„piórko na włosy i opuszczone losy”
Zachary jadł w milczeniu. Zupa grzybowa z makaronem i kawałeczkami kurczaka, swoim zapachem przejęła cały dom. – Specjalność pani Jasi- wtrącił bardzo cicho wuj Leon i zatarł z zadowoleniem ręce, zanim zaczął jeść. Wydawało mi się, że będę pachnieć tą zupą do końca życia, podobnie jak cała ta kamienica. O ile nie zachęcał mnie kurczak, to atmosfera wokół tego posiłku- kusiła. Byłam gotowa przepchnąć przez przełyk cokolwiek, by wziąć udział w tak przyjaznym wydarzeniu. Jednocześnie szło mi ciężko. Życzliwość wcale nie była dla mnie lekkostrawna.
Wuj nienachalnie kontrolował stan talerzy, dolewając nam w odpowiednim momencie gorącej pyszności wprost ze śnieżnobiałej, pękatej wazy. Po dwie chochelki, tak by każdy mógł zdecydować, czy ma chęć na kolejną porcyjkę. „Nie przejadając się, a będąc zadowolonym z nasycenia! Z szacunkiem dla pokarmu!” -zaznaczył z lekkim uśmiechem.
Wyraźnie także i on coś przemyśliwał. Nie stracił na radości, za to porzucił swoją werwę. Działał teraz refleksyjnie, nawet jego gesty szeptały.
Siedzieliśmy od kilkunastu minut przy jednym stole, ale tylko niebiosa mogłyby wiedzieć jak głęboko skrywamy wewnętrzne pokoje, w których to właśnie każde z nas przesiadywało- ciałem będąc obok drugiego człowieka.
Nie mogłam przypuszczać o czym rozmyśla Zachary, o czym jego tata, a o czym jeszcze biała, niebieskooka kotka imieniem Blanka, zapatrzona teraz w przestronne, kuchenne okno. Śnieg sypano coraz grubszą miarą. Blanka właśnie położyła się na szerokim, drewnianym parapecie. Nie spuszczała świata z oczu, póki nie zasnęła rzecz jasna- zabierając go pod powieki.
Zazdrościłam kotom swobodnego wejścia w sen. Poprzez stopniowo dopuszczany w ciało odpoczynek, rozluźnienie- aż po senność, przyjęcie najwygodniejszej z pozycji i sen, który w wykonaniu kota jest zawsze podróżą przez beztroskę.
Blanka zwiesiła tylną łapkę z parapetu, wzięła oddech i rozlała swoje ciałko z nieskrępowaną gracją. Świat zza okna jakby to wykorzystał. Poczułam, że teraz on rozmyśla o kotce i obserwuje ją zza ruchomych, śnieżnych firanek.
Wiedziałam, że będę musiała zapytać Zacharego o jego plany na najbliższe miesiące. Chciałam wiedzieć, czy jeszcze na jakiś czas wraca na stancję, czy zostanie tam ze mną… Myśl, że mogłoby być inaczej, utrudniała mi-i tak niełatwą- współpracę z żołądkiem. Wuj wyczuwał to i nie nalegał. Wiedziałam, że obiad doprawia cierpliwością ze względu na mnie. Jest gotów jeść go godzinami.
Starałam się rozumieć przesuwające się przede mną chwile.
Przyjrzałam się Zacharemu.
Tu, u siebie w domu był swobodny, lekki w byciu. Jak Blanka. Rozumiem już, dlaczego mogłam go nie rozpoznać, gdy mijaliśmy się na stancji. Tam kontemplował, szukał siebie, dotykał swoich buntów, które tutaj nie miały szans zrodzić się, bo był pod skrzydłami bezbrzeżnie akceptującego go ojca. Zaczynałam pojmować czego poszukiwał. Zadry w sercu, która określiłaby go. Ale też trudu relacji niebanalnych, jak z biedaczką Ewą… W tak cieplarnianych warunkach łatwo o lenistwo, o noszenie butów po ojcu, korzystanie z życia bez większych refleksji i poszukiwań.
Wuj był gruntownie wtajemniczony w plany religijne swojego syna. Dało się to wychwycić. Czasem wspomniał o tym ledwie ocierając się o temat. Robił to bez osądu, bez uruchamiania w dziecku poczucia winy. Zach był ukochanym synkiem i wszystko było w zasięgu jego rąk. Po cokolwiek sięgał- tata już to wcześniej tam pozostawił. Z myślą o nim.
