„niepewne serce i lód w stopach- miłość na opak”
Śnieg nie był tak ciężki, jak ten w dzieciństwie, którym koledzy boleśnie nacierali jej policzki i uszy. Mimo wszystko czuła, że ziemia pod jej stopami bierze coraz trudniejsze oddechy.
Chwilami miała nawet poczucie, że to, po co lękliwie sięgają jej płuca- to tylko martwy, lodowaty bezdech opiłka planety, w obrzeżach którego wiodła swoje życie.
Powietrze nie odżywiało jej, ale też jak dotąd nigdy jej nie opuściło, więc po prostu pozwalała ciału robić swoje.
Robiło. Oddychało nie wciągając jej w to za często. Żyła.
Tak… Wiosną zdecydowanie łatwiej było jej uwierzyć w istnienie. Nie tylko swoje, ale w to, że cokolwiek i ktokolwiek żyje naprawdę. O ile tylko rok był to dla niej dobry… to znaczy… dla jej głowy… była wtedy w stanie przeżywać wiosnę w pełni. Zauważała kwiaty, zieleń wybuchającą między gałęziami drzew, a śpiew ptaków odkładał się w niej pewnego rodzaju ekscytacją, którą czasem, w dzienniku, nazywała radością.
Te „gorsze wiosny”, to wiosny w rozdrażnieniu i oślepieniu światłem. W nienawiści do ptaków, które, do cholery, nie potrafią siedzieć cicho! I ta przeklęta, rozorana ziemia, jakby prosiła się o nakarmienie jej kolejnymi, martwymi ciałami ludzi i zwierząt! Jakby tylko czekała na naiwne ziarna, które uwięzione wiosną- zmusi do porodu latem!
Podłe, rozlane wszędzie wokół grunty! – myślała wtedy, przeklinając swój życiowy wybór, czyli etat w wiejskim ośrodku zdrowia, wraz ze służbowym mieszkaniem, którego podłoga zrastała się z sufitem miejsca jej pracy. Wieś, która dawała jej zatrudnienie i dach nad głową, podobnie jak jej rodzinna wieś, oddalona o zaledwie dwa kilometry przez park, zewsząd otoczona była polami uprawnymi.
Podczas niespokojnych wiosen, życie wybuchające z zaspanej, pustej przestrzeni pól- doprowadzało M. do szału, budziło niechęć i lęk.
Czuła się osaczona przez to coś, co bardzo ogólnie i tradycyjnie- nazywa się doczesnością.
Kto wie, jaka będzie następna wiosna… Z roku na rok, było to coraz trudniejsze do przewidzenia- mówiła samej sobie.
Dziś, póki co, należało stawić czoła śniegom i chłodom, które opanowały okolicę.
Zima, w przeciwieństwie do wiosny, od zawsze była dla niej wyłącznie trudna, nawet gdy głowa M. utrzymywała dobrą ciszę i można było myśleć i czuć bez nieufności do samej siebie.
Zima po prostu nie służy jej ciału. Odkąd pamięta grudnie i stycznie swojego życia, kojarzy też bolesny mróz w każdej żyłce, tkance, w każdym odczuciu.
Mama zwykła mówić o niej nadymając usta w grymasie: „M. spędziła połowę dzieciństwa w naszej sypialni na kozetce, z pierzyną naciągniętą po uszy, namiętnie chora! Nie dała nam pospać, bo wiecznie mamrotała coś, w powracającej gorączce!”
M. nie umiałaby nazwać tego, co czuła, gdy matka regularnie, nieempatycznie spłycała jej ból. Bardzo wcześnie przestała się skarżyć. O tym, że znów „zapadła na uszy” alarmowało rozpalone ciałko, które błyskawicznie kładło ją do łóżka i odcinało dziewczynce nawet zdolność układania dłuższych zdań.
Wtedy już musieli się nią zająć. I tata, jak pamięta, albo jak się jej wydaje (nigdy tego nie mogła być pewna) chciał się nią zajmować, gdy tylko czas wyrwany maszynom do szycia mu na to pozwalał. Mama z kolei opiekować się nią musiała i tejże udręce dawała częsty wyraz.
Przywykła do tego, że zdanie matki na jej temat było zaraźliwe.
Otoczenie miało ją za chorującą na złość i na wyrost.
Sprawiającą kłopoty umyślnie i taką, o której, poza tą złośliwą chorowitością, nic więcej powiedzieć się nie da.
