– Panie Aureliaszu, czy jak panu tam- Jowi krzyknęła z zaskoczenia dla samej siebie, bo wciąż była bardzo zaspana- nie znałam tej kobiety! Rozumie pan?!

– Czyżby?- zapytał beznamiętnie, szpakowaty mężczyzna, nie wynurzając nosa z kilkudziesięciu, wertowanych wciąż od nowa, arkuszy papieru.

Stałam tak od kilku minut, z dłońmi schowanymi w kieszonkach fartucha. Oparta o blat kuchennej szafki, miałam nadzieję nie stracić nagle sił witalnych z wrażenia i nie narobić zamieszkania, padając bezwiednie. Miałam być, jak zażyczył sobie pan Aureliusz, niemym świadkiem, dopóki on nie zdecyduje inaczej. Milczałam więc, skierowana twarzą do stołu, przy którym, naprzeciw siebie, siedzieli: ów smętny prokurator i moje dziecko. Keczup spał już w najlepsze, przetwarzając nocne łowy. Od czasu do czasu, poruszał lekko łapkami, jakby chciał biec. Nieznacznie wprawiał też w ruch swoje czułe wąsiska i odkrywał nieco z nieskazitelnie białych kiełków. Zapewne poluje we śnie na ptaki. Nieraz widziałam, jak obserwując wróble przez okno, wysyła im przedziwne, krótkie miauknięcia, których efektem jest ukazanie najgroźniejszych części uzębienia. Kochane kocisko. Kiedy myślę o nim, ustaje ucisk w skroniach, budzący się zwykle od szalejącego ciśnienia. Nawet prokurator nie robi na nim wrażenia. Spróbuję zachować się tak samo jak Keczup. Zwłaszcza, że z tego wszystkiego, nie wiem, gdzie są moje tabletki pod język. Spokojnie.

Ubrany jak z katalogu. Garnitur bez wątpienia, uszyty na miarę. Buty też, z pewnością nie z supermarketu. Piękny, ciemny płaszcz, na którym w sekundę osiadły czerwone, siwe i brązowe włoski naszych zwierzaków. Ten dom oddycha już sierścią czworonogów. I dobrze. Bardzo to lubię. To trochę tak, jakby przez dom przepływało powietrze pomalowane w kolorowe cętki. Jak rysunek kredkami, spod dziecięcej ręki.

Postanowiłam przerwać ciszę, która zapadła po powątpiewaniu pana prokuratora. Jemu chyba nie robi to różnicy, ale Jowi jak nic, po chwilowym podniesieniu ciśnienia, znów wyglądała na zasypiającą. Rozsiadła się wygodnie we frankowym fotelu, a jej oczy robiły się coraz odleglejsze. O czymś myślała, albo naprawdę próbowała drzemać, z otwartymi oczami. Trochę czuć od niej, nie da się ukryć. Musiała nie tak dawno jeszcze popijać czerwone wino. Jak zwykle, trochę zafarbowały jej usta.

-Zrobię wam kawę, jeśli można- zaproponowałam cichuteńko, nachylając się nad uchem pana Aureliusza.

Odkiwnął zaskakująco łagodnie, nie spuszczając oczu z fragmentu tekstu, który zatrzymał jego uwagę na dłużej. 
Robiłam więc swoje. Przez głowę przebiegło mi kilka przedziwnych, nie mających sensu myśli. Ucięłam je szybko i skutecznie, włączając rozsądek. Znam Jowitę, wiem, że gdyby w coś się wpakowała, ja wiedziałabym na pewno. Ona nie umie skrywać uczuć, tym bardziej sensacyjnych wydarzeń z życia. Nie, nie ona. A jeśli już, to nie dłużej, niż dobę.

– Proszę- powiedziałam miękko, stawiając na stole kawę w dwóch, śnieżnobiałych filiżankach.

