– Napatrzyłam się na nią, Jowi. Wystarczająco!- obwieściłam plecom mojej córki. Weszłam z tymi słowami na ustach, nie dając sobie szansy na ciszę między nami.
– Taa… – Jowi odczarowywała moje przejęcie niedowierzaniem.
– Możesz nie móc dziś tego przyjąć, ale zapewniam cię, że jeśli mnie nie wysłuchasz, nie ominie ona i ciebie- ostrzegałam. – Obedrze cię ze wszystkiego i nie uprzedzi, że potrzebuje wyłącznego oddania. Dałam się jej wziąć na służbę, rozumiesz? Wyrzekłam się siebie, by po kryjomu stawiać jej czoła, rozsadzać ją od środka- mówiłam do mojej córki z zamkniętymi oczami.
Czułam się jak obrońca na sali sądowej. Kogo, czego broniłam?
Swojego życia? A czy ono było moim?
– Usiądź, przecież słyszę, że stoisz i męczysz się! Ledwie dyszysz!- z trudem zza zębów wypluła do mnie pouczenie. Moja własna córka. Wściekła po pachy.
Stała nadal tyłem do drzwi kuchennych, a więc i do mnie. Studiowała okno. A ja chwiałam się tuż przed stolikiem otoczonym krzesłami, ale nie pozwalałam sobie usiąść.
– Słyszysz, że stoję? A co jeszcze słyszysz? – zapytałam.
– Usiądź wreszcie! Mamooo. Dość zagadek. Kogo masz na myśli? Na kogo chcesz zrzucić teraz winy?!- niecierpliwiła się.
– Na bezradność. Mam na myśli tylko ją, bo całe życie gna mnie jej oddech na plecach.
Siedzę. Celowo poszurałam krzesłem. Przesunęłam obrusik tak jak Jowi lubi. Kopnięty kwadrat… moja mała, kopnięta córeczka.
– Wiem, że Staszek to podła padlina- powiedziała rezolutnie- coś mi nie grało kilka razy, a raz, gdy byłam u niego w Smółkowie i zobaczył, że mam kalendarz Marty, byłam pewna, że on jest jakiś podejrzany. No wiesz, taki śliski typek.
– Ano śliski, Jowi. Siadaj… chodź…- zapraszałam.
Co też ona ma na sobie? Wygląda jak lukrowane ciastko. Usiadła naprzeciw mnie. Zmierzyłyśmy siły spojrzeń. Zamarłam. Nie takiej twarzy spodziewaliby się miłośnicy ożywionych słodyczy… Moja córka miała stare oczy. Spłakane oczy staruszki wędrującej przez świat i łykającej ponad miarę życiowych doświadczeń.
– To ja ci to zrobiłam?- zapytałam z lękiem, a ona nie miała wątpliwości o co pytam. Musi być świadoma tego, że ostatnie dni przecisnęły ją przez maszynkę do mięsa.
– Nie. Zdążyłaś już zrzucić to na bezradność- zadrwiła.
– Powiedz, czy nie czułaś, że jestem przy Tobie? Tak ogólnie, od zawsze, jako matka…
– A co to ma…
– Ma! – nie pozwalałam jej uciąć.
– Czułam, niech będzie! Ale kłamałaś we wszystkim…- poczerwieniała gdzie tylko mogła.
– Nie przesadzaj, to nieprawda. Kocham cię i chroniłam nie tylko ciebie, ale każdego z was z osobna.
– Martę też? Prześladując ją?!- Jowi krzyknęła i aż podniosła się ze stołem na moment.
– Pisałam do niej, wiem, że wiesz. Prosiłam żeby się usunęła z naszego życia dopóki Staszek nie przestanie mieszać. Chciał jej wszystko powiedzieć.
– Jakie wszystko? – odchrząknęła i usiadła skubiąc skórkę wokół paznokcia. Bała się odpowiedzi?
– Że po kilku latach od śmierci jej matki zaczął wołać od nas coraz większych pieniędzy. Chciał ją oddać, porzucić, zniszczyć jej kruchą psychikę.
– Więc płaciliście mu za tę szopkę? Za udawanie kochanego ojca?! To chore!!!