„M. w jednym, trzeba przyznać, jest gorliwa- z aktorską drwiną deklamowała Sophie- mianowicie, w chorowaniu na uszy! Nic tylko na uszy zapada bez ustanku! Nijak ją o coś poprosić, bo i jak wysługiwać się chorym dzieckiem? Powiedzą o mnie jeszcze, że jestem potworem…” – mawiała o niej mama -tak oto prezentując drugą z kolei córkę przed kimś nowopoznanym. Byli to najczęściej klienci zakładu, bo jako takich „nowych znajomych” – od lat nie przybywało. Miało się to już nigdy nie zmienić, choć w czasach, o których mowa, chyba sama Sophie jeszcze tego nie zakładała.
Klienci są jak pierogi! – pokrzykiwała Sophie, gdy z mężem zmiatali ostatnie ścinki materiału, nici i okruszki kredy z parkietu, tuż przed zamknięciem. – Są dni, że zasmakują człowiekowi, ale tak po prawdzie to nic ciekawego w nich nie ma! – dopełniała złośliwością swoje kulinarne porównanie. Robiła to celowo przy ostatnim, czekającym na odprasowanie zamówionych spodni lub koszul kliencie, a zdarzało się i nawet przy całej grupce chłopów „uciekłych od żon” na wieczorne szycie, które szybko zamieniali w karciane sączenie czegoś na rozluźnienie.
Krawiec E., gdy żona wychodziła dopilnować życia kuchennego, czasem doskakiwał do nich na mały kieliszeczek lub zaciągnięcie się cienkim, ręcznie wykonanym papieroskiem. „Pił nam z kieliszków” – mawiali dawni klienci na jego pogrzebie.
„Swojski był, choć inny”. „Swój chłop, choć nie z naszych był”.
Łza zakręciła się M. na myśl o zmarłym ojcu. Jak zimno musiałoby mu być w ziemi o tej porze roku, gdyby nadal czuł… Rozczuliła się przy pomyślanym słowie „gdyby”. Było zdradzieckim kluczem do straty.
Musiała myślami opuścić rodzinny dom natychmiast! Odsunęła wspomnienia siłą, aż zapiekła ją głowa w kąciku, migrenowo.
Zapięła płaszcz skrzętnie, tuż nad obojczykami- wypełniając ciepłym, bordowym szalikiem przestrzeń między kołnierzem a szyją.
Zbyt ciasne kozaczki zgrabnie opinały jej łydkę. Przejrzała się w oszklonej witrynce z lekami i zanim zamknęła za sobą drzwi do dyżurki, zawiesiła małą torebeczkę na ramieniu i mocno przycisnęła ją łokciem do kibici. Przyspieszyła kroku i zmrużyła oczy, by jak najszybciej-poprzez wąską poczekalnię- wydostać się na korytarz, a z niego (ignorując możliwość wejścia na piętro do mieszkań dla personelu) wyjść wreszcie poza mury ośrodka zdrowia.
Nie zamierzała wracać dziś na noc do mieszkania. Jeszcze o piątej rano, przed zejściem do pracy, ugotowała byle zupinę z tego co znalazła i zorganizowała co nieco na kolację dla córki.
Przywołała w głowie obraz tej młodej kobiety, którą wychowała sama i po raz kolejny uspokoiła się, że A. przecież poradzi sobie ze wszystkim. Córka od lat już miała swoje towarzystwo, a rozpoczęcie pracy w szpitalu, w mieście, nieuchronnie wróżyło zbliżającą się wyprowadzkę z mieszkanka nad wiejskim ośrodkiem zdrowia od nudnej matki. Zresztą, pomijając wszystko inne, A. jako wychowywane przez jednego rodzica, była bardzo samodzielna. Odkąd umiała czytać i pisać, bez problemu też karmiła samą siebie, pilnowała higieny i obowiązków szkolnych. Mała A. na czas także kładła samą siebie spać, co było na wagę złota, zwłaszcza gdy M. co kilka dni zostawała na noc u matki, nie wiedzieć, dlaczego i w jakim celu.
A. nie lubiła matki swojej matki.
Sophie oddawała dziewczynce podobne uczucia, z dużą wzajemnością.
No, ale dość sentymentów- M. przywoływała siebie do porządku, rozdrażniona faktem wpadania z sentymentu w sentyment. Jej córka to już kobieta. Nie ma o czym mówić. Będzie odpoczywać po pracy, potem pewnie utonie w książce albo w rozmowie z koleżanką mieszkającą po sąsiedzku.
