Ciekawe, o której wrócił Franek. W kuchni zastałam letniejący dzbanuszek kawy. Wiem! Z cynamonem i wanilią! Wzięłam łyczka, zanim moja „fusiarka” zawiązała pokaźny kożuch i nabrała stateczności, godnej kobiety w moim wieku. Krążący po kuchni, bezcieleśni posłańcy, których wykarmiamy swoją małżeńską rutyną od lat, szepczą mi do uszu. Franek zaplanował wyjść jak najszybciej, po przebudzeniu. Zawsze, gdy ma takie plany, wstaje kilka godzin przed właściwą pobudką. Tylko po co, by wcześniej zaparzyć kawę. Nie chce stracić ani jednego, rytualnego dnia. Dziś, zrobił to przed położeniem się spać z samego rana. Sądząc po temperaturze dzbanka, mogło to być jakąś godzinę temu. Wczoraj rzucił coś o sołtysie i policji. Mam nadzieję, że nie było pożaru u nikogo, albo, co najgorsze, jakiegoś napadu. Wsi spokojna, wsi wesoła, nie jest już taka sielankowa, jak sobie zamyślił Kochanowski. Czasy się zmieniają i osiedlają na wsiach. Niestety, coraz gorliwiej owe „czasy” i ich zwyczaje, zasilają pola, jak dotąd okalające wieś bezpiecznym, uprawnym pledem. Teraz Wrocław sypia na obrzeżach naszej wsi, w swoich zimnych, nowoczesnych domach. Brrr. Zawsze mam ciarki na rękach, jak pomyślę, że miałabym tak mieszkać. Niby dom, ale bez obejścia. Ludzie stają się niewolnikami kawałka trawy, którą u nas, bez proszenia, przystrzygają kaczki. Jedyny pożytek z tej miejskiej sypialni, że zatrudniają ludzi do sprzątania i koszenia trawy. Żona posterunkowego, podobno sprzedaje „nowym” domowe obiady. Przynajmniej tyle dobrego, że doceniają to, co swoją niezawodnością, broni się od lat. Domowe wyroby. Są jak rodzinność i więź z Bogiem. Nie można tego zareklamować, ale wystarczy spróbować…
Na szczęście nie dotyczy to nas, zamieszkujących rdzeń wsi odziedziczonej po niemieckich gospodarzach. Ze starych zdjęć i pocztówek wiem, że niewiele zmieniło się od tamtego czasu. Ludzie remontują dachy, czasem coś dobudują, malują z zewnątrz, wstawiają nowe okna. Nie zmienia to jednak charakteru naszej drogiej Kowalówki. Ogródki okalające domy, pozostały ogródkami, a podwórka nadal tańczą do kurzego gdakania. Ostatnio nawet młodzi przestali kręcić nosem na podwórkowe ptactwo. Wreszcie ludzie docenili jajka od kurek ze wsi. I możliwość mieszkania z rodzicami, bez tych koszmarnych opłat, jak w mieście. Nareszcie.
Bardzo lubię tę nową falę; młodych małżeństw z dziećmi, powracających do swoich rodzinnych domów. Aż miło popatrzeć na babcie, szczęśliwe, że mają komu „babciować”, gdy młodzi gnają do pracy. A i domy na tym zyskują. Świeży zastrzyk gotówki. Odżywają ogrody i pysznią się nowymi, egzotycznymi drzewkami w sadach. Pięknie. Naprawdę dobrze, jeśli życie właśnie tak się toczy.
A właśnie, moja kawa. No dobra, skuszę się na resztkę ciastek. Wypadałoby dopiec, chociaż z blaszkę. I tak nie mogę teraz odpłynąć w swoje sprawy, póki Franek jest za drzwiami.
Bez wątpienia. Nie ma potrzeby dziś martwić się małżeńskim śniadaniem. Mogę spokojnie żyć swoim rytmem. Niech żyje kawa sypana i zalewana wrzątkiem, razem z cukrem. Po kilku minutach, wystarczy dolać ciepłe mleko. Tak, dzień zaczął się dobrze.