Ale nie był w stanie przygotować mu tożsamości. Po tę- Zachary musiał wyruszyć w świat.
I chciał to zrobić samotnie.
Stoczyć kilka bitew.
Jeśli więc byłam tu kiedyś, przed laty, to spotkałam właśnie takiego chłopca- swobodnego, żyjącego bezwiednie, nie muszącego z niesmakiem przełykać kolejnych chwil dzieciństwa- niczym zbyt ostrych kęsów chleba, kaleczących podniebienie.
A jeśli spotkałam takiego chłopca -to nie chciałam o nim pamiętać. Bo gdybym musiała śledzić jego życie- stałby się dla mnie latarnią widoczną z rozgorączkowanego morza. Taką, do której nigdy nie mam szans się zbliżyć. Nienawidziłabym go. Moralniej więc było zapomnieć, że istnieje.
To jasne, że musiałam skręcić kark każdemu szczęśliwemu dziecku w swojej świadomości.
By nadal móc trwać.
To działo się bez udziału rozsądku. Nie postanawiałam, że tak będzie. Po prostu jakaś część mnie, nieświadoma, przychodziła mi z pomocą. Wymazywała gumką myszką bolesne wątki.
Wciąż było wcześnie. Z salonu, na całe mieszkanie, rozbrzmiewały dźwięki czasu. Dębowy, wyższy ode mnie zegar przed chwilą wybił piętnastą, w niedzielę. Boleśnie zbliżały się godziny powrotu do szkoły, a ja nerwowo zachodziłam w głowę i próbowałam ją przestawiać na inny tor. Jak miałam połączyć te dwa, nieprzystające do siebie światy? Dopiero co, by móc zająć się mamą, wyrzekłam się swojej młodości. Z chwilą, gdy zabierało ją pogotowie, nakazałam sobie umrzeć dla chęci nauki i głodu samotności. Stałam się znów nieudolnie dorosła, by wykrzesać z siebie opiekuńcze odruchy i ofiarować je mamie. Wepchałam się siłą w mury znienawidzonego szpitala, choć jedynym moim planem na wolne dni była cicha, zacieniona samotność, a towarzyszem idealnym- książka i wyludnione okolice mojego domu.
Jaką osobą powinnam być, by móc teraz bezkarnie wrócić na lekcje? Jak ukryć to wszystko, co się wydarzyło po raz kolejny? Gdzie szukać sztucznego luzu, który mógłby zapewnić mi spokój i niewidzialność? Jak zrzucić z oczu ten donosicielski smutek?
Na ławkach moich koleżanek i kolegów leżą kolorowe długopisy.
Moja mama leży na szarym OIOMIE.
Znalazła się tam:
z niechęci do życia,
z życia w niechęci
i z chęci do nieżycia.
Ale nic to. Jest jeszcze czas. Jemy zupę. Ja, wuj, Zachary.
Kotka kroczy przez sen bez przeszkód.
Na białych ścianach kuchni królowały obrazy. Od małych, wielkości zeszytu, po potężny, przedstawiający smutną kobietę z rozczapierzonym piórkiem na starannie przyczesanych włosach. Wyglądało to tak, jakby, po porostu dryfowało w powietrzu i przypadkiem opadło na jej głowę. Wuj Leon spojrzał najpierw na mnie, potem na obraz, po czym, jakimś cudem, złapał ode mnie myśl i przełykając głośno- odezwał się:
– Noemi, a czy jest coś, co chciałabyś o nas wiedzieć? Nieczęsto się widzimy, co wiadomo nam wszystkim…- dodał ze smutkiem i spojrzał w talerz.
– Najpierw chciałabym zapytać kim jest ta kobieta- powiedziałam z uśmiechem, sądząc, że zaczynam rozmowę od czegoś błahego, co pozwoli nam się rozgadać. Jednak żaden z moich towarzyszy nie podzielił tej emocji.
– To matka Zacharego, moja żona…- wydusił z siebie głucho wuj. – To ostatni jej obraz, autoportret- wskazał uniesioną dłonią i nachylił się obok mnie, by go musnąć dłonią.
Zatrzęsło mną.