– Marta była chora. Baliśmy się o nią. Najpierw ładowali w nią leki od maleńkiego, a potem lekarze powiedzieli, że kategorycznie nie można jej zmieniać warunków. A ten dziad ciągnął od nas. Starałam się sprzedawać co mogłam. Twój tata był kompletnie niezdolny do tego by wziąć Staszka na klatę. Prosił mnie żebym go ratowała. Żebym ratowała ciebie i Martę.
– Czyli on tak nie od początku? W sensie… odrzucał ją?
– Staszek też jest chory, z zawiści. Właściwie nie dostał nic. Ani miłości kobiety, ani oddania dziecka. Marta była zakochana w tacie Franku. Szalała za nim, czuła ten zew…
– Jaki zew? Mówisz o tej jego wydmuszkowatości? O tym, że był jak matka?
– Oni wszyscy byli obciążeni chorobą. Każde z nich cierpiało psychicznie. Wydmuszki nigdy nie zbadano. Jej chorobą można nazwać wojnę, ale to takie proste…
– Tataaa?- popatrzyła pytająco. Jak bardzo zmieniła się moja mała córeczka… Jeszcze miesiąc temu zerwałaby się z krzykiem i pretensją do całego świata. Teraz siedziała. Trzęsły się jej wargi i dłonie, ale była i patrzyła przytomnie spod umęczonych krzywdą oczu.
– Twój tata miał stwierdzoną schizofrenię. Brał leki, ale w tej odmianie ludzie stają się wycofani, niezdolni do wielu głębokich uczuć. Dobrze sobie radził i tak, no i kochał nas…
– Dlaczego mi nie…?
– Bardzo się wstydził, a ja wzięłam to na siebie. Anna, moja teściowa była bardzo przeciwna naszemu ślubowi z tego względu. Ostrzegała mnie, że on nie będzie zdolny być ojcem, tak jak …
– Wydmuszka matką?- zapytała, gryząc spękane usta.
– Tak.
– Czy Marta…? Boję się zapytać.
Jowi patrzyła uważnie. Próbowała wychwycić moje ewentualne przemilczenia. Ale nie zmierzałam już milczeć.
– Martę zdiagnozowali wcześnie. Nie radziła sobie ze sobą już jako małe dzieciątko. Jej ogromna wrażliwość była w tym przypadku przekleństwem. Ciężko było rozeznać co jest zdrowe, a co jest tym wiatrem, tą dzikością po Wydmuszce i Franku. Miewała halucynacje, słyszała głosy. Jej pamiętniki są mocno przesadzone. Każda sprawa rozlewała się w jej myślach niczym smoła na całe serce. Ja… nie pisałam bez przerwy tych kartek do niej. Zostawiałam jej liściki, gdy nie zastawałam jej w domu. Zostawiała otwarty dom. Czasem drzwi były po prostu na oścież… Podejrzewaliśmy z jej lekarzem, że działo się to na skutek nieskończonej liczby prób zamykania i otwierania domu dla pewności… Zapominała gdzie kładzie moje liściki, zapominała dlaczego ją proszę o to by usunęła się z naszego życia na chwilę. A potem była przekonana, że znajduje rozrastającą się ilość wiadomości, które tak naprawdę wcześniej upchała po kątach…
– Jak jej to tłumaczyłaś? Że Staszek was szantażuje?
– Nie. Prosiłam, by dała ci czas. Wiedziałam, że zależy jej na tym jak na nią zareagujesz, więc użyłam tego, przyznaję. Nie mogłam powiedzieć, że Staszek chce ją zniszczyć w takim stanie…
Z Martą od jakiegoś czasu było bardzo źle. Wiedzieliśmy, że potrzebuje spokoju. Nie wiedziałam co robić, tak bardzo zależało mi na tym, by chronić wszystkich, że wariowałam z niepokoju. Staszek wydarł nam już co się dało. Groził, że zaszantażuje Martę. Chciał przygrać jakimś rzekomym długiem żeby sprzedała dom w Kowalówce i dała mu pieniądze. Nie mogłam na to pozwolić. Zresztą, ona sama przepisała dom na mnie, na zabezpieczenie Franka.
– Nie zastanowiłaś się dlaczego młoda kobieta robi takie rzeczy?
