– Nie pójdę tam! Bo co? Bo wszechmocna matka raczyła zjawić się w domu i mam biec w nabożnym skłonie?! W dupie mam!!!
Jowi gorączkowała się. Nawet jak na nią, było to zbyt mocne. Pozwoliłem jej ukryć się za tym gniewem. Poza tym była słodka. Wierzgała spod błękitnej kołdry, aż miło. Trochę jak motyl, który chce zostać larwą. Siłą trzymając okrycie tak, by ani do głowy, ani stóp nie było dostępu. Patrzyłem na ten kokon i wiedziałem, że to potrzebne. Zarówno samej Jowi, jak i Marii, siedzącej u stóp schodów prowadzących do mieszkania córki. Przy Marii były już wszystkie zwierzęta. Koty oblepiły ją jak dziady zbierane po nogawkach spodni w lesie; wypełniały jej kolana, ramiona, otulały szyję, leżały na butach. A Fido biegał po całym parterze jak szalony, jakby chciał każdemu pomieszczeniu obwieścić dobrą nowinę.
Maria wróciła.
Z pokojowymi zamiarami. Z jakiegoś powodu nie dawała sobie prawa do tego, by się rozgościć. Czułem jednocześnie, że bunt Jowi wrzeszczącej na cały dom, jest dla niej katharsis, i że będzie umiała go przerwać gdy tylko zechce.
Nie chciała.
Dzień mijał. Jowi naprzemiennie: krzyczała, wyła w niebogłosy i spała z wycieńczenia. Tylko raz wstała napić się wody i skorzystać z toalety. Siedziałem obok niej, od czasu do czasu schodząc i zerkając jak ma się Maria. Majka z Maksem zdołali przekonać starszą, schorowaną kobietę, by wreszcie, choć na chwilę, położyła się w swoim łóżku. Był to doskonały pomysł, bo zasnęła mocno. Odpoczywała w nieopisanym spokoju. Jakby znalezienie się tu było podpięciem do źródła odnawialnych sił. W tym czasie para przejęła kuchnię. Słychać było ciche śmiechy obojga, radosne, szeptane rozmowy i mnóstwo zachwytów Majki nad próbowanymi specjałami wychodzącymi spod rąk szanownego kolegi Nacia. Nieźle się urządziłeś, brachu. Kto by pomyślał, że my dwaj… tylko nas spuścić z łańcuchów, a lgniemy do domowego życia, jak koty do Marii Kołodziej.
Byłem głodny, ale nie umiałem nic zjeść.
Przeglądałem maile w służbowej skrzynce. Zebrałem się, by zwyczajowo rozważyć czym kolejno zajmę się po powrocie do pracy. Z każdą chwilą moja głowa była coraz bliżej najpoważniejszej zawodowej decyzji w życiu. Nie czuję chęci zanurzenia się po czubek głowy w papierach. Nie umiem już „zobaczyć sprawy” między linijkami szczegółowych opisów z miejsca zbrodni i wywiadów policyjnych. Nie mam gonitwy myśli, co do przesłuchań. Nie widzę już listy tych, których wiem o co i w jakiej kolejności przesłuchać. Nie czuję podniecenia i walki z ciałem wyrywającym się do podjęcia działań bez snu, bez jedzenia i picia. Nie jestem już oddany. To znaczy jestem, ale nie ociężałemu gmachowi prokuratury…
Nie chcę jeść nawet teraz, to prawda. Ale tylko dlatego, że Jowi nie może teraz jeść…
Przed oczami stanęła mi moja mama. Raz jeden przez przypadek zobaczyłem ją, gdy przebierała się pospiesznie. Zauważyłem coś na jej porcelanowym brzuchu. Miałem kilka lat, a mama swoją szczerością ulepiła mi w pamięci wspomnienie na kształt tej zagojonej pamiątki po cesarskim cięciu. Byłem ciekaw co tam ma. Odpowiedziała bardzo szczerze, z dużym spokojem. Nagle przestała się spieszyć i usiadła przy mnie. Zapytałem czy ją boli. Odpowiedziała, że już nie i, że to taki znak, że jestem już na świecie, i że odtąd nie potrzebuję jej tak bardzo, by wracać w głąb niej.
Miałem w sobie teraz taką zagojoną ranę i znak, że nie wrócę już do dawnego życia. Nie potrzebuję już czerpać z łona gmachu…
Nie chcę zostawiać Jowi, nawet na moment. A to zajęcie odgradza mnie od życia. Czy mogę zajmować się śmiercią, gdy tak wielki głód życia w sobie zbudziłem? Jowi potrzebuje czasu. Mojego czasu i naszego wspólnego. Oboje go potrzebujemy, by nauczyć się wspólnie żyć. Miłość nie wystarczy tego jestem pewien. Żeby żyć ze sobą, musimy mieć do dyspozycji życie, a moja praca nie da mi na to szansy.