Jowita od razu przyciągnęła spodek do siebie i chwyciwszy filiżankę, wypiła kawę duszkiem. Zwróciła tym uwagę prokuratora, który nie mógł powstrzymać zainteresowania i lekkiego uśmiechu. Gdy odwróciłam się znów w ich stronę, trzymając w dłoni swój ukochany kubek, tym razem, pełen pływających po wierzchu, parzących się liści melisy, pan Aureliusz, nie czytał już.

Siedzieli tak i patrzyli się na siebie. Początkowe napięcie, zmniejszyło się znacznie. Ośmielona inną atmosferą, ukradkiem postawiłam na rogu stołu, miseczkę z ciastkami. I tak nie spędzę już tego poranka po swojemu. Niech jedzą, może Jowi trochę okrzepnie dzięki zbożowemu przysmakowi.

– Pani Jowito- zaczął, nie spuszczając z niej oczu- sprawa nie wygląda dobrze.

– No jasne- westchnęło moje dziecko z ignorancją, która nie spodobała mi się, tak samo jak zapach uchodzącego z niej upojenia.

Pan doktor uszkodził ją i to bardzo. Nie przeoczała okazji do napicia się i co za tym idzie, do niemyślenia. Biedna Jowi. Na szczęście, zaczęła jeść ciastka i moją dyskretną dolewkę kawy, wprowadzała już do organizmu, w rozsądnych odstępach czasu.

Trzeba przyznać, że Franek dziś zaszalał. Zaserwował dziś kawę z chilii i gorzką czekoladą, której to, sporą ilość, zostawił, wychodząc niezauważenie, na talerzyku, obok ekspresu. Domyśliłam się, że wiórki startej czekolady, mam sypać po powierzchni parującej w filiżance, kawy. Tak też robię. 
O której on wyszedł? Czy to możliwe, że pomaga przy tej przykrej sprawie? Może powiedziałby coś, wiedząc, że przyjdą do nas, wypytywać? Może. Właściwie nie miałam kiedy zapytać go, co tak naprawdę wygania go z domu i czy ma jakieś zdanie na temat tej nieżyjącej biedaczki. Wraca na tyle późno, że słysząc wbiegającego na korytarz Dido, mylę go z odgłosami ze snu.

Franek spał tej nocy naprawdę krótko. Wstałam dziś przed siódmą, a kawa była już chłodnawa. Zauważyłam, że zabrał swoje ciepłe kalesony z kupki wyschniętego prania, którą, nie chcąc wchodzić do jego pokoju, zostawiam zwykle w jego łazience. Musiał wczoraj porządnie zmarznąć. Nie lubił nosić kalesonów, mam wrażenie, że uważał je za garderobę słabych i bardzo starych mężczyzn. Ciekawe, do czego przyznał się sam przed sobą o świcie, zakładając je jednak, przed wyjściem.

Melisa zadziałała. Nie przeraziło mnie kolejne stwierdzenie prokuratora.

– Pani Jowito, zacznijmy jeszcze raz- zaproponował- ale tylko szczerze, bo nie ukrywam, pani sytuacja jest przynajmniejjjj- zawiesił się na chwilę- niepokojąca.