Byłam gotowa uciekać oknem. Czułam, że zrobiłam coś bardzo złego. Zapukałam w niewłaściwe drzwi. Zachary odłożył łyżkę i schował twarz w dłoniach opartych o blat stołu. Czułam, że narasta napięcie
– Ostatni raz- odezwał się wujek siadając znów prosto i przełykając chrypkę zastygłego smutkiem głosu- byłaś u nas na jej pogrzebie. Miałaś kilka lat. Nie pamiętasz? – zapytał rzucając mi spojrzenie tonących już, czarnych tęczówek. Jego łzy były o milimetr przed zrzuceniem się z wodospadu dolnych powiek. Było mi coraz ciężej z tym, co obudziłam w Zacharym i jego ojcu. Ale wuj patrzył pytająco.
Nie zganił mnie.
Odłożyłam więc łyżkę i ja. Miałam zgrabiałe dłonie, coraz zimniejsze, jakby zima rozpętała się właśnie wewnątrz mnie. Spojrzałam wujkowi w oczy. Łzy już płynęły po policzkach i rozpierzchały się w jego gęstej brodzie. Nie był zły ani trochę. Po prostu cierpiał. To mnie ośmieliło.
– Szczerze mówiąc nie pamiętam za wiele- spowiadałam się próbując przełknąć kołtun stresu w gardle. – Gdy wchodziliśmy tu dziś z Zachem, przypomniał mi się główny korytarz, ten, z którego schody pną się na górę. Pamiętałam posadzkę i płytki na ścianach. Wiedziałam też, że schody prowadzą na kilka jeszcze pięter w górę. Zupełnie jakbym kiedyś tam…
– Wchodziłaś, Noemi. Jak najbardziej- dokończył wuj Leon. – Właśnie wtedy, w dniu pogrzebu Oleny, byłaś tu z babcią i dziadkiem. Przez chwilę był też twój tata, ale na dłużej dołączył na trzeci dzień sziwy, gdy z kolei was…już… no… nie było- dodał zmieszany. – W dniu pogrzebu mojej żony ukrywałaś się na tych schodach. Szukaliśmy cię, a ty ulatywałaś coraz wyżej i gdzieniegdzie przykucałaś w zacienionych miejscach tak, że ciężko było cię zauważyć- mówił smutno. – Więc stąd w tobie pamięć wspinaczki po tych schodach, Noe. To wszystko zrozumiałe, pewnie gdybyś poszła teraz nimi ku górze, wiele by ci się jeszcze przypomniało…- mówił niezachęcająco, matowym głosem.
– To był słoneczny dzień. Pamiętam, że przez otworki w kształcie gwiazd w podstopniach- przenikały promienie słoneczne dolatujące z okien na kolejnych piętrach…
– Tak było- rozpromienił się trochę wujek i spoglądając na syna, wyciągnął ku niemu dłoń. Pogładził go po głowie i rzekł do mnie- To Zachary cię wtedy namówił żebyś zeszła na dół. Wszyscy czekali, wybieraliśmy się już na cmentarz…
– Wiadomo, dlaczego nie chciałam zejść? – zapytałam spoglądając na Zacharego.
Podniósł głowę i złowił mnie wzrokiem człowieka przerażonego.
– Byłaś pobita, bałaś się wszystkiego- wyszeptał.
Nie byłam w stanie podtrzymać tego spojrzenia.
Na takie chwile miałam swoje sposoby. Wsunęłam dłonie pod stół i uruchomiłam paznokcie, ale Zachary też miał już swoje sposoby na mnie i sięgnął po moją lewą, kaleczoną właśnie rękę, by z powrotem położyć ją w widocznym dla siebie miejscu.
Na blacie stołu.
Moją nadszarpniętą dłoń wsparł o odłożoną chwilę temu łyżkę. Położył tam swoje oczy.
Uległam. W zamian zamroziłam serce, aż poczułam chłód wzdłuż kręgosłupa. Wuj Leon odczytał mnie w mgnieniu oka. Wróciła mu werwa, choć nadal był zatroskany. Chciał mi ułatwić tak trudną dla niego samego chwilę.
– Pewnie nie pamiętasz co stało się Olenie- stwierdził wzdychając- nawet nie wiem, jak to powiedzieć…
Domyśliłam się, że to śmierć ciotki zaogniła konflikt rodzinny, i że nie tylko ja byłam tu po raz ostatni w dniu pogrzebu, ale też dziadkowie od tego czasu nie bywali u wuja Leona. Klarowało mi się coraz wyraźniej- kto stał się najbardziej niewygodny. Zacharego przecież serdecznie przyjmowano w moim domu i mógł gościć się na sziwie po śmierci dziadka E. Przysłowiowe już ciągotki wuja Jakuba do plotek, ułatwiały jakiś przepływ informacji. To on wprowadził dziadków w sprawę samobójstwa Ewy. I z tego co mówił Zachary, oni ochoczo- poprzez wuja Jakuba- pomagali w naradach- jak prawnie uwolnić go z zarzutów po śmierci ukochanej. Zdecydowanie więc, wymazany z rodzinnego życia został tylko wuj Leon, więc Zacha pewnie nie ciągnęło, by bywać u nas dawniej, bez poważnego powodu. Zebrałam się, by odpowiedzieć cokolwiek, choć czułam głaz ciążący mi na języku. Ja także chciałam pomóc im przeprowadzić tę rozmowę.