Nic to! Raz jeszcze rzuciła okiem na swoje odbicie. Tym razem w starym lustrze, zawieszonym tuż przy wyjściu z budynku. W wełnianym płaszczu i kapelusiku, z torebką przysłaną przez wiedeńską ciotkę, której to nie znała osobiście, za to od lat dziękowała niebiosom za jej hojność i gust- wyglądała bardzo elegancko. To co, że za ciasne… myślała, patrząc na zakończone w delikatny szpic, skórzane kozaki. Szewc, zwykle robiący dla niej buty na miarę- miał tym razem piękną, pokazową parę. Nie miała cierpliwości czekać na nowe, rozmiar większe. Wyprosiła, by od ręki sprzedał je właśnie te!
Instynktownie podwinęła palce u stóp, wzięła oddech, nie wypuszczając za dużo powietrza z powrotem, co wysmukliło jej talię.
Opuściła budynek, wyszła kilka kroków przed siebie. Zimno już wdarło się w jej nozdrza. Wniknęła uważnie w zimowy obrazek. Rzeczywistość, która dopada ją zawsze w chwilę po zakończeniu pracy, tym razem postawiła przed nią od razu kilka wyzwań.
Na przystanku autobusowym, o tej porze powinien był gęścić się już tłumek dzieciaków powracających do swoich wsi z jedynej w okolicy- szkoły podstawowej. Ale nie było ani dzieci, ani kilku wysłużonych nauczycielek, których godziny zakończenia pracy na każdy dzień tygodnia- wdarły się w jej chłonną pamięć.
Autobus nie pojedzie tego dnia, to było więcej niż pewne. Ci, którzy opuścili budynki szkoły i pracy na chwilę przed nią, zapewne już zorganizowali sobie powrót.
No cóż, pracując nie miała głowy na patrzenie za okno, by dostrzec śnieżycę. Wiejski ośrodek zdrowia to nie byle co… Kartoteki pacjentów z kilku wsi, historie ich chorób i odpowiedzialność za wszystko, co doradzi się im, gdy lekarz nie dotrze na dyżur- zajmowało jej podatną na poczucie niespokojnego obowiązku głowę. Patrzenie za okno w godzinach pracy mogłoby ją ryzykownie rozproszyć, czego nie wybaczyłaby sobie najprawdopodobniej nigdy.
Podejrzewała, że wszystkie asfaltowe drogi do jej rodzinnej wsi są już zasypane. Jedyny ratunek w przejściu przez park, potem kawałek polami i tak ze dwadzieścia minut przed siebie- tyłami wsi.
Kilka minut przed wyruszeniem na zimowe wędrowanie, kupiła trochę łakoci i zanim ułożyła je starannie w torebce, odkleiła delikatnym ruchem papierek pieczętujący tabliczkę czekolady z tyłu. Podobnie zrobiła z folią chałwy, przerywając ją w miejscu, w którym fabrycznie ją scalono. Oba źródła energii były więc pod ręką, gdyby poczuła słabość w trakcie podróży. Ciemna czekolada i chałwa to doskonałe połączenie na słodko- gorzkie dni. Czekoladę połamała częściowo. Wyłamała sobie dokładnie sześć kosteczek na drogę i luźno przytuliła je papierkiem do reszty tabliczki. W chałwę będzie wgryzać się zębami, a dokładniej mówiąc, ściągać nimi jej cieniutkie warstewki i układać je językiem na podniebieniu.
Kostki, oderwane już od bloczka czekolady, będzie mogła szybciej wydobyć z torebki i dodać sobie sił.
Szybko straciła swoją, jak ją nazywała „służbową wieś” z oczu. Zostawiła dosłownie i w przenośni- trudy jej domostw i obejść- z tyłu głowy. Na jeden momencik stanął jej przed oczami, czytany niegdyś, średniowieczny zapis z 1305 roku, który donosił, co następuje: „Także w tej wsi jest 26 domów, z których sołtys posiada 3, a kościół 2″.
Mózg zwykł wyrzucać jej ongiś zapamiętane fakty, dostosowując je trafnie do okoliczności. Oddała się więc na krótko przeniesieniu w czasie, próbując oddać tak starej wsi swoje zmysły, wiedzę historyczną i dobrą pamięć. Wyobraziła sobie ludzi w ich dawnych ubiorach, uwikłanych w inną jakże niźli jej- codzienność… Ta chwila zadumy zwróciła jej ciszę.