– Tak?- zapytała, jeżąc się i pasując od mojego wzroku, Jowi- to proszę mnie wreszcie oświecić, o co tu chodzi?
Widziałam , że ją nosi. Wzięła dwa wolne dni, by razem z weekendem i zwyczajowo wolnym poniedziałkiem, mieć całe pięć dni na odsapnięcie. Kocha swoją pracę, ale zawiaduje ludźmi, motywuje ich, kontroluje, przez co traci znajomych. Ma też sporą odpowiedzialność przed, tak zwaną, „górą”. Sprzedaż nie może stać w miejscu. Słupki muszą piąć się w górę, klienci mają oddawać hipermarketowi coraz większe kwoty. Cały czas na adrenalinie i z uśmiechem, żeby klienci czuli się jak w domu. Zwariowanie. Rozumiem, że Jowi czuje rozdrażnienie. Posypał się jej związek, a wolne dni oferują jej, coraz to lepsze niespodzianki. Najpierw ja opowiedziałam nieznane historie na temat Franka i zdradziłam wiele swoich odczuć… Teraz ta prokuratura i przesłuchanie, jak z kosmosu. Skoro dla mnie, to trochę jak film fantasy, co dopiero dla „zmęczonej” Jowi. Wyrwana przeze mnie ze snu i doprowadzona z rozwichrzoną fryzurą, na przesłuchanie do naszej kuchni. Trzeba przyznać, że te kolorowe pasemka, nie pomagają mojej córce w zbudowaniu wiarygodnego imidżu. Czterdziestoletnia kobieta, wyraźnie w oparach absurdu i wyżłopanego nocą wina. Do tego przysypiająca na fotelu z przerywnikami na bezczelne teksty. Wszystko to, uwieńczone czupurem, przyozdobionym zielonymi i różowymi pasemkami. Sama chyba pękałabym ze śmiechu, na widok chociażby kawy, wypijanej przez kobietę, w sposób, w jaki solidny chłop obchodzi się z kielichem zmrożonej wódki. Cała Jowi. Moja zwariowana córeczka.

Prokurator wypił połowę kawy. Z gracją, w przeciwieństwie do, zrodzonego z mojej krwi, Siuksa. Wyciągnął z przerażającej sterty arkuszy, dwie kartki zapisane maczkiem i położył je przed sobą. Kilka razy poprawił, by leżały niezaprzeczalnie równolegle do siebie. Teraz wziął oddech i obrysowując opuszkiem wskazującego palca prawej ręki; najpierw jedną, potem drugą kartkę, powiedział:

– Pani Jowito. Czy numer, który w tej chwili zakreślam na czerwono, to numer telefonu należący do pani?- zapytał i podsunął Jowi pod nos kartkę, z wyraźnie zaznaczonym ciągiem cyfr.

-Tak- odpowiedziała po chwili namysłu- to dokładnie mój numer.

– Więc już jedno mamy ustalone- oświadczył z ulgą.

Zapewne obawiał się odmowy zeznań, albo wyraźnej niechęci do współpracy. Powinnam ostrzec go, że Jowi o poranku, to nienajlepszy rozmówca. Ale kawa juz działała. Na korzyść pana Aureliusza i nas obu. Zdecydowanie. 
Sięgnął teraz po skórzaną teczkę, którą kilkanaście minut temu, zaproszony do kuchni, wsunął pod krzesło, które potem zajął. Wyjął tablet. Widziałam jak zaświeciły się oczy Jowi. Niedawno kupiła sobie nieco mniejszy, ale dopasowała do niego identyczny wzór pokrowca. Dała mi oczami znak, że to zauważyła, gdy pan Aureliusz uruchomił sprzęt i użył podpórki wbudowanej w etui, by mieć ekran cały czas przed oczami. Spostrzegłam jak skreślał pierwszy punkt na liście. Domyśliłam się, że chodzi o zidentyfikowanie numeru.

Podniósł wzrok na Jowi, przeczesującą palcami włosy i zjadającą ostatnie ciastko.

– Numer oczywiście doprowadził nas do pani- ciągnął- jest na panią zarejestrowany, co znacznie nam ułatwiło sprawę. Cieszę się, mimo to, że od razu, bez wahania, przyznała się pani do niego.

– Przyznałam się?- wyskoczyła Jowi- takie sformułowanie, nie sądzi pan, panie Aureliaszu, że nie jest w porządku?- zapytała „prawie” spokojnie.

– Aurelianie. Mam na imię A U R E L I A N- przeliterował.

– Wyrazy współczucia- rzuciła nieprzemyślane- a co z moim pytaniem… nie uważa pan, że to niestosowne?

– Nie widzę nic złego w czasowniku zwrotnym „przyznawać się”- odpowiedział, trochę urażony wcześniejszą uwagą.

– Sugeruje mi pan tym CZASOWNIKIEM ZWROTNYM, że mam coś na sumieniu, do czego się PRZYZNAJĘ!- wygłosiła stanowczo.