– Wujku- przyjęłam rzeczowy, prawniczy ton, który oddzielił mnie na chwilę od napięć-rozumiem to tak: to, co stało się z twoją żoną wywołało rodzinne niesnaski. Czy dobrze myślę, że jej śmierć została źle odebrana?
Zachary podniósł się jak kot, miękko i odszedł od stołu. Ale było w tym coś z ucieczki. Podszedł do okna i wpatrzył się w zagęszczającą się zimę, porzucając nas poniekąd. Potrzebowałam go przytulić, wyobraziłam sobie nawet, jak przyklejam się do jego szerokich pleców i dodaję mu otuchy. Pozostawiłam to pragnienie w swojej głowie, nie mogąc wyplątać się z sieci tak sprzecznych emocji, których byłam nieruchomą ofiarą. Wujek zapytał syna, czy możemy nadal przy nim kontynuować. Ten odwrócił się na kilka sekund w stronę ojca i patrząc mu w oczy, powiedział:
-Tak, może to najwłaściwszy moment na tę rozmowę… Wybacz tylko, jeśli czasem będę milczał.
To było smutne, ciche wyznanie, po którym obrócił się w stronę okna i znów zamarł, od czasu do czasu gładząc Blankę pogrążoną w parapetowym śnie. Wuj Leon odpowiedział synowi załzawionym wzrokiem, że oczywiście, rozumie…
– Moja żona- wrócił do naszej rozmowy- odebrała sobie życie zdaniem nie-których. Zdaniem tych samych nie-których- i tu wysłał mi wymowne spojrzenie, sugerując, że ma na myśli moją najbliższą rodzinę – moja żona miała bliskie kontakty z twoim tatą. – Ostatnie fakty wypowiedział jakby w przyspieszonym tempie.
Wziął ponowny oddech i dodał: – nie wierzę w to, mówię od razu. Wiem, że spotykali się często na kilka miesięcy przed jej śmiercią, o wszystkim wiedziałem- mówiąc to, spojrzał na mnie badawczo. Czy wyszukiwał w moich oczach zaprzeczenia, czy potwierdzenia? Nie wiem…
Czułam, że wcale nie jest tak do końca pewien.
– Planowaliśmy wyremontować dom w górach, przy granicy z Czechami, gdzie twój tata wówczas pracował. Kupiłem ten letni dom Olci na rocznicę ślubu, a ona pieczołowicie planowała jego odrestaurowanie. Twój tata miał jej w tym pomóc, w zasadzie jego firma…- zamyślił się i sprawdzał o czym mówią cienie w moich oczach. Miał chyba nadzieję, że pamiętam coś, co rozwieje wszelkie wątpliwości. Także te jego, które krył za nieprzepuszczalnym murem zaufania do żony, który musiał co chwilę jednak pękać…
– Nie można było tego jakoś wyjaśnić? – zapytałam zdziwiona, że tak banalne pomówienie utrzymuje konflikt między bliskimi przez tyle lat.
– Nie można, bo twój tata nabrał wody w usta. Kiedy mój brat, Jakub, w dniu, gdyśmy znaleźli Olcię, pojechał do twoich dziadków, został tam na noc i wypiwszy sporo wina, narobił plotek. Wierzę, że zupełnie niechcący, bo jest rzeczywiście zniewieściały, gdy stara się innych zainteresować nowinkami- zażartował. Koniec końców Jakub nagadał, że w liście, który leżał obok Oli, podobno było coś o późnej miłości, którą Olena nosi skrycie w sobie. Wziął to baran za wyznanie romansu, tymczasem Olenka była we wczesnej ciąży, a wtedy trzydziestolatki uważano za późne, stare matki. Ja tak to odczytałem- powiedział zdecydowanie.
– Ale jak wpadli na to, że ten romans to niby z ojcem? – zapytałam zaaferowana.