Otoczona kapelusikiem głowa, pozwoliła jej teraz patrzeć tylko na jedną z dróg; tę, którą miała przed sobą.
Skupiła się na szukaniu miejsc, w których nie piętrzył się śnieg. Myślała o butach, nie chciała ich nadmiernie wymęczyć.
Była to dróżka przez park, za to z dala od zamieci, którą aranżował wiatr dmuchający w zaśnieżone połacie pól. Wchodząc w dzikie ramiona parku, rzuciła okiem na zaspy tworzące się w rowach, między polami a nieprzejezdną drogą. Na sam ich widok cierpła jej skóra na plecach. Ileż to razy chłopcy po złości ją wrzucili! Ileż to razy dziewczyny, zaśmiewając się z tego, że mamrocze ze strachu i bolesnego zimna na ciele, pomagały chłopakom w udręczaniu jej!
Ech…Znowu wspomnienia, zeźliła się na siebie.
Tym bardziej zdecydowanie weszła w park, nie dając swojego wzroku ani emocji przebrzydłym zaspom i duciu wiatru.
Park był dziś cichy, ciemny i straszny. Wybrała ścieżkę, którą najszybciej przedrze się w stronę rodzinnej wsi. Szła zdecydowanie, nie planując się zatrzymywać ani zamyślać. Dobrze wiedziała, że klechdy to nie są tylko baje dla dzieci, ale często trudne historie dorosłych ujęte w znośniejszy sposób. Jeśli wiec od lat głoszono dzieciom, że w parku tym mieszka wampirzyca, nie zamierzała lekceważyć faktu, że coś strasznego tu może czyhać. Jeśli nie będzie sprawiać wrażenia zainteresowania tym miejscem i jego dobrami, tak jak zwykle, przejdzie ścieżkę bez szwanku.
Szła coraz szybciej odpychając myślami wyobrażenia wampirzycy, a gdy już przyspieszyła kroku na tyle, że niemal biegła, cieniste zasłonki wypełniające dotąd każdą przestrzeń między drzewami, nagle rozcieńczyły swoje szarości na tyle, że dostrzegła wyraźny prześwit.
Ku swojemu zdziwieniu, przecięła już park po skosie i mogła wejść na ścieżkę, którą dotrze na tyły swojej wsi. Teraz musi tylko posilić się i całą wieś rodzinną zwiedzić od tyłu. Pospiesznie, zmarzniętymi dłońmi wyciągnęła dwie kostki czekolady i dosłodziła je warstewką chałwy.
To były ostatnie chwile dnia. Prześwit zwiastował nadejście szarzyzny zimowego popołudnio-wieczora. Był jak wzmożone światło świecy, tuż przy końcu jej łatwopalnego knota.
Ruszyła tonąc jednak po kostki w śniegu, mimo starannie dobieranych kroków. Widząc stan polnej drogi, zamknęła w buzi jeszcze dwie kostki czekolady i powtórzyła docukrzenie chałwą.
Ich dom stał w polach, na końcu wsi. Musiała więc minąć wszystkie posesje leżące przy głównej drodze. Na szczęście tyłami… To była jej ulubiona perspektywa obcowania z życiem, mianowicie zza zasłony, zza winkla domu, zza kapelusza… idealnie.
Nie spieszyła się już, choć była przemarznięta bez reszty. Znała tę ścieżkę na pamięć. Gospodarstwa zasypiały. Palcami odzianymi w rękawiczkę, nieudolnie rozsunęła kilka warstw ubrań nad nadgarstkiem. Tarcza zegarka wydała jej się absurdalnie drobna, nieczytelna na pierwszy rzut oka. Wytężyła wzrok. Tak jak przypuszczała, dochodziła dopiero szesnasta. Uwinęła się w niecałe trzydzieści minut. Lada chwila miało być ciemno. Nikt nie dyskutuje przecież z prawem zimy do zamykania dnia na kłódkę i ponownego wypuszczania na krótki czas, by czynność powtarzać aż do wiosny i wysycenia się chandry w ludzkich głowach.
Szła spokojnym krokiem, czasem w podeszwie poczuła większy ból. Prawdopodobnie szukając co skąpiej ośnieżonych miejsc, trafiała na oblodzone, polne kamienie o ostrych rantach.