– Ach…- uśmiechnął się- nic z tych rzeczy, przepraszam w takim razie za słowo, które się pani źle kojarzy.

Zbił Jowi z tropu. Bardzo dobrze, uspokoiła się. Wydawał się na początku zbyt wklejony w jeden model życia, by móc dostosować się do rozmowy z kimś, kto, jak pokiereszowana Jowi, wysyła sygnały sprzeczne ze swoimi zamiarami.

Ale myliłam się. Wiedział co robi.

Dołożyłam ciastek do miseczki. Sięgnął od razu, bojąc się zapewne, że moje dziecko znów wchłonie wszystkie. Jowi też miała jakąś obawę, która skończyła się identycznym gestem. Zderzyli się dłońmi nad tym samym ciastkiem. Ciastko, w rzeczy samej, szczyciło się rzucającą się w oczy, największą ilością marmolady. Jowi zafurczała, za to pan, jak to było… AURELIAN, uśmiechnął się i przeprosił. Cofnął rękę i dał znak, by Jowi poczęstowała się pierwsza. Tak zrobiła.

Nie rezygnując z planów, sam też sięgnął po słodycz ponownie i przegryzając ze smakiem, zapytał:

– Rozumiem, że podtrzymuje pani oświadczenie, iż nie znała denatki?

Jowi zapychając się, potwierdziła kiwnięciem.

– Skąd zatem jej próby dodzwonienia się do pani?- zapytał- czy ma pani jakiś pomysł? Jakiekolwiek na to wytłumaczenie?

– Nie- zaczęła Jowi- ale w zasadzie, TAK, do cholery! TAK- krzyknęła radośnie, jakby zadziwiła samą siebie i wystrzeliła do swojego mieszkania, na górę, krzycząc ze schodów, że zaraz wraca.

Wróciła z otwartym laptopem. Podała go panu A U R E L I A N O W I, wskazując palcem na konkretny fragment jakiegoś tekstu.

– Może pan przeczytać całość- zachęciła- czego się nie robi dla dobra śledztwa- zażartowała.

Jowi stanęła przy mnie na chwilę i wyjaśniła, że pan prokurator czyta właśnie list, który wczoraj napisała do niej Majka. Pocieszyła mnie, że ten list zakończy przesłuchanie, które od jakiegoś czasu, wcale mnie nie niepokoiło. Wróciła na fotel, nie odstępując ciastek i drugiej już, dolewki kawy, o którą zadbałam, gdy jej nie było.

Pan (skupiłam się z całej sił, by znów przypomnieć sobie, jak literował) A U R E L I A N (uff) uśmiechał się czytając, a co chwilę wręcz marszczył nos i dawał upust rozbawieniu, robiąc niegłośne, ale słyszalne wyraźnie: – Heeh. Ciekawe, co też piszą do siebie w listach dwie, bądź co bądź, nieprzyzwoicie wolne, jak na swój wiek, kobiety? Obie przedłużyły sobie młodość, z wyjątkiem krótkiego epizodu małżeńskiego Majki, po którym zostało jej wyłącznie podwójne nazwisko. Ale to drobnostka, bo i tak, co wymowne, Maja przedstawia się, skracając swoje dane do nazwiska rodowego. Z nazwiskiem ojca, łączy ją naturalna, budująca więź. Stąd, utożsamianie się z Majką Cwajg na co dzień, jest z pewnością dla niej o wiele łatwiejsze.

Były mąż, młodziutki, nieżyciowy naukowiec, oddalił się jeszcze bardziej od rzeczywistości, po zderzeniu z obłokami, w których okazała się żyć jego młoda żona. Wyszło na to, że żyjąc razem, każde z małżonków, ucieka w swoje pasje, coraz rzadziej „schodząc na ląd”, zwany codziennością. Nie gotowali, nie sprzątali, od przypadku spacerowali i płacili rachunki. Przestali niemal rozmawiać ze sobą, mimo wielkiego szacunku, którym darzyli się podczas coraz krótszych spotkań. Majka opowiada o tym okresie, niczym o życiu w amoku. Oboje czuli, że muszą przed sobą uciekać, by współmałżonek nie odebrał przestrzeni ich naukowym i artystycznym fascynacjom. Zupełnie jakby to nie oni walczyli ze sobą, ale dwie, zwalczające się dziedziny, którym oddali życie, wypierały się.