– Babcia twoja, Sophie obwieściła, że inaczej być nie mogło i przytoczyła szereg poszlak, że Olena „zasadzała się” na każdego mężczyznę w rodzinie. Bzdura, rzecz jasna- mówiąc to, splunął symbolicznie na ziemię.
– A ojciec nie protestował, że to nieprawda?!
– Nie wypowiedział się ani na tak, ani na nie. I zostawił mnie z tym bagnem i ostracyzmem rodzinnym- mówił rozeźlony lekko.
– To bez sensu- przyłączyłam się- tylko on mógłby to uratować. Po co miałby utwierdzać wszystkich w fałszywym przekonaniu?
– Ano raz, że on nie sprzeciwi się matce dla świętego spokoju. Dwa, może też po to, żeby zemścić się na twojej mamie… tak myślę- mówiąc to wyrzucił z siebie sporo powietrza, aż opadły mu ramiona znacznie niżej. – Wtedy mama chciała się wyprowadzić, poczyniła nawet pewne kroki. Chciała wyjechać sama, bez ciebie i chyba z kimś… a on to odkrył.
On jest dzieciak, nie gniewaj się na tę szczerość, Noemi, ale ojciec twój uciekał od niej i wracał, jak do piaskownicy, nie żony. Ale gdy ona miała tego dość, postanowił wykorzystać, moim zdaniem, nieprawdziwy związek z nieboszczką, żeby ją poniżyć, jak zwykle i zaszantażować. Poszło o pieniądze, że grosza od niego nie dostanie- mówił i wreszcie machnął ręką- o reszcie lepiej nie mówić…Noe. – Zresztą- dodał zniesmaczony- to tylko mój punkt widzenia, pamiętaj- mówiąc to, osłodził ton i położył na chwilę dłoń na mojej dłoni.
– No i udało mu się poniżyć i zranić- zasyczał Zachary, nadal stojąc tyłem do nas- nie tylko matkę, ale i ciebie, Noe. Matka tylko popłynęła jeszcze bardziej, a że ciebie miała pod ręką… to …płynęła z prądem, na maksa! – zadrwił ze złością.
– Tak- przytaknął wujek. Nie nazywajmy tego, Zachary, synku, Gajka jest chora. – poprosił łagodnie.
Zachary zamilkł tłumiąc gniew, po czym na chwilę odwrócił się i skontrolował stan moich rąk.
Nic nie byłam w stanie zrobić, zamarłam. Chciałam zniknąć, czułam złość i żal, a może i nienawiść do każdego człowieka, do każdego przedmiotu i zjawiska. A ponieważ, można by tak rzec, nie rozumiałam ani skrawka swoich uczuć, zabiłam je i zrzuciłam w zmarzlinę. Chwyciłam się innego tematu. No szybko, popędzałam się w myślach. Skup się, temat: wuj i Zachary! – złapałam się z ulgą. Otoczyłam ich wzorkiem i myślami.
Obaj stracili bliskie kobiety w takich samych okolicznościach- podsumowywałam przepełniona rozpaczą. Obie były w ciąży, obie podejrzewano o samobójstwo. Obie też posądzono o romans, który w wypadku Zacharego urzeczywistnił się i potwierdził. Co do mojego ojca… jakże ja bym się nie zdziwiła! Tyle, że nie chciałam w myślach bezcześcić pamięci po cioci. Prawda jest taka, że miałam, z jakiegoś powodu, pustkę w pamięci po tej osobie. Nie śmiałam dopuszczać do siebie sądów. Z szacunku do wuja Leona i Zacharego, byłam gotowa przyjąć ich wersje i nie gdybać.
Pomyślałam jeszcze raz o ciotce, której za nic nie mogłam sobie przypomnieć.
Spojrzałam na kobietę z obrazu, z piórkiem na włosach.
– Dlaczego to zrobiła? – zapytałam.
– Nie wiem, czy zrobiła- odrzekł wuj.
– Chorowała na depresję, często nie mogła zasnąć, do tego wstydziła się, że nie chce tego dziecka, które w sobie nosi. Obawiała się, że nie jest na siłach na kolejne dziecko…- mówił nerwowo- Sądzę, że przesadziła z lekami, by po prostu wreszcie zasnąć. Kilka tygodni przed tym… przed śmiercią…- wuj męczył się, dławił smutkiem słów- bardzo mało spała, żyła w niepokoju. Miałem nawet wrażenie, że doktor nie przewidział działań niepożądanych leku, który przyjmowała. Dziś sądzę, że za długo czekała na tak zwane pozytywne efekty i to pogrążyło ją w beznadziei.