– Jasne, że wiedziałam. Lekarze nie ukrywali tego, że ona ledwie sobie daje ze sobą radę. Ale sądziłam, że posłucha mnie i się uspokoi. Że… wyjedzie stąd, oderwie myśli od Franka, Staszka, nas…
– To tak nie działa…Kiedyś czytałam, ze dawniej tak leczono, izolowano od życia, ale od tamtego czasu wiele się zmieniło…Powinnaś wiedzieć…
– Nie wiedziałam jak działa- przyznałam- teraz wiem. Ale wiem też, że Martę osaczyły jej własne zjawy. Myśmy naprawdę chcieli by żyła. Mówię o sobie, Franku i …
– Staszek wysyłał jej liny, właściwie pętle, gotowe do powieszenia się! Wiesz, że on miał dostęp do jej konta Allegro? Zastraszał ją…głąb!- Jowi pluła ze złości.
– On głupi jest, ale nie jest aż tak kryminalnie skrojony, Jowi. Kłapał mi o tym, że zamawia sobie różne rzeczy, ale mu kradną. Dowiedziałam się, że tam na koncie Marty ustawiony był jej adres, a on o tym nie wiedział, że musiałby zmienić na swój, więc wysyłali do niej…
– Chcesz powiedzieć, że zamawiał je dla siebie?- Jowi wstała i włączyła ekspres. Rozchmurzyła się, zmarszczki wyciśnięte przez wykończenie łagodniały. – Zrobię ci lekką, mamuś.
– Poproszę- stłumiłam wzruszenie- On miota się między depresją, a chęcią zemsty. To człowiek złamany! Oczekuje rekompensaty za to, że układał się z życiem na swoją szkodę. Dlatego niczego więcej nie dostanie. Nawet jeśli dla szantażu będzie non stop nosił liny na szyi. Ustaliłyśmy już to.
– Ustaliłyście?
Jowi spojrzała na mnie badawczo. Postawiła przede mną maleńką filiżankę. Sobie nie poskąpiła wielkiego kubka kawy z mlekiem.
– Mam stały kontakt z twoją babcią, Wydmuszką- wyszeptałam.
Wypuściłam powoli powietrze. Spodziewałam się wszystkiego. I wszystko nastało. Jowi wybuchła wszystkimi emocjami naraz, z krótkimi przerwami na walenie pięścią w stół.
– To ciekawe kiedy zamierzałaś mi o tym wszystkim powiedzieć?!!! Tata wiedział? No powiedz!
– Wiedział.
– Dlaczego nic nie mówił? No dlaczego wy jesteście jakimiś chorymi czarnymi skrzynkami?!- łkała.
– Jowi, otrząśnij się. Przecież ojciec zdawał sobie sprawę z tego, że jego matka nie może przy nim zostać. Więcej miał jej jak wąchał wiatr, niż jak tu mieszkała!
– Tu, czyli gdzie?
– W Polsce.
– A gdzie teraz jest?
– W Izraelu…
– I wiedziałaś, że nie zniknęła? Opowiadałaś, że zniknęła bez śladu…
– Obiecałam jej. Przyrzekłam, że powiem jak będzie czas. Ona chciała was chronić.
– Kolejna łaskawa! – prychnęła Jowi- chcecie być tajemnicze, a wychodzi wam tylko proste, gówniane kłamstwo!
Złapałam ją za rękę. Pozwoliła. Nie mamy przecież już innej szansy jak tylko spokój. Nie wiem czy przeczuwała to tak dobrze jak ja, że umiejętność wywoływania burz emocjonalnych nie pomoże nam już w niczym. Uspokoiła się, choć tylko zegar, na który bałam się patrzeć, wiedział ile czasu minęło.
Kowalówka zasypiała. Koty kilka razy już zrobiły wieczorny obchód. Na dole ucichło. Dochodził do mnie ostatni powiew przeciągu rozciągającego się między uchylonym oknem na strychu, a garderobą Jowi. Musiał zahaczyć grzbietem o moją kuchnię, bo przyniósł mi pod nos smakowitą woń chłodnej już zapewne kolacji Maksa i Majki. Zaburczało mi w brzuchu.
– Zjadałabym coś, muszę wziąć leki.
– Najpierw powiedz dlaczego Wydmuszka miała z tobą kontakt?
– Zawsze miałyśmy. Myślisz, że skąd o niej tyle wiem? Obiecałam jej opiekować się jej dzieckiem, a twoim ojcem. Ona przyrzekła, że nie pociągnie ani ciebie, ani Marty w swoją stronę…
– Co to znaczy? Mamo?!- usłyszałam jeszcze zza ciemniejącej kurtyny powiek.