Za namową rodziców z obu stron, którzy nie mogli patrzeć na, pozbawiający młodych zdrowia, twór małżeński, doszło do rozwodu. Rozwód bez orzekania o winie, szybki i oryginalny, jak na tych dwoje przystało. Gdy tylko sędzina ogłosiła oficjalne unieważnienie małżeństwa, Majka i jej mąż, rzucili się sobie w ramiona w podziękowaniu za wolność i bilet w jedną stronę do swoich obsesji. Oboje obiecali sobie na ostatniej, porozwodowej kawie, że żaden związek, nigdy więcej, nie zagrozi ich życiowej drodze. Po czym rozeszli się i utonęli znów, tyle, że oddzielnie. Każdy na swojej ścieżce. Majka, będąc sama, dba o zabytkowy pałacyk, odkupiony przez jej rodziców od gminy. Zasadziła drzewka, uprawia ogródek, okna lśnią czystością, kiedykolwiek byśmy tamtędy nie przejeżdżali. Rozkwitła też jako kobieta. Stało się to podczas tej samotności, sporadycznie przerywanej przez mężczyzn, pojawiających się spektakularnie, niczym meteor na niebie i jak on, szybko znikających.

– No- przerwał ciszę pan prokurator- to jedno już wiemy. Mianowicie, wiemy skąd denatka miała pani numer- ciągnął- wiemy też, że z niego skorzystała. Wiemy ponadto, że skorzystała także z numeru stacjonarnego- rzucił i skreślił kolejny punkt na ekranie tabletu.

– Jak to?- wystrzeliło moje dziecko, jak Filip z konopi- jak to? Skąd pan to wie, do cholery?- wykrzyczała, jak skaleczona czymś z nagła.

– Dzwoniłem na tamten numer- odpowiedział, wnikliwie wpatrując się w reakcje mojej córki- sądziłem, że pani wie.

– Nie, nic takiego nie wiem, proszę pana- Jowi odpowiadała zmniejszając agresję, a pompując swojego, jak to nazywała, focha.

Pan AURELIAN zaniemówił. Zauważyłam, że nie ma obrączki. Ciekawe, czy dał sobie prawo do tak długiej znajomości z kobietą, by wiedzieć, że jeśli nie ugasi Jowi, zaraz będzie płonąć okolica.

Nie powinnam go oceniać. Cokolwiek chcecie, by ludzie wam czynili, wy im też podobnie czyńcie… Ostatnio przyłapuję się na ocenianiu ludzi, choćby dwadzieścia lat młodszych ode mnie. Za moich czasów… Chyba już nie mam wymówki. Dopadła mnie wszechwiedząca starość, ale zawalczę z nią i postaram się być obiektywna.

Tak, to mądry mężczyzna, nawet jeśli nie wypracował tego w małżeństwie, być może ma dobre geny. Uśmiechnął się niewinnie i próbując załagodzić sytuację, powiedział:

– Rozumiem, mój komentarz był niepotrzebny- cedził słowa bardzo ostrożnie- proszę mi wybaczyć, pani Jowito.

Wziął ostatni łyk kawy i uśmiechem oraz palcem wskazującym pustą filiżankę, poprosił o jeszcze. Jowi szybko podchwyciła, że te gesty są nieprzypadkowe. Zdawała sobie sprawę, że nie należy do najłatwiejszych rozmówców, zwłaszcza, gdy rozmowa rozpoczynała się zbyt wcześnie i pierwsze jej słowa padały bez pomocy kofeiny. Okrzesała swoją naturę.

