Dina chyłkiem przeszukiwała mieszkanie. Kolejno zajrzała do szafy, pod łóżko, otworzyła walizkę, którą wysunęła, ku zaskoczeniu Rut, zza kuchennych mebli.
Każdą kryjówkę opuszczała zawiedziona i szła dalej. W totalnym milczeniu. Co ciekawe, jej myśli musiały być tak głośne, że ich echo zagęszczało powietrze w mieszkanku.
Szawa spała przy drzwiach i po raz pierwszy na widok opiekunki nieznacznie tylko drgnęła. Rut weszła więc niepewnie, czując więcej niż wiedząc. A tak właściwie; najpierw weszły zakupy, dopiero potem ona.
Fakt, że Dina nie musiała zwyczajowo zapewnić suki, że wszystko w porządku i nic im nie grozi, powinien ją ucieszyć. Weszła jak do siebie…
– Jerozolima kwitnie! Szalom!!!- krzyknęła radośnie na powitanie.
Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi dopadł ją wszechobecny pośpiech i napięcie, choć staruszka nie zdążyła powiedzieć nawet słowa. Zamknięta w sobie nie reagowała na bodźce z zewnątrz. Była pochłonięta zapełnieniem tego jednego braku, który odbierał jej spokój.
Zakupy z targu uperfumowały mieszkanie. Rut zabrała się za rozpakowywanie. Kupiła co tylko było świeże; owoce, warzywa… Kobieta, która stanęła ze świeżym hummusem na targu, w mig traciła swój pachnący towar. Może posmakuje Dinie, uspokajała myśli, próbując skupić się na tym co może zrobić. A mogła przeczekać i w spokoju zająć się przygotowaniem posiłku. Świeża pasta z ciecierzycy złociła się z jednorazowej miseczki, którą handlarka ciasno okręciła przezroczystym workiem.
– Jest!- Dina podeszła do Rut z odnalezionym skarbem.
Dziewczyna wbiła wzrok w znalezisko i przyznała samej sobie, że w życiu nie pomyślałaby, że nowiutki macbook mógł być bohaterem niepokoju tej stareńkiej kobiety. Dina uśmiechała się do białego jabłuszka, symbolu firmy Apple. Trzymając nabożnie, niby świętą tacę, położyła sprzęt na stoliku i zasiadła uroczyście.
– Dziś dzwonimy do Polski! Obudziła mnie ta myśl, że już czas! A nie pamiętałam gdzie schowałam to moje cacko- hebrajszczyła radośnie i pocierała falującymi paznokciami odsłoniętą już, nagą, klawiaturę.