Z litością i lubością jednocześnie, patrzę na nadtłuczony rant ukochanego kubka. Powinnam go zmienić, ale tak ciężko mi wybrać się gdzieś na poszukiwanie choćby podobnego. Jowi postawiła do pionu koleżanki odpowiedzialne za dział akcesoriów kuchennych, w hipermarkecie, któremu kierowniczy. Mogłabym dodać „któremu oddała większość sił i życia”. Nie powinnam tak nigdy więcej myśleć, to JEJ życie. Moje matczyne tkliwości mogą narobić tylko szkody.Cokolwiek chcecie, żeby ludzie wam czynili, wy im też podobnie czyńcie. Ja też nie jestem nieomylna. Są przecież sprawy, w których tkwię od dziesiątek lat. Ktoś mógłby to komentować i pewnie zabolałoby mnie i przekłuło mi serce na wskroś. Koniec tematu, bo cokolwiek chcecie…
Rzadko zdarza się właśnie t a k i kształt kubka o t a k i e j pojemność jednocześnie. Ech. Może sama wreszcie zbiorę się i zobaczę ten gmach, którego boję się na samą myśl. Byłam kilka razy w podobnych marketach. Za każdym razem wracałam do domu z bólem głowy, łzawiącymi oczami i mnóstwem niepotrzebnych rzeczy. Nawet karteczka z zakupami nie pomaga. Wstyd mi mijać kolejny raz te same miejsca, szukając od pół godziny mąki, albo mleka. Stara jestem, za stara nawet na swój wiek. I chyba lubię to miejsce na obrzeżach kubka, które drapie mi usta oszczerbioną półporcelaną.
Gdyby było to możliwe, powoływałabym się na dziedzictwo emocjonalne po mojej teściowej. Anna, bo tak prosiła, bym ją nazywała. Była niebywała w swojej powszedniości. Pozostała w mojej pamięci młodsza ode mnie dzisiejszej, bo nie miałam już sposobności znać „ jej późniejszej”.
Zapraszała mnie do domu na, jak mówiła, proszoną kawę. Była jedyną, znaną mi wówczas osobą, która pytała swoich gości o to jaka dokładnie ma być ich kawa lub herbata. Nie były to czasy, w których można było zabłysnąć niezliczoną ilością odmian kawy, czy herbaty. Nie to, co dziś. Anna starała się bardzo. Dziś myślę, że nie tylko bardzo chciała, ale nie mogła inaczej. Nie zmienia to faktu, że dzięki niej, zadałam sobie pytanie, jaka ta kawa powinna być, by mi naprawdę smakowała. Panowała wtedy raczej ogólnie przyjęta radość ze zdobycia kawy w ogóle. Ja i moi rodzice, należeliśmy do osób, które się poddały tej tendencji. Bez wnikania w dodatkowe przyjemności. Czasem myślę, że dlatego moi rodzice tak szybko zmarli. Przyjmowali życie jako życie, tak ogólnie. Nie zawalczyli o dodatkowe przyjemności… Nie umieli, dziś to wiem. Ciągle powraca do mnie myśl, że za mało ich odwiedzałam, po przeprowadzce z Frankiem do miasta. Pilnowaliśmy pracy w fabryce, wystawaliśmy za wszystkim. Chcieliśmy, mimo wszystko, jak inne małżeństwa, mieć jakiś mebel, jakiś ciuch. Tak właściwie, to ja wystawałam. Sama nie wiem, gdzie dokładnie był wtedy Franek.
Ale jeśli wtedy mi to nie przeszkadzało, czy ma prawo przeszkadzać mi dziś?
Rodzice zmarli, gdy Jowita miała dziesięć lat. W jej świadomości pozostali miłymi staruszkami, którzy z wielkiej miłości, jedno po drugim, umarli w odstępie dziewięciu miesięcy. Symbolicznie. Tyle potrzeba, by na świecie pojawiło się życie. Mama, jakby chciała odczekać po śmierci swojego męża. Odczekać i doczekać , być może. Za każdym razem, gdy u niej byłam, mówiła, że powinnam mieć jeszcze jedno dziecko. Może naprawdę nadzieja, że urodzę drugie dziecko, trzymała ją przy życiu? Kto wie. Franek wspaniałomyślnie zgodził się na Jowitę. Nie śmiałam więcej prosić.
Moim rodzicom serca odmówiły posłuszeństwa. Oboje, w chwili śmierci, mieli już kolejny w swoim życiu, nieuświadomiony wcześniej, zawał. Ciężko pracowali, ale wojna… Wojna zrobiła swoje, przede wszystkim. Byli skryci, nie pieścili mnie nigdy tak, jak niektóre matki, co to nie mogą przejść obok kołyski, by nie pomiziać chociaż nóżki dziecka, nie pocałować. Byli poprawnymi rodzicami. Ale nigdy nie powiedzieli mi, że mnie kochają. Wiem, że kochali. Na tyle, na ile ich terroryzowane wcześniej, serca, pozwalały. Jako dziecko rozumiałam to bez nazywania. Jakoś przez skórę wiedziałam czego mogę, a czego już nie, oczekiwać od nich.