Przerwał, nalał sobie kompotu z porcelanowego dzbanka. Dopiero teraz dostrzegłam nie tylko piękno zastawy, ale wujkową dbałość o szczegóły gościny. Spojrzał na mnie łagodny i szczery.
– Nie odebrałem jej listu jako pożegnalny. Raczej zupełnie zwyczajnie, jakby chciała mi go wręczyć kolejnego dnia, wraz z kanapkami do pracy. Często tak robiła, gdy było jej ciężko o czymś mówić; wręczała mi list, abym w pracy, w wolnej chwili mógł przemyśleć. To pomagało mi ją zrozumieć, wczuć się w to, co przechodzi i jak reaguje. Ten list był wyznaniem bycia w błogosławionym stanie, który odczuwała po trosze jako przekleństwo. Gdy stwierdzono u niej depresję, pisała do mnie co drugi, może co trzeci dzień- tu zamilkł na chwilę i spojrzał na drewnianą, zamykaną na kluczyk skrzyneczkę. Stała na parapecie, niedaleko śpiącej kotki. Domyśliłam się, że mógł trzymać w niej zapiski cioci Oleny.
– Może jestem głupcem, Noe, ale ona by nas nie zostawiła świadomie. Wielokrotnie mówiła na łonie rodziny, że dziecko każdy może zrobić, ale ona chce być przy Zachu, bo najtrudniej jest z dziecka zrobić człowieka. Nawet w chorobie bardzo o niego dbała, zabiegała. Na ile potrafiła tłumaczyła mu co się z nią dzieje. Zach i ja byliśmy jej światem. Wierzę w to uparcie, tak jak i wtedy wierzyłem. Dziś każdy składa się głównie z dziur emocjonalnych. Olena nie miała ich więcej niż każdy z nas z osobna. Dlatego nie wierzę…
– Dobrze to rozumiem? To, dlatego u nas nie bywacie? Bo uznano ją za niemoralną samobójczynię? Chodzi o romans z ojcem? – dziwiłam się szczerze- a czy to pierwszy romans ojca?!- zapytałam główkując, bo nie mieściło mi się w głowie tak głupie, poplątane rozstrzygnięcie. Tata nie słynął z czystości moralnej. Był publicznym grzesznikiem. Rodzina wiedziała o wielu jego przygodach.
Wujek podparł głowę dłońmi. Zaproponował kawę i podał naszej trójce. Zachary nadal patrzył w okno. Wyszedł raz tylko do toalety, ale bez słowa. Wychodząc i wracając do kuchni- przyglądał mi się badawczo, po ojcowsku. Zauważyłam, że dwa razy sprawdził, czy trzymam ręce na wierzchu. Trzymałam. Głównie dla niego. Spostrzegłam, że kilka minut luźniejszej, kawiarnianej atmosfery, pomogło wujowi zebrać to w wystarczająco dla mnie jasne wnioski. Zagadaliśmy się na chwilkę o książkach, o tym co i w jakich momentach życia lubimy czytać, a potem wujek powiedział głębszym głosem:
– To, co się stało, Noemi, nie opowiada ani o twoim ojcu, ani o mojej żonie, ani o nikim z nas oddzielnie. Jesteśmy rodziną i ta cała dziwaczna historia opowiada o tym, jak radzimy sobie, a raczej jak nie radzimy sobie z tym, co trudne, co wstydliwe. To, czego nie da się zrozumieć wzbudza poczucie winy, złość.
– Czy czułeś wujku, że babcia… może… chciała już wcześniej pozbyć się was z rodziny? – zapytałam, przywołując w pamięci kilka podobnych „zbiegów okoliczności”, po których zwykle kolejni bohaterowie naszego życia rodzinnego byli ignorowani towarzysko. Zastanawiałam się nad tym, jak dobrze się czuję w tej rozmowie. Nachodzące na mnie fale złości i żalu, mijały w miejsce zaciekawienia, a nawet poczucia, że jestem tu kimś ważnym, kogo towarzystwa się pragnie. Tak, wujek okazywał mi szacunek. Nie byłam Golemem, nie byłam wnuczką babci, która najprawdopodobniej zraniła ich swoimi podejrzeniami… Byłam Noemi, z którą czuł braterstwo ponad wszystko. Dziękowałam mu w sercu za dobro i tamże z miejsca go przekreślałam- by nie przywiązywać się nadto.
