi momentalnie otworzyły się na oścież.
– Mamo, aleś mnie… nastraszyła…- z trudem wyraziła zdębienie na widok wyrosłej jak spod ziemi Sophie i jej długonosej obrończyni z koralikami zębów na wierzchu.
Staruszka stała zaciskając pięść na klamce. Wyraźnie zła. Wpatrując się mocnym i czarnym wzrokiem w córkę, machnęła ręką przed pyskiem Luli na znak spocznij i pospieszyła:
– No właź, skoroś już przyszła…- sarknęła. – Po polach łazisz jak obdartus! Widziałam z okna! Tego co ty wyprawiasz, to w mieście świętym nawet by nie pojęli!
M. weszła na korytarz. Wiatr zagroził jej jeszcze zza zamykanych drzwi, ale nie był tak zajmujący jak …
Mama ruszyła w stronę swojej kuchni z psem przy nodze podnosząc ręce do góry, lamentując i wzywając co tylko świętego miała w pamięci.
W tym samym momencie Helena siedząca na małym stołeczku przy otwartych drzwiach do kuchni rodziców, pomyślała, że matka wzywa złe duchy pod przykrywką modłów o cierpliwość do M.
Żałowała siostry, wiedziała, że będzie jak zwykle, że M. zapłaci za każde napięcie i niespełnienie siedzące pod skórą matki. I co najgorsze, uwierzy w przypisane sobie winy. Gdy wykluł się ten wniosek w sercu Heleny, właścicielka serca zagryzła usta i zamknęła powieki z bólem.
Nie odwracając się za siebie, Sophie pomstowała na gościa pokornie snującego się za nią korytarzem: – Po co w taką pogodę piechotą?! No po co, powiedz?! A po co w ogóle tak przyłazić w koło? – wściekała się, prychała.
M. wiedziała, że nie ma dziś szans na dobre oko matki. O dobrych słowach nie śmiała marzyć. Za to-na oko przyozdobione błyskiem przychylności Sophie, czasem zdarzało się jej trafić. Ale nie było reguły na jego pojawienie się. Zupełnie jakby przychylność matki faktycznie spadała z nieba.
Niespodziewanie, jak błogosławieństwo po latach udręki.
W tym samym czasie Helena pomyślała, że Sophie jest niezdiagnozowaną furiatką i sama nie wie, kiedy jaki ma nastrój i dlaczego. Im mocniej matka dokuczała M., tym więcej odrazy Helena czuła do ich nieudolnej rodzicielki.
M. z chorobliwą cierpliwością słuchała zaczepek matki. Najwidoczniej nie chciała odpowiadać. Nigdy nie czuła takiej potrzeby nawet, by dyskutować w myślach z matczynymi atakami. Szła za Sophie do jej kuchni, czując zderzenie z ciepłem domu i boleścią rozszerzających się żył w dłoniach i stopach. Przypatrywała się uważnie drobnej postać matki. Czarna sukienka do kostek, pod szyję i po same nadgarstki, lekko wytaliowana paskiem zawiązanym na smutną kokardę zwieszoną po biodrach… Zaskoczyła ją jasna chusta przykrywająca włosy matki, a w zasadzie nawet uszy. Miała kolor lnu i chyba rzeczywiście zawierała w sobie jego sporą domieszkę, bo gniotła się charakterystycznie dla naturalnych włókien.
– Dobrze cię widzieć, Helenko! – M. wykrzesała z siebie entuzjazm na widok podnoszącej ze stołeczka siostry, kierującej ku niej twarz i wyciągnięte, dobre dłonie. Nie dała się zaburzyć tej sekundzie, bo nie wiedzieć czemu, chwilę przed tym powitaniem, jej starsza siostra- wyglądała jak smutna dziewczynka na stołeczku. Ale musiała uczciwie przyznać, że czuć było, iż dzieje się coś więcej, aniżeli było widać i siostra miała prawo znajdować się w wirze uczuć mieszanych. Helena najwidoczniej jest na jednej z tych ważnych narad u matki, zwoływanych zwykle w jakimś chwilowym impasie rodzinnych sprawek. Ach, to dlatego mama jest nie w sosie! – M. szybko usprawiedliwiła Sophie w myślach i pokrzepiona ruszyła przez kuchnię do sypialni rodziców, gdzie przy trzydrzwiowej, dębowej szafie, w towarzystwie narastającego bólu ściągnęła przemoknięte ubranie i wyzwoliła stopy z kozaków.