Zadręczam się, ale wiem też, że gdybym zamęczała ich opieką i wizytami, umarliby znacznie wcześniej. Pamiętam jak przyjechałam do nich z małą Jowi, by przedstawić ich wnuczce. Przywiozłam sporo zdobycznych rarytasów. Odkupiłam je od koleżanki z fabryki. Dostawała zagraniczne paczki. Błyszczące papierki na czekoladach. Zachodnia kawa. Raj!
Rodzice zaniemówili, wypakowując tobołek, który przytachałam ze stacji, niosąc na rękach, dodatkowo, pulchnego i ruchliwego berbecia. Nie odebrało im mowy wzruszenie, o nie. Twarze sparaliżowało im tak, jak czasem przy udarze. Nie panowali nad mimiką. Dla nich to był jakiś cios, do dziś go nie rozumiem. Po latach dowiedziałam się, że rozdali te podarki po sąsiadach. A tamtych kilka dni, które u nich spędziłam, przetrwaliśmy w ciszy, wymieniając uprzejmości. Dobrze, że Jowi czasem pokrzyczała, bo oszalałabym z przejęcia, poczucia winy i konsternacji.
Potem byłam już tylko poprawną córką. Taką, jaką mogli znieść. Zamawiałam rozmowy do sołtysa, bo tylko on miał wtedy telefon. Raz na jakiś czas pytałam go co u nich. Prosiłam, by miał na nich oko i przy okazji, odwdzięczałam mu się za to, czym tylko mogłam. Potem błagałam, by założyli telefon, gdy już można było. Zasłaniali się niepotrzebnymi wydatkami. Wiedziałam, że mama przede wszystkim, boi się mojej tkliwości. Dobrze mnie znała, wiedziała, że mogę zacząć wydzwaniać, dzielić się swoim rozdygotanym sercem. Pisałam więc listy. Najpierw na gorąco. Potem dawałam sobie tydzień na ochłonięcie i zmieniałam je na bardziej informacyjne, niż emocjonalne. Na takie jedynie mogłam dostać odpowiedź. W takim samym, bezpiecznym tonie.
Wychowali mnie, nie ma co. Na swoją modlę.
Ciekawe, co powiedzieliby na to terapeuci, których podsłuchuję czasem w telewizji śniadaniowej.
Kawa smakuje nienajgorzej, jeśli podpija się ją oszczędnie, podczas kuchennej krzątaniny na palcach. Mam już kruche ciasto. Użyję marmolady, zamiast rozmrażanych owoców. Będzie smakowicie.
Jowi gości się z kimś, chyba z Majką. Nie za dużo się tam dzieje, pewnie przesiadują nad komputerem, albo rozmowa pochłonęła je tak bardzo, że nie słychać za wiele kroków na górze. Jest dobrze, cichutko. Tak jak na dworze. Biało i cicho. Śnieg może sobie spokojnie leżeć.
No, to się nazywa chwalić dzień przed zachodem słońca! Telefon! Zapomniałam wynieść słuchawkę na korytarz. Zaraz zbudzi Franka. Trudno, odbieram upapraną ręką.
-Stróż, słucham- mówię cicho, mając nadzieję, że uda mi się równie dyskretnie wyjść z kuchni na korytarz i zamknąć za sobą drzwi.
– Witam, z tej strony Marek, to znaczy doktor Marek Lichota- męski głos wystrzeliwał pospiesznie słowa, jakby dławił się- jestem lekarzem Jowity Stróż, czy może ją zastałem?- zapytał błagalnym tonem.
– Proszę chwileczkę zaczekać, moja córka nie mieszka w tym mieszkaniu. Musiałabym się do niej przejść. Ale może niech pan zadzwoni na komórkę- mówię tak, jakbym go naprawdę nie znała z opowieści córki. Wiem, że Jowi tego właśnie oczekiwałaby ode mnie.
– Proszę się nie fatygować- odpowiedział przymilnie, próbując mnie podpuścić- może nie ma jej w domu, szkoda fatygi- dorzucił z nadzieją, że utwierdzę go w niej.
– Jest z pewnością- odpowiadam czując się nieswojo w takich gierkach- tyle mogę panu powiedzieć na pewno.