– To ja niepotrzebnie się ciskam- powiedziała, korząc się- proszę powiedzieć, jak zareagował doktor Marek Lichota na pański telefon?- zapytała niepewnie, jak wtedy, gdy wracałam z wywiadówki i nie była pewna tego co usłyszy.

– Hmmm- wziął oddech pan AURELIAN- No cóż, był zdziwiony najpierw, a zdenerwowany później- prokurator próbował delikatnie wyłuszczyć- zaskoczyłem go pytaniem o panią. Próbowałem się nie przedstawiać, bo nie do końca wiedziałem do kogo dzwonię, ale wymusił to na mnie, sugerując, że jestem pani kochankiem. A tak naprawdę… Jedyne, co wiązało tamten numer z panią, to bliskość tych połączeń- tłumaczył. Denatka zadzwoniła najpierw do pani kilkakrotnie. I jak sama pani wie, nieskutecznie. Biling nie wykazał ani jednej sekundy połączenia. Od razu niemal zaczęła łączyć się z tamtym, stacjonarnym numerem, który, jak wiemy, dostała od pani przyjaciółki. Spodziewała się najpewniej, że skoro nie ma pani pod komórką, odbierze pani pod tamtym numerem- wyliczał i zakreślał kolejne punkty na ekranie tabletu. 
– Mnie tam nie było, a przez ostatnie dni, także mojego- Jowi zająknęła się- to jest, doktora Lichoty. Był za granicą- oświadczyła gorzko.

– Teneryfa, wiem- doprecyzował prokurator i znów coś zakreślił. Proszę wybaczyć- wyszeptał prawie- wiem, że wchodzę w strefę prywatnego życia, z przymusu- kontynuował zawstydzony- czy mam rozumieć, że państwo nie są już razem, to znaczy- motał się- czy tak mam zanotować?

– Zdecydowanie- odpowiedziała Jowi.

– Zaraz- Jowi dała upust zaniepokojeniu- ale do mnie dzwonił ktoś z nieznanego numeru, jak się okazuje, w dniu, w którym od znalezienia martwej denatki, minęła już doba!

– Ach tak, ale rozłączyła pani- poświadczył- to ja, próbowałem się dodzwonić. Pani numer widniał jako ostatnia próba połączenia z telefonu denatki. Zanim dostałem pani dane z telefonii komórkowej, próbowałem sam cokolwiek wywęszyć.

– Pani Jowito- zwrócił się do niej jeszcze łagodniej- czy ma pani jakiś pomysł, w jakim celu mogła dzwonić do pani denatka?

– Najwyraźniej w takim, jaki zapisała w mailu moja przyjaciółka- Jowi odpowiedziała i sięgając po swojego laptopa, zacytowała: „Mówiła coś o potrzebie silnej, metalowej podpórki pod półkę”. Chodziło więc- zaznaczyła- najwyraźniej o tę podpórkę z mojego marketu.

– Widzi pani, pani Jowito- zatrzymał na niej wzrok i westchnął- według oszacowanej godziny zgonu, denatka dzwoniła do pani, na chwilę przed bardzo sprawnym, wyuczonym, powiedziałbym, powieszeniem.

– Może- Jowi odpłynęła w głąb wyobraźni, próbując cokolwiek odpowiedzieć- może jeszcze moment wcześniej, wciąż planowała dalsze życie i umocowanie nowej półki- zawahała się- a potem, jakoś nagle…

– Wierzy w to pani?- zapytał zupełnie poważnie, bez podejrzeń- Wierzy pani, że można tak znienacka postanowić odebrać sobie życie?

AURELIAN Dobrucki, być może, jak sama nazwa wskazuje, umie okazać dobro. Zauważyłam, że nie ma na celu pognębienia mojej córki. Zorientował się, ze wdepnął w świeżo rozbabrany związek. Na pewno wyczuł też, że Jowi chodzi z sercem na wierzchu, że nie umie udawać. Mam przynajmniej taką nadzieję, patrząc na jego ocieplający się wzrok, od momentu, gdy Jowi przytaknęła na swoją niebyłą już relację z panem Lichotą.