Przystanęła znów. Usłyszała nieopodal znajome jazgotanie. Ach tak… powiedziała sobie cicho. Była to zgraja psów szwędająca się po polach, niezależnie od pory roku czy dnia. Pamiętała to zjawisko tak samo długo, jak i samą siebie kilkuletnią, spacerującą po tychże polach. Czasem miała wrażenie, że to wciąż te same psy, biegające w tej okolicy od czasów jej dzieciństwa. Zgraję zawsze zasilał był jeden duży, długowłosy samiec, do tego jeden mniejszy szorstkiej sierści, na dokładkę jakaś agresywna, niewysoka suczka i reszta przeciętnych szaraków- analizowała, rzetelnie przesuwając w obrazy pamięci.
Aż z niedowierzaniem rzuciła okiem za siebie. Wszystko się zgadzało! Ale pewnie to ich ziomkowie o podobnej maści i stylu życia, tłumaczyła sobie.
Podbiegły blisko, ale tylko po to, by upewnić się, że jest im znajoma i móc ruszyć ze skowytem wolności w stronę parku, który to ona zostawiła już daleko za sobą. Wiejska, psia zgraja znała wszystkich mieszkających na wsi i ich znajomków. W mig rozpoznałyby zupełnie nowe zapachy i gesty. Wtedy zbliżyłyby się z nieufnością na dłużej i obserwowały kto zacz.
Wiało nadal, ale uspokajało się zdecydowanie.
Nadchodziła ciemna cichość, z którą to uchwyconą w płaszcz i w kapelusz – miała zawitać w progi rodzinnego domu. Niezapowiedziana, jak zwykle, ale dzięki temu spodziewana. Układała to w głowie, rutynowo próbując wybaczyć sobie nieokiełznane pragnienie, które gnało ją w te strony. Wpadała do domu bez uprzedzenia na tyle często, że spodziewano się jej w zasadzie każdego dnia i o każdej porze- zupełnie jak tych psów szwendających się po polach.
Nigdy nie wiesz kiedy się je przygna w stronę domu.
Pomyślała o sobie biegającej po polach bez domu, konkretnego celu, o sobie szukającej wiatru czy przygody, a może tylko zabicia czasu…
Zalał ją nagły smutek, który musiała zawrócić z powrotem w głąb siebie. I choć nadciągnął jak żarłoczna toń, udało się to zrobić.
Rzecz jasna, nie był to pierwszy taki potop jej serca. Byle obraz mógł wywołać lawinę smutnienia i zaciemnienia skrytych myśli M.
Udało się powiedzieć samej sobie stop.
Szła dalej. Oddychała spokojnie, dorzuciła kostkę czekolady pod język i tasiemkę chałwy pod zęby.
Obejrzała gospodarstwa od strony stodół, kompostów, gnojowników, ale i ogródków warzywnych, które teraz miały tę przyjemność ukryć się pod białym całunem.
Gdyby śnieg- myślała- nie był zimny- sama mogłaby być takim ogródkiem. Ileż czasem dałaby za taką hibernację, za życiową kotarę, pod którą mogłaby usnąć, wypchnąć życie gdzieś poza siebie.
Od dłuższej chwili nie czuła już stóp. Kozaczki stawiała rozważnie, ale dawno zapomniała o tym, że mogłaby poczuć coś więcej, niż tępy ból tkanek, które niczym zmarźlina okalały jej szkielet.
Szła przed siebie coraz wolniej. Patrzyła w kierunku domu. Tęskniła niezmiennie i zawsze tak samo mocno obawiała się tego, że kolejny raz wszędobylskie uwagi matki dotkną ją do żywego. Jednocześnie ból tęsknoty byłby nie do zniesienia, gdyby postanowiła uniknąć bólu szyderstwa i nie przyjść.
Jedyną osobą, do której tęskniła naprawdę, całe życie i nieprzerwanie- była matka.
Ta sama, która miała ją za nic.
Ta, której złe słowa na temat M. zarażały cały świat.
Jedyna, najważniejsza.
Mama.
Coś ciemnego, zwinnego przebiegło jej przed nogami. Dosłownie otarło się o czubek jej buta i czmychnęło bezszelestnie. Podniosła głowę wyżej. To musiała być Ernesto. Widać już miodowe lampy wokół ogrodu! Od domu dzieliło ją kilkanaście metrów! Ciepło napłynęło jej do piersi, rozpaliło serce, poganiało oddech za oddechem.
Zaraz będę u mamy- powiedziała sobie i pospieszyła kroku ignorując resztę rodziny, ból stóp i gardła zmuszonego łykać mróz zbyt szybko.