Od rana męczy mnie jedna myśl.
Co też przyszło ludziom do głowy, by wypalać trawy po rowach? Ejże, nie tylko… Całe poletka przecież wypalali! Z lotu ptaka wyglądać to musiało- jak topienie dziur na brzuchu ziemi. Dziwaczna jest ludzka podłość.

Pamiętam polskie chłopki. Jeszcze przed wojną to było, mam je przed oczami jak dziś. I zewsząd te trawy przemieniane w dym. Wydawało mi się, że słyszę ich krzyk i niemoc ginących pośród nich gryzoni i owadów.

Mówiło się, że trawy lepiej odbiją, że te wysuszone to zagrożenie, że trzeba je wypalić do korzeni. I tak ćmili co roku te rowy, łąki i co im przyszło na myśl tylko… A ja myślałam i nie otwierałam ust. Pytałam samą siebie: jak to jest, że trawa sobie rosła i samo to, że opiła się słońca i pod nim zestarzała- posyła ją na śmierć?

Jak to jest, że trawa może dostać wyrok śmieci?
W oczach ludzi, oczywiście.
Ale potem mówiłam sobie: przecież w oczach ludzi tak wiele spraw zasługuje na śmierć…

Dziwiłam się i przestawałam dziwić. Jakbym i ja miała w sobie te dwie siły. Życia i śmierci. Przerażenia i spustoszenia…

Trawy miały wtedy lepiej odbić. A pewno, że odbijały! Trawy zawsze odbiją. Ale co pomordowane żywcem to inna rzecz… i co ta ziemia pamięta, to się nie cofnie. Uwędzili ludzie ziemię tyle razy, a potem czekali na niej ziół i kwiatów. I doczekiwali się, bo ziemia nie jest mściwa.

Ziemia pamięta. To jedyna jej obrona.

– O czym dziś tak myślisz, Dina?- dobijała się do mnie Ruta. Wyjrzałam spoza siebie nań.

– Wiesz, śniłam dziś dużo…

Ruta zaśmiała się zdrowo i przysiadając przy mnie na podłodze, powiedziała:
– A ja myślę, że ty zawsze śnisz bardzo dużo.

Lubię to jej charczenie hebrajskie. Słowa jak pętelki. Raz po raz szarpią się z gardłem i trzepoczą w nim.
Za każdym razem zdobywam się na rozmowę. Na szczęście podjęcie hebrajskiego samego w sobie nie jest takie ciężkie, gdy się tyle lat w głowie powtarzało fragmenty Pisma. A Ruta tak po prawdzie to myśli w jidysz, bo tam gdzie żyła, czas przecież nie docierał z codzienną, świeżą hebrajszczyzną. Rabini myśleli, że nawet powietrze spoza dzielnicy są w stanie zatrzymać na plecach ciemnych kapot.

Aż tak dobrze to dla rabinów nie ma…

– Wiesz, Rut. Ja nie mam już czasu na sny. Moje sny to odtwarzanie przeszłości tak po prawdzie…

– Dobrej?

– Nie ma dobrej ani złej. Jest to co było. Jesteśmy tym wszystkim co było. Gdy umiemy być wszystkim co nas spotkało, jesteśmy kompletni.

Odpowiadałam jej dziś śmielej niż zwykle. Ruta to dobre dziecko. Jest silniejsza niż myśli. Niebawem się tego dowie. Uciekła z klatki i nie rozbiła się o pierwsze napotkane porywy wiatru. Idzie przed siebie. Umie siedzieć spokojnie na wierzgającym powietrzu.

– A jeśli to co było, było dla nas złe?- zapytała krzątając się już przy garnkach.

– Jesteśmy też złem, które nas spotkało. Mamy go w sobie jak gościa. Tak samo i dobro. Wszystko zależy jak traktujesz gości- rzuciłam.

– Ja cię nie rozumiem Dina. Mówisz chyba poprawnie, ale do mnie nie docierają twoje słowa- wyznała spokojnie, mieszając pachnącą zupę.

– Ty uciekłaś Rut. Uciekłaś od tego, co nazwałaś dla siebie złem. Ale dzięki temu, że nosisz je w sobie, umiesz dziś odrzucić to czego nie chcesz. Odstawiłaś od siebie całą rodzinę, znajomych, całe Mea Szearim. To niemało…

-Ale…czy dobrze, że pamiętam, wspominam to co było? Jestem pamiętliwa może, mszczę się tą pamięcią…

– Ty jesteś dobra, Rut. Twoja pamięć jest jak pamięć ziemi, na której spłonęła trawa.