Ułożenie stóp na dywanie przyniosło jej perwersyjną przyjemność. Ból i ulga zlały się ze sobą, nasyciły jej ciało, jak gdyby znało tylko takie źródło przyjemności i właśnie dostało doń nieskrępowany dostęp. Skatowane stopy ucieszyły ją, ale zamknęła tę myśl.
Skupiła się na tym co wokół, a samą siebie schowała głęboko między wewnętrzne biblioteki myśli.
Uszy postawiła na warcie. Usłyszała więc, że matka zamyka za sobą drzwi kuchni i mówi coś do Heleny narzucającym tonem. Pozostawszy boso, w spódnicy i sweterku, już chciała do nich dołączyć, gdy nagle obejrzawszy się zobaczyła w łożu rodziców skręconą postać. Niewielką, bez koloru, wyblakłą na twarzy.
Podeszła bliżej. Poczuła nieprzyjemny zapach amoniakowego potu, jakim zwykle czuć od ludzi z niewydolnością nerek.
Pokój był dodatkowo zaciemniony zasłonami, więc nie ważyła się zapalać światła. Była to bowiem ciemność planowana, nie miała co do tego wątpliwości. Skorzystała tylko z półcieni, co to docierały nieśmiało zza uchylonych drzwi kuchni. Wysiliła oczy, uruchomiła skojarzenia…To musi być ona, po takim zatruciu wszystko by pasowało- dedukowała.
– Gajka? – zapytała cicho, podchodząc na obolałych palcach do łóżka.
– Nie, ciociu. To ja. Noemi- odpowiedział głos pozbawiony melodii i mocy. – Daj mi, proszę spać. Przepraszam- głos dodał błagalne westchnienie na koniec i zamilkł.
No dobrze, pomyślała i wycofała się w stronę ciepłej, od rozbuchanego pieca, kuchni. Sophie siedziała przy stole i popijała nalewkę od pana Jasia, wbijając mocny wzrok w opróżnianą śmiało karafkę. Lula u jej stóp, zza przymrużonych oczu śledziła każdy ruch zamyślonej Heleny, a teraz odnotowała także pojawienie się kuchni kolejnej córki. Wydawało się, że ta suczka słyszy dokładnie każdy szmer zza okna, a już na pewno ma jakiś układ z zawodzącym wiatrem. Była skupiona na chronieniu swojej pani. Było to znaczące, że leżała na tyle blisko, by grzbietem dotykać jej trzewiczka, upewniając się, że nikt niepowołany nie ma do niej dostępu.
Jak brama do miasta: Lula służyła ochronie swojej pani, ale dawała też do zrozumienia, że zbliżenie się do Sophie może odbyć się tylko poprzez siłowe zdobycie jej wewnętrznego miasta. I, że nigdy nie będzie to pokojowe porozumienie. Ani dobrowolne.
M. znalazła oczy matki i skierowała do nich pytanie swoim niepewnym spojrzeniem…
Sophie odprowadziła M. wzrokiem na krzesło, stojące przy futrynie drzwi oddzielających kuchnię od sypialni. Miała teraz mamę po swojej lewej stronie, starszą siostrę po prawej, za plecami zaś uchylone drzwi, za którymi, nie wiedzieć czemu, spało to dziwne dziecko.
Nie lubiła Noemi. Dziewczyna była jak skrzeczący ptak. Niezdolna do lotu, nie znająca podstaw kamuflażu. Drażniąca. Ukrywała zdrowe myśli, a chore wyrzygiwała rodzinie pod nogi. Okropność, pomyślała najpierw, a potem wspomniała z ulgą swoją dobrze wychowaną, dyskretną córkę.
Zestawienie A. z tym dziwacznym dzieciakiem, pozwoliło jej poczuć się lepiej, ale tylko w kontekście Noemi. Jedno spojrzenie na matkę zdmuchnęło wszystko, co w M. wyniosłego.
– Dzień dobry wam raz jeszcze…- wymamrotała zdławionym tonem, nie podnosząc wzroku znad kolan.
– Ot, wymyśliła! Walisz słowami jak klown głową w złote drzwi! – ripostowała szyderczo Sophie- nie wiemy, czy się śmiać, czy ratować cię zanim zrobisz sobie krzywę- zaśmiała się chłodno.
– Mamo, mówże za siebie i nie gryź jej tak! – burknęła Helenka, zdzierając płaty skóry z palca wskazującego. Popatrzyła na siostrę ciepło i przebłagalnie. Ból tkanek pomagał odwracać uwagę od nienawiści, którą z coraz większym trudem łagodziła przy matce.