Muszę zabrać się do tego z głową. I liczyć na swoje siły, na wiele swoich sił.
Bo o ile już widzę zachwyt rodziców Maksa i ich podróżniczą akceptację i otwartość dla tej „egzotycznej” Majki, to wiem, że u mnie nie pójdzie łatwo.
Muszę zawalczyć o Jowi i być może większość mojej rodziny tego nie przełknie. Ale nie widzę się nigdzie indziej. Z nikim innym. Nikt nie poruszał we mnie tyloma emocjami naraz. Nigdy tak bardzo nie troszczyłem się, nie wybuchałem śmiechem mając świadomość przywar kochanej kobiety… Przy żadnej dotąd nie mogłem być sobą. Teraz mogę poluzować krawat, albo walnąć go niedbale w kąt i wypić gorącą czekoladę pożerając książka za książkę. A wszystko to przy JEJ niezastąpionej asyście.
Pokochałem tę histeryczność młodej dziewczyny, która, jestem pewien, będzie w niej już zawsze. To jest rys młodości i jej zawsze świeżych i prawdziwych reakcji. Tak jak teraz na załączonym obrazku. Jowi jest wściekła, ale to złość na opuszczenie jej przez Marię. Ale i za tajemnice, za to, że mama nie jest jednowymiarowa i, że z tego, co czasem szykuje nam życie, nie da się wybrnąć przeskoczeniem, jak w powieści, do następnego rozdziału, by czytelnik mógł odetchnąć od przyciężkiego wątku.
Droga Euniko,
Dawno nie pisaliśmy ze sobą. Niedobry ze mnie kuzyn. Jesteś jednak mi najbliższą kobietą w całej rodzinie i tylko od Ciebie spodziewam się dobrego słowa i zachęt. Zakochałem się. I to na zabój. Chcę zmienić swoje życie. Nie, nie dla Niej. Dla Nas. Zaczynam rozumieć Twoje wybory, Twój wyjazd na Polesie. Napisz jak Twoja ekologiczna działalność i zaproś mnie do siebie, proszę. Robię się wolny czasowo przy mojej Jowi.
Aurelian.
Wysłano. Wypiłem ostatni łyk herbaty. Poczułem ciepłą dłoń na ramieniu. Nie musiałem się odwracać. To Jowi. Moja Jowi.
– Do kogo pisałeś?- zapytała siadając przy mnie na skraju łóżka i odstawiając mój pusty kubek na szafeczkę nocną.
– Do mojej kuzynki, Euniki. Od kilku lat mieszka na Polesiu i uprawia wszystko co się da z dala od spalin i ludzi.
-Szczęściara. Nikomu dotąd nie mówiłam- ziewała przeciągając się jak kociaczek- ale w głębi serca chciałabym osiąść w takim miejscu, zaszyć się i zapraszać do siebie skonanych miastem gości.
Zaśmiałem się i stłumiłem słowa.
– Co jest?- zapytała dociekliwie i wiedziałem, ze nie odpuści.
– Nic, po prostu Maks mówił mi conieco…
– No gadaj… nie rozdrażniaj mnie bardziej…
– Twoja mama kupuje dla Ciebie właśnie takie miejsce…Agroturystykę „Kozia Wólka”.
Jowi straciła kontakt ze sobą. Rozedrgana wstała i zaczęła w amoku zaścielać łóżko zrzucając mnie z niego prawie.
– A Ty co? Nadrabiasz życie rodzinne?- zasyczała wysyłając z moją stronę słodki oddech pomieszany z cyckanym cukierkiem malinowym.
– Nadrabiam życie… Będziesz chciała odrobić zaniedbane lekcje życia ze mną?
Wyszła bez słowa. Za chwilę usłyszałem ekspres do kawy w kuchni i nerwowy spacer po niej. Poczułem kawę. Wlewała już do kubka i zalewała kokosowym mlekiem. Wejrzała do mnie zza uchylonych drzwi. Siedziałem pochylony próbując przygotować się na porażkę…
– Już ja rozprawię się z wami! – podniosła stanowczo głos- najpierw z mamą, potem z Tobą! Dawaj mi te delikwentkę. Czekam na nią u siebie. Donieś jej uprzejmie.
Wykonałem posłusznie polecenie. Minąłem „panią prokurator” , której dresik do spania, rozczuliłby każdego, nawet najbardziej sponiewieranego podczas „przesłuchania”.
Jowi stała i w groźną minę wlewała kawę. Była zapuchnięta od płaczu, ale piękna w tym „krajobrazie po burzy” . Stanęła tyłem do wejścia i utonęła w oknie.
Zszedłem po Marię.