Jowi odpowiedziała zupełnie swobodnie, jakby rozmawiała ze mną przy nalewce. Albo z Majką.

– W sumie nie wierzę- wysnuła z głębi siebie- nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, nawet w takim załamaniu, w jakim ja jestem.

– Otóż to- przytaknął pan AURELIAN- dziękuję za szczerość. Sama pani rozumie. No i jest jeszcze coś…-spojrzał na Jowi tak, by zechciała dopytać go, co ma na myśli.

– To znaczy?- odpowiedziała na podprogowy przekaz.

– W chwili, w której denatka dzwoniła do pani- Dobrucki czytał z jednej z położonych przed sobą kartek- szukając pani pod obydwoma numerami, z pewnością miała już, potrzebną jej podpórkę pod półkę.

Jowi nie zrozumiała. Zobaczyłam na jej twarzy zmieszanie. Próbowała wyłowić jakiś sens z tej informacji.

– Jak to?- zapytała bezpiecznie.

– Denatka odebrała sobie życie- czytał znów z kartki- wieszając się na sznurze przywiązanym do metalowego elementu, sprzedawanego prawdopodobnie, jako podpórka pod półkę.

Zbladłyśmy obie z Jowi. Czego mogła chcieć od niej ta kobieta? Na kilka chwil przed śmiercią, dzwoni się do bliskich, a nie do kogoś zupełnie nieznanego. Może dała sobie ostatnią szansę, może uzależniła swoją decyzję od przypadkowego telefonu? Mówi się, że łatwiej wyznać swoje najgłębsze sekrety nieznajomym, niż bliskim. Może to ten trop, właśnie.

– Panie AURELIANIE- wtrąciłam, głodniejąc z nerwów najpewniej- czy mogę nastawić obiad?

– Naturalnie- odpowiedział- jeśli gotuje pani tak, jak piecze, nie mam sumienia zakazać- dokończył żartem.

Zajęłam się zupą. Przerabiałam w głowie, na wszystkie strony zebrane dotąd fakty. Brałam też pod uwagę to, że muszę Jowi powiedzieć o wizycie doktora, bo lada chwila może to i tak wyjść. Nie da się, jak widać, odjąć jej tego bólu, bo pan Lichota wyskakuje nawet ze sprawy tej nieżyjącej kobiety.

-Z listu Majki wynika- wrzuciła Jowi, z nosem w laptopie- że cały dom był pełen starych mebli, zabytkowych przedmiotów. Musiała więc tę podpórkę kupić i przymocować wyłącznie w celu odebrania sobie życia?- zasugerowała.

-Tak, bez wątpienia- odpowiedział prokurator, zakreślając kolejny punkt w tablecie- pytanie brzmi, kto jej zamocował tę podpórkę- kontynuował tajemniczo- z wywiadu wiem, że nie utrzymywała tu żadnych znajomości, a jedyną osobą, która przyznała się do odwiedzin u niej w domu, jest pani przyjaciółka, Maja Cwajg- Hoffmann.

-Kolejny szczegół- dorzucił- w domu nie znaleziono żadnych potrzebnych do umocowania owej podpórki; narzędzi, nawet wkrętów, czy zwykłych gwoździ. A podpórka była naprawdę fachowo zamocowana- skwitował.

– Zaczyna mnie to wszystko przerażać- wydukała Jowi- czy jest cokolwiek, co łączy mnie z tą kobietą? Może w jej domu, coś pan zauważył?- zapytała.

– Poza oczywistym wspólnym mianownikiem, domyślam się, zupełnie przypadkowym, nie wiem o niczym innym, co by was łączyło- odpowiedział, przykładając prawą dłoń do serca.

– Jaki wspólny mianownik ma pan na myśli?- wyciągała Jowi- sugeruje pan podobny wiek?

– Nie liczę lat kobietom, pani Jowito- odpowiedział z uśmiechem Dobrucki- mam na myśli nazwisko, oczywiście- wyjaśnił- denatka miała na nazwisko Stróż. Marta Stróż.