– No, jak tam się czujesz, nasza Emko? – zagadnęła siostrę czule. – Zmarzłaś mocno pewnie- ciągnęła, kierując cały wzrok ku M. celowo unikając łypania matki – to niby niedaleko- westchnęła- ale w taki mróz i zawieję… musiało ci nieźle w kości nadmuchać…- dokończyła żartem, ale z wyraźnie wyczuwalną troską. M. zarumieniła się, rozchmurzyła wzrok, ale nie miała okazji odpowiedzieć siostrze. Zbyt długo szukała słów…
– A co niby takiego może zrobić wariatowi zawieja!? Też mi!!!- Sophie wybuchła, wyraźnie zazdrosna o porozumienie córek – Co za bzdury gadasz?! – syczała krzywiąc się do najstarszej córki i grożąc jej palcem, jak małemu dziecku – Toż ona- i tu wskazała tym samym palcem na M.- największą zawieję ma w głowie!!!- podsumowała deklarację, na koniec plując jadem i wściekłością zamiast kropki.
Ostatnie słowa matki, wykrzyczane z obrzydzeniem i oburzeniem w stronę obu córek- zrobiły swoje. Opanowały kuchnię, a zwyczajowo dotarłszy do M. zrównały ją z ziemią, zabrały blask z jej oczu, po czym wygasiły rumieniec i zalążek radości wykrzesany na jej twarzy dzięki czułości Heleny.
Zapadła pozorna cisza, ale wszystko w niej zgrzytało, piszczało, drażniło.
Kakofonia, niedostrojenie, fałsz.
Tak. Kakofonia serc to będzie najlepsze określenie tego, co właśnie zadziewało się w domu zarzuconym na głębokie pola. Ów dom- niczym spławik, co to pochwycił kilkoro ludzi na przynętę jaką jest rodzina. (Czy i Wy macie takie domy, na które złapało Was życie i jego tęsknoty?)
Już po nichhhhhhhhhhh- złorzeczył wiatr nabierając po ciemku garście szronu, by potem bez ostrzeżenia uderzać nimi w okna.
Helena poczuła gniew, zaraz po nim żal. Była gotowa przyznać przed sobą, że jak dla niej, ten dom mógłby w każdym momencie zniknąć. Nic nie ważył, choć był tak ciężki do zniesienia. Nikt z nas- myślała- nie ratowałby go. Może nawet niektórzy ochroniliby się indywidualnie i przetrwali ukryci gdzieś, udając kogoś innego, nie poznając reszty ocalonych na ulicy…Tak, tego była pewna- jako wspólnota- umieli być wyłącznie przeciwko sobie.
Czas jest głupi oszust! Wszystko zaburzył, omamił!
Tak oto po powierzchni pól dryfowało domostwo z obejściem, ogrodem, budynkami gospodarczymi, altaną, podwórkiem, całym ciągiem ogrodzeń, bramek i płotów. Jak gdyby nigdy nic…
Unosiło się jej rodzinne domostwo -wciąż jakby ponad ziemią, bo ciężar, który je przygniatał nie był materialny. Ten dom- pomyślała Helena- przytłoczyła pamięć. Trująca i niewidoczna niczym czad. Nie spostrzeżesz się, gdy nagle spęta ci nogi i padniesz bez tchu!
Czas oszukiwał, robił co mógł. Kolaborował z uszkodzeniami na ciele zamieniając je po latach w coraz gładsze i mniej widoczne znamiona. Czy ktoś pamięta dziś, że Sophie przecięła jej kilka razy policzek samym uderzeniem w twarz? Czy ktoś rozważa to, że uderzała zawsze tym co było akurat pod jej wściekłą ręką?
Dziś to tylko niteczka na ciemnym policzku Heleny. Za to linia frontu przeciw matce – zbudowana w sercu.
Czas to oszust, myślała, ale też niemota- wykpiwała go w złości.
Jednego nie mógł odwrócić; krzywd psychicznych i właśnie te- sumiennie przypominając jej, wbrew sobie jakby- potęgował. Puchły w niej wraz z upływającym czasem, coraz częściej właziły pod nogi, mieszały plany, wiązały słowa, nie pozwalały kochać, albo kazały kochać nie tego, nie tych, co umieli oddać tym samym, czymś dobrym…
Pamięć krzywd poćwiartowała w niej ducha i wyrżnęła wszelką jego jasność w pień. Nie tylko w niej. Działało to w tej rodzinie jak zaraza.