Chyba wyczuł w moim głosie, to, czego nie chciałam okazać. Trzeba jednak przyznać, że ma charakter, bo do końca utrzymał fason.
– Faktycznie, spróbuję na komórkę- oświadczył- a tak poza tym, właśnie przeczytałem w Internecie o tym smutnym wydarzeniu u państwa.
– U nas?- zapytałam nareszcie szczerze nie wiedząc kompletnie o czym mowa.
– Noooo- zawahał się- mam na myśli waszą wieś, Kowalówkę?- dokończył pytająco.
-To się zgadza, a co z nią?- zapytałam.
– A to może nic pani nie wie jeszcze, w sumie- wtrącił niemrawo- bo tu napisali, że powiesiła się u was jakaś kobieta, około czterdziestu lat, mieszkająca samotnie- odczytywał prosto z serwisu informacyjnego- mieszkająca samotnie- powtórzył.
– Ma pan rację, nic jeszcze nie wiem- odpowiedziałam nie wierząc we własną odwagę- bał się pan, że to moja córka?
– Nie, no skąd- zaprzeczył jak poparzony i jak każdy, kto chce coś ukryć- tak tylko zagaiłem. Dobrego dnia, dziękuję- wymamrotał.
Też mi. Sądził, że Jowi odbierze sobie życie dla niego! Nie powinnam go nie lubić. A jednak ta rozmowa nie wprawiła mnie w dobry nastrój. Muszę się zastanowić, czy warto mówić o tym Jowi. Jest roztrzęsiona, nie wie co robić, co myśleć, co czuć. Pan ginekolog po pięćdziesiątce, przecież ma nadal dość czasu, by zastanawiać się czy chce wiązać się z kimś na poważnie. Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Omotał ją wizją wspólnego życia. Przez dwa lata była na każde jego skinienie. Nie chciałam się odzywać, że pan doktor nie bez powodu jest sam tyle lat. Wiem, że takie uogólnianie jest niesprawiedliwe, ale prawdziwe na sto procent jest to, że z wiekiem wszyscy dziwolągi jesteśmy. Mniej lub bardziej. Wystarczy popatrzeć na ten mój kubek do kawy i rytuały Franka. Co dopiero kawaler, który nie splamił się żadnym kompromisem w małżeństwie. Zdecydowanie! Pan Marek wyhodował coś na kształ niemałej ego-chandry, z tego co sugerowała Jowi. Innymi słowy, rozmemłany narcyz. Nieraz słyszałam jak, zamiast odsypiać nockę, pędziła do niego, rzucając mi w locie „ma słabszy dzień”. Wszystko to piękne, jestem z niej dumna, bo jest czuła na takie przypadłości. Ale Jowi ma też swoje lata i na pewno odczuwa już co nieco ze swojego ciała. Zwłaszcza, jak nie śpi tyle ile trzeba. Czasem mam wrażenie, że ona pielęgnuje go jak dziecko, które bardzo chciałaby mieć. A on, jak wprawny jedynak, którym faktycznie jest, manipuluje nią, jak matką, której miłość ma, tak czy tak, gwarantowaną. Przyjedź, bo czuję, że jestem do niczego. Przyjedź, bo poczułem się zaniedbywany. Za dużo pracujesz, za mało do mnie dzwonisz.
Jak on przeżył pół wieku w tych niewypowiedzianych męczarniach? Wiem, drwię.
I tak jestem dumna, że się nie wtrącałam. Może grzeszę, ale swoje wiem i wyczuwam. Mnie też chciał oszukać i zamydlić na koniec oczy artykułem z Internetu. Ot , co.
Wróciłam do kuchni, do ciastek. Czas wykładać już placuszki na blachę.
W jednej sekundzie czuję, że jestem jak kastaniety wprawione w ruch czyjąś zręczną dłonią. Nakładam marmoladę u szczytu przyszłych ciastek i nie mogę zatrzymać rytmicznej wyliczanki.
Mówić Jowi, nie mówić? A jeśli powiem, to czy zdradzić swoje odczucia, czy wyreferować suche fakty? Tyle miesięcy nie mówiłam nic, czy wypada żebym nagle zmieniła się w doradcę? Nie chcę się wtrącać, ale czy wtrącaniem się, będzie uchronienie dziecka przed ewidentną katastrofą? Nic przecież się nie zmieni, jeśli Jowi za niego wyjdzie. A jeśli już, to na pewno na gorsze, jak pan Marek poczuje się całkiem pewnie. Poza tym, czy jest aby na pewno jedyną jego pacjentką, bez której nie może żyć? Nie ufam mu.