– Tak. Sądzę, że Olena i jej sposób bycia to jedno, a ja to drugie. Wniosłem dwa razy o ubezwłasn…- Tato, nie! – przerwał Zachary- o tym nie dziś, dziś już nie. Ciocię Gajkę zostawmy… ze względu na…- popatrzył na mnie, nie musiał kończyć.
– Więc o Olenie- zadecydował wujek, sprawdzając reakcje syna. Zach przytaknął.
Czy można było nie wychwycić tego, o czym zdążył napomknąć wuj Leon? Wystąpił o ubezwłasnowolnienie mojej mamy! Wtrącił się w to, co babcia nakazywała kryć… znalazł się więc powód, by się go pozbyć.
– Moja mama- Zacharemu wracał uśmiech, co zauważyłam, gdy ponownie usiadł z nami do stołu i duszkiem wypił zimną kawę- była prawdziwie artystyczną duszą. Nosiła się jak kolorowy ptak, bardzo odstawała na tle twojej babci, ciotek, nawet mamy… Za to była regularnie pomijana w rozmowach. Z tego co zapamiętałem, to twoja babcia nie zwracała się do niej nigdy osobiście. Uważała ją za grzesznicę, za niemoralna kobietę, bo nosiła dekolty, odkryte ramiona i spódnice przed kolano. Była też zawsze bardzo kolorowa, no… może poza tymi ostatnimi miesiącami życia…
– W rodzinie piętrzyło się wtedy od niewygodnych tematów- przejął pałeczkę wujek Leon. – Aż prosiło się, by jednym ruchem je wyczyścić, zagłuszyć- mówił, dolewając wszystkim ciepłej kawy z dzbanka z podgrzewaczem. – Nie tylko hulaszczy, niemoralny tryb życia twojego taty wchodziły w grę, ale też mama, która jest w bardzo kiepskiej kondycji od lat. Wtedy, tak uważałem, działy się rzeczy, które należało zatrzymać. Twój stan na pogrzebie mojej żony, tylko upewnił mnie, że trzeba zmusić twoją mamę do leczenia, bo jak wiesz…
– Tato! – przerwał nerwowo Zachary- miałeś tego nie mówić dziś przy Noe!
– No przepraszam, masz rację, przepraszam was oboje- skulił się wuj i ciągnął już ostrożniej, mniej emocjonalnie, pilnując słów: – Samobójstwo to idealne, bardzo pojemne zdarzenie. Nie wiem, czy wiecie co mam na myśli? – zapytał badawczo.
Kiwnęliśmy głowami. Byłam ciekawa, czy rzeczywiście wiem o co wujkowi chodzi.
Wuj z grymasem podniósł się z krzesła, rozprostował plecy masując ich lędźwiową część dłonią. Podszedł do okna, pogładził Blankę, zaczerpnął ostatnich chwil dnia zza okna. Dzień nie zamierzał się dłużyć i zimowym sposobem, szarość dojrzewała i zmierzała ku ciemnym owocom wieczoru. Śnieg nadal padał. Latarnie miejskie otworzyły świetliste oczy…
– Każda rodzina ma swoje brudy – odezwał się, jakby z oddali, zamyślony wujek Leon- są jak takie ostre kawałki skał, o które trzeba co dzień się potykać, kaleczyć… Z którymi…- zadrżał mu głos- można by nauczyć się żyć… Ale czasem ludzie są na to zbyt słabi, za bardzo pogubieni. Gdy któryś z członków rodziny uparcie zauważa te brudy i chce je wyczyścić- najlepiej pozbyć się człowieka, niż ruszać zatęchłe zaszłości.
– Mówisz o sobie- obwieściłam z żałobą w głosie.
Popiłam ją cierpką kawą.
Wuj nie skomentowawszy, wziął oddech, a także skrzywił się do grymasu i usiadł na krześle, przywracając pierwotny układ przy stole. Wrócił z tacką ciastek z bakaliami, które czekały na kredensie przypominającym mi kredens babci Sophie. Wyobraziłam sobie, że oba meble znają się i porozumiewają na odległość. Jakież to musiałyby być rozmowy…
Zjedliśmy po ciastku.
– Olenka przyniosła coś, co bardzo pomogło pozbyć się niewygodnego awanturnika, czyli mnie- powiedział z dziwnym przestrachem, spoglądając na syna. – Uprzedzam, że li i jedynie napomknę temat- uspokoił nas, rozdając nam szczere spojrzenie. – Otóż, gdy zorientowałem się w jakim jesteś stanie na tych schodach, Noemi, w dniu pogrzebu Olenki, następnego dnia zadzwoniłem do twojej babci, by poinformować ją jak prawnie możemy pomóc tobie i twojej mamie- wyjaśniał.