Osoba po osobie. Bez sentymentu.
Te mordercze ręce zabijające ducha, nie należały wcale do Sophie, wbrew łatwemu oskarżeniu Heleny. Matka sama w sobie była blizną, więc serwowała innym tylko to, co z blizny można było zrodzić.
Nad domem krawców mieszkała czarna chmura. Raz udawała ciemne niebo, razu innego padający cień latem lub czarną kawę w filiżance. Ale to zawsze była ona. I czekała tylko na jedno…
Ale wróćmy do wnętrza domu.
Jest wieczór, zima rozochociła się w mrozie i śnieżycy. Na szczęście za oknem, bo w domu jest ciepło, półmrocznie.
Patrzymy teraz na pięć kobiet, których serca biją w różnych kierunkach. Jedno uderza niczym pięścią, inne trzepoce, kolejne wybija marsz otrzeźwiający, następne snuje łzawą dumkę, a najmniej wprawione mdleje z nierozpoznanego strachu.
Helena czuła, że musi dać odpór skalpowaniu wskazującego palca. Ocucił ją słodki zapach krwi na języku, gdy to niby próbowała wygryźć skórkę haczącą przy paznokciu. Ale nie było już skóry w tej okolicy. Polizała swoje własne mięso skroplone krwią.
Ból ułożył jej myśli w jako takim porządku.
Zamyśliła się. Wiedziała, że Noe dławi się niepokojem leżąc teraz w łóżku babki. Toć dziewczę czekało na wyrok. Od dobrych kilku godzin, odkąd Zachary przywiózł ją do domu, Sophie jątrzyła, by w kobiecym gronie zdecydować co robić z dzieciuchem, gdy „wydziwia” – jak to spointowała tajemniczą diagnozę lekarską postawioną wnuczce- Sophie. Helena nie zgadzała się z matką, czuła bunt wobec jej obojętności na Noe, nawet jeśli była to obojętność lękowa. Lęk nie usprawiedliwia zaniedbania i braku szacunku, powtórzyła cicho pod nosem. Sobie i głosom z głowy M., które podchwyciły szept i poniosły w głąb myśli „Emki”, jej kochanej, młodszej siostry.
Oskórowany palec bolał, tym lepiej dla skupienia i jasności myślenia. Gładziła go palcami drugiej dłoni, by podtrzymać niedogodność coraz to nowych podrażnień.
Przyszły jej także na myśl słowa, które czytała zeszłej nocy. Autorka twierdziła, że kobiety mogą być całkowicie wolne w sferze uczuć, gdy tylko sobie na nie pozwolą. Czytając to pomyślała, że przy takiej lekturze wyjątkowo nie żal gasić światła przed zaśnięciem. Tak też zrobiła. Odłożyła książkę, zamknęła źródło sztucznego światła i wpuściwszy do łóżka noc, uznała to co czytała za brednie. Teraz jednak zrozumiała, że nocą wściekła się nie na autorkę książki, ale na samą siebie, bo brak jej odwagi, by być wolną. Wciąż jest o jeden krok za matką, a chce ją dopaść, potrząsnąć nią i uwolnić wreszcie ten dom od jej pęt.
Od sznura słów Sophie, zaciskającego się wokół każdej szyi w tej rodzinie.
Ciepłe mury domu w okrutnie mroźny wieczór, połączyły w nieruchomej zadumie pięć niekompatybilnych serc. Dołączyła się nawet ledwie odtruta Gajka, którą, na własne życzenie, w oku zamieci śnieżnej, taksówka wyrwała z objęć szpitala i dowiozła na najbliższe domowi pola. Stała teraz niezauważona w korytarzu, przybrana w bladość po tym co sobie zrobiła i szok po tym co usłyszała, przekraczając próg domu. Po okrutnym dictum, którym Sophie rzuciła w stronę swoich córek, matka Noemi poczuła się jeszcze gorzej. O ile to możliwe, by poczuć się gorzej niż wielokrotny samobójca. Ale tak. Można poczuć jeszcze coś smutniejszego, mianowicie, że wokół są jeszcze inni, którzy także nie są w stanie ani żyć, ani umrzeć. Tak właśnie Gaja wyobraziła sobie stan psychiczny dwóch córek Sophie, do których matka skierowała tak plugawe słowa.
Niewiele myśląc, przeczuwając w sobie zwierzęcą ciekawość, ale i głód wojny, wtargnęła do kuchni swojej teściowej.