Nagle słyszę wyraźnie w głowie, jak z nagranego dyktafonu, słowa: „powiesiła się u was jakaś kobieta, około czterdziestu lat, mieszkająca samotnie”. Tak mnie zdenerwował, że uczepiłam się myśli, że jego ego przerosło już Wrocław, do którego zapewne wrócił z wypoczynku. Jestem przekonana, że nie słuchał jak Jowi opowiadała mu o sobie, o naszym domu. Dlatego połączył ją z tym doniesieniem o samobójstwie. Jak można spotykać się z kimś przez dwa lata i nie wiedzieć jak mieszka. Jowi, zrozum wreszcie , dziecko, to egoista. Znam moje dziecko na tyle, że akurat jej słowotoku jestem pewna. Towarzyszy jej na każdy temat, od dziecka. Jedyny czas, kiedy przestaje mówić, to czas, w którym ze zmartwienia zaczyna jeść. A ostatnio jadła często i sporo. Zupełnie jak wtedy, gdy mając kilka latek, zamykała się w pokoju i zjadała ukradkiem wszystko, co udało jej się zachomikować. Najczęściej wtedy, gdy z Frankiem, kłóciliśmy się o Annę. Walczyłam latami, by ją odwiedzić. Za każdym razem, gdy się tam wybierał, wstępowało we mnie coś nieprzezwyciężonego. Przestawałam schodzić mu z drogi. Uważałam, że skoro akceptuję wyjazdy na grób… tamtej… to nie muszę już tego. Bardzo tęskniłam za Anną. Na kilka dni przed wyjazdem Franka do rodziców, w domu było nerwowo. Franek też tracił panowanie. Czasem krzyknął tak, że ciężko mi to opisać, bo kiedy mój mąż podnosi głos, wychodzi z niego coś… nie chcę nigdy mówić: dzikiego, ale nie znam lepszego określenia. Wobec tego krzyku, mogłam już tylko zamilknąć. A Jowi zajadała go. Zawsze w ukryciu. Po powrocie od rodziców, mój mąż jeszcze kilka dni był nieswój. Potem wszystko wracało do normy. Ja też się dostosowywałam. A z kuchni przestawały ginąć kawałki chleba i słodycze.
Nie wiem co dalej. Przede wszystkim jako matka… co dalej. I nie mam tego komu powiedzieć.
Anna wiedziałaby co robić. Kochała Franka ostrożnie. Akceptowała jego wybory, ale też zakreślała granice. Dopóki miała na niego wpływ, jako matka, widać było tę urokliwą harmonię między nimi. Potem się popsuło. Nie mogłam tego pojąć. Była moją przyjaciółką przez kilka miesięcy. Rozmawiałyśmy szczerze na „proszonych kawach”. Im bliżej niej byłam, tym bardziej chciałam być jej synową. Nie mogłam uwierzyć w to, co któregoś dnia powiedziała. „Proszę, nie wychodź za mojego syna. Wymyśl coś, nie zgódź się, wyjedź.” Franek znalazł mnie zapłakaną niedaleko ich domu. Wracał z pracy, jaką wtedy dawał ochoczo, PGR. Powiedziałam wszystko. Kazał mi się nie martwić. Odprowadził mnie do domu, a wieczorem wrócił i powiedział, że wszystko już dobrze. Dokładnie tak się wyraził. Wszystko już dobrze.
Nie poszłam więcej do Anny, choć bardzo za nią tęskniłam. Franek mówił niewiele, ale z jego relacji wynikało, że Anna nie widzi mnie w roli żony swojego syna. Zawiodłam ją i nie miałam żalu. Wychowałam się przecież w przekonaniu, że muszę się dostosować. Kochałam Franka i dzięki wizji założenia szczęśliwej rodziny, to do jego planu się dostosowałam. Nie do jej oczekiwań. Nie wiedziałam nawet, czy gdybym porwała się na zerwanie zaręczyn, ona nadal przyjaźniłaby się ze mną.
Nie dowiedziałam się tego.
Na naszym ślubie była tylko chwilę. Oniemiała, nie podeszła do mnie. Nie wiem nawet kiedy zniknęła, razem z teściem, który wrócił później sam i bawił się w najlepsze. Nie podejrzewając zapewne, co będzie działo się z jego żoną przez następne lata.