-Ale nie odebrano tego w ten sposób… nie uznano tego za pomoc – wtrącił Zachary, drapiąc swoją ciemną czuprynę obiema grabkami dłoni. Stresował go ten temat, wyczuwałam napięcie, które pojawiało się w nim, w tym samym czasie, w którym i moje plecy napinała bolesna struna. Moja mama i ja. Ja i mama- temat miłosny, temat bolesny.
– Bynajmniej, nie odebrano- podkreślił wujek. – Za to pojawiła się Olena i podrzuciła coś, co było jak znalazł, mianowicie SKANDAL, jakim jest śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Jakże to pojemne zjawisko! – zakrzyknął podekscytowany wujek, nie ukrywając irytacji.
– Można w nie upchać wszystkie skrywane dotąd niechęci, żale i uprzedzenia do samobójcy, przypisując mu najgorsze cechy i czyny, z których już i tak się nie wybroni! – wygłaszał donośnym głosem, złoszcząc się wyraźnie. – Poza tym, niewyjaśniona śmierć to zawsze okazja, by pomieścić w niej wszystkie niewygodne fakty i zagrać nimi według potrzeb, załatwiając hurtem kilka spraw.
– No i tak się stało- dodał rozdrażniony Zach, po czym wstawszy od stołu stanął naprzeciw mnie, ale wbił oczy w obraz, który zajmował sporą część ściany za mną. Patrzył na mamę, smutniał coraz bardziej, ale był też wyraźnie zły. Spojrzał na mnie i wyrzucił: – Twoja babcia nie lubiła mamy, to akurat zapamiętałem. Nieraz podsłuchałem, jak krytycznie mówiła o jej odsłoniętych ramionach, albo kolanach- emocjonował się i założywszy ręce, by ukryć emocje, dodał: mama była emocjonalna, ale też mówiła zawsze co myśli. Zauważała, podobnie jak tata, gdy trzeba było pomóc, zainterweniować- tu wziął wdech i połknął jakieś słowa. – Mama też chciała ci pomóc, komentowała przy stole rodzinnym, że tak nie może być. Obstawała za leczeniem twojej mamy, za odizolowaniem ciebie- powiedział na wydechu, przepraszając, że sam do tego wrócił.
– Twoi dziadkowie zerwali z nami kontakty- dodał wujek Leon. – Korzystali z usług kancelarii, owszem, ale tylko z pomocy Jakuba, do mnie mówili jak do urzędnika. Tak jest dotąd, Noemi. Twoja babcia mówi do mnie bezosobowo, gdy musi wykonać prawny telefon lub gdy nie uda się jej mnie nie spotkać na łonie rodziny. A gdy Olenka zmarła- ciągnął- Jakub pojechał tam z czarną wieścią i naplótł, co było wodą na młyn twojej babci, jak mniemam. A moja kolejna interwencja w twojej sprawie i sprawie zachowań twojej mamy- której, jak już mówiłem, dopuściłem się dzień po pogrzebie żony- tylko dodała powodów do szybkiej reakcji. Byłem bliski sądowego odebrania praw twojej matce, chciałem potrząsnąć twoim tatą, żeby…- zmieszał się i zmienił ton a potem temat- patrząc przepraszająco na syna. – A szczerze sądzę, że to Sophie zdecydowała o mojej kasacji z towarzystwa. Resztę bajek, które wciśnięto w śmierć Olenki już znasz…
– Noe?!
– Noemi?! Halo! Dziecko!
– Noe, słyszysz mnie?!
Słyszałam.
Kolejno cykanie zegara w odległym, ale akustycznym salonie. Słyszałam też sen Blanki i kawę przełykaną przez samą siebie. Ale więcej już nie dałam rady usłyszeć.
Schodziłam coraz dalej w głąb samej siebie, zostawiając wujka i Zacharego w kuchni, rozmawiających żywo. Wydawało mi się, że zasnę, ale to nie był tylko sen. Zeszłam do ciemnej skrytki w samej sobie. Ale nazwali to potem zwykłym omdleniem. Przyśniła mi się mama, naprawiała mi połamaną wcześniej nogę. Łatała ją, klejąc kolorową plasteliną. Przestawało boleć.