Po ich śmierci, Franek sprzedał dom i ziemię. Nawet nie wiem komu. Pieniądze włożyliśmy w remont tego domu. Trochę jeszcze zostało. Jowi założyła mi konto, na które wpłaciła pozostałości po ojcowiźnie Franka.
Zaraz, czy Marek powiedział, że powiesiła się kobieta mieszkająca samotnie? To ta „nowa”, jak ją tu nazywają. Nie inaczej. Nie ma w Kowalówce nikogo innego, kto pasowałby do tego opisu. Co się dzieje z tymi ludźmi. Piękna, zaradna, bogata kobieta. Jaka lampa zgasła w jej głowie?
– Dzień dobry- rzucił zaspany Franek.
Podniosłam głowę znad książki, którą czytałam od chwili, nie rozumiejąc ani słowa.
– Dzień dobry- odpowiedziałam- podgrzać kawę?
– Już piłem, tego, no, rano- wydusił- zrób mi, proszę, kilka kanapek na wynos. Jedziemy z sołtysem do prokuratury- mówił, pochylając się już nad umywalką otwartej na oścież, swojej łazienki.
– To w związku z tą powieszoną?- zapytałam, wyjmując chleb i całą resztę.
Wyprostował się, wytarł i wszedł do kuchni. Stanął przy mnie na tyle blisko, że podniosłam na niego wzrok.
– Co wiesz?- zapytał.
– Niewiele- odpowiedziałam skrępowana. Dawno nie byliśmy tak blisko siebie.
– Mów dokładnie. Co wiesz?!- Franek podniósł głos, ale nie aż tak… dziko.
Ktoś wszedł do korytarza. Prosto z dworu, bez pukania. Usłyszeliśmy kroki i kilka piknięć komórki najwyraźniej.
-Halo, jest tam kto?- męski głos wybrzmiał znajomo- halo, mam nadzieję, że nie ma żadnego psa?- kontynuował w próżnię.
Chyba już wiem, kto to. Jest tylko jeden mężczyzna, tak zabiegający o samego siebie.
– Jesteśmy tutaj- wychyliłam się z kuchni- a pies śpi jeszcze po pracowitej nocy. Niech pan wejdzie, panie doktorze- dodałam.
Przełknęłam odrętwienie po tym, jak zachował się Franek. Ale zamykający za sobą drzwi mojej kuchni, człowiek, którego znielubiły dziś wszystkie moje myśli, miał wystarczającą siłę, by przebić małżeńskie spięcie.
– Poznała pani po głosie?- zapytał, oszukując, że chce być miły.
Wskazałam mu krzesło, obok śpiącego na moim fotelu Keczupa. Franek wziął się za kończenie kanapek, które w szoku zarzuciłam.
– Nie będę siadał, nie- zaczął- proszę oświadczyć swojej córuni, że to koniec. Na mój numer domowy, dzwoniła prokuratura, wypytując czy numer jej komórki i mój mają ze sobą coś wspólnego- mówił coraz głośniej.
– To musi być jakieś nieporozumienie- uspokajałam, choć takie sytuacje sprowadzały na mnie wodospady zimnych potów.
– Nie- krzyknął- nie ma mowy o nieporozumieniu- ładne ziółko państwo wyhodowali! Ciekawe co nawywijała, że tak szczegółowo o nią pytają. O was też!
Nie zdążył skończyć, choć po wdechu widać było, że zamierza się na wykrzyczenie czegoś jeszcze. Franek upuścił nóż i prawą pięścią z masłem, posmarował pana doktora po policzku.
– Muszę już iść, sołtys czeka- wystękał.
Dwie minuty później nie było już ani Franka, ani pana Marka, który wybiegł trzymając się za policzek. Auto musiał zostawić przed ogrodzeniem, bo silnik samochodu zawył jakby stłumiony żywopłotem.
Jowi chyba siedzi ze słuchawkami na uszach, doprawdy. Możliwe też, że przez strach, wszystko wydało mi się głośniejsze niż było. Niczego nie słyszała, na pewno. Inaczej już by tu była. Popłakać choćby nad tym żałosnym bajkopisarzem.
Znalazł sobie sposób na zerwanie. Szkoda gadać. Ciekawe, czy Franka zgłosi na policję. Swoją drogą, co go dziś ugryzło…
Nie zdążyłam powiedzieć, że wyczułam wanilię i cynamon. W sumie, to on nie zapytał.
Już drugi raz.