– Czyli jaka?

– Nosisz ją bez urazy. Dlatego masz tak wielką siłę i szukasz miejsca dla swojego Boga w świecie.
Traktujesz zło w sobie jak dobrego gościa. Dajesz mu mówić i dobrze robisz.

Rut odwróciła się twarzą i oparła o kuchenne meble. Szawa, śpiąca dotąd przy drzwiach wejściowych, podeszła teraz do niej, potem do mnie. Usiadła obok i tak jak ja skierowała wzrok na Rut.
Obie nastawiłyśmy uszy, położyłam dłoń na puchatej łapie

– Skąd tyle o mnie wiesz?- zapytała, przesuwając po nas bystrym wzrokiem.

– Stąd, że byle muchą bawisz się jak kociakiem- odpowiedziałam z uśmiechem, nie unikając wzroku i po raz pierwszy patrząc w jej siostrzane oczy do dna.

– Co to znaczy? Co Ty dziś chcesz mi powiedzieć, Dina?

– Wiesz o czym śniłam?- zapytałam i wślizgnęłam się pod łóżko. Z chodniczka, na którym siedziałam z Szawą, nie miałam daleko do skrytki. Wyjęłam ze szczelnie zamkniętej walizeczki Księgę.

– Śniłam proroctwo, którego nauczyła mnie babcia i jej przyjaciółki- ciągnęłam.

Ruta podeszła do nas. Szawa przesunęła się bliżej mnie. Zmieściłyśmy się na dywaniku we trzy. Wyciągnęłam dłoń i dotknęłam jej włosów.

Wzdrygnęła się.

Złapała moją dłoń. Usłyszałam jak serce podskakuje jej do gardła. Drżała. Moje palce znalazły się w jej uścisku.

– Dlaczego nie powiedziałaś, że masz tak chorą skórę na dłoniach?- emocjonowała się i poruszała płatkami łuszczącej się skóry- A paznokcie?!- podnosiła głos w oburzeniu- Dina, brak ci witamin!

Zabrałam dłoń. Spuściłam głowę i syknęłam. Pojęła.
Szawa warknęła na nią krótko, ale zrozumiale.

– Posłuchaj- mówiłam patrząc na boki i rozkołysując w sobie słowa- wiem, że tam gdzie byłaś, zaniedbano cię. Ale mnie niczego nie brakuje. Nie musisz panikować, nie doszukuj się w każdym swojej przeszłości. Jem wszystko co należy.

– Ale…

– To dziedziczne. I jestem bardzo za to wdzięczna- wyciągnęłam dłonie wprost pod jej oczy i znów spojrzałam na nią. – Nie jesz mięsa, dlaczego?- rzuciłam pytanie jak rozkaz.

– Nie umiem go jeść.

– Dobrze- westchnęłam i położyłam dłonie na Księdze. Ani drgnęła na moich kolanach. Zupełnie jakby czujny wzrok Szawy ją podtrzymywał. Pogłaskałam ją w myślach, a na głos powiedziałam po polsku: – Ty jesteś dobry pies, nie gorszy od człowieka jesteś.

– Przetłumacz, proszę, to co powiedziałaś- Rut prosiła nieśmiało.

– Powiedziałam do Szawy to, co także ty masz w sercu do niej.

– Ona rozumie cię też po polsku?

– Ona rozumie wszystko, co jest prawdziwe. Jeśli słowo i ciało idą w parze, zrozumiesz każdy język ty też. A Szawa ma serce pod grubym futrem, więc jej serce od zawsze musi być bardzo czujne. Dlatego rozumie wszystko bezbłędnie.

– Nasze serca są bliżej świata…bo tylko pod skórą…- pogrążała się w wysuwanych wolno myślach Ruta.

– Dlatego takie ogłuszone- uśmiechałam się.

– Co jest w tej Księdze?

– Między innymi to, co dziś mi się śniło. Proroctwo- mówiłam coraz wolniej. Moje myśli już tam były. Wśród babci i jej sióstr… Słyszałam jak szepczą i czułam zapach wilgotnych spódnic, pełnych skorków.

– W jakim to języku?

Zapomniałam, że Ruta nie popłynie ze mną, bo nie wie tego co ja wiem. Nie była tam…

– To hebrajski i jidysz. Tak pisały jak umiały. Całe dzieje tu są …

– Kto pisał?- pytała.

– Siostry. Tak je nazywano i tak przylgnęło do ich dzikich serc. Do mnie także…

– Czy to jakaś księga religijna? Czy… ty… Dino, czy ty reprezentujesz jakąś…

– Tak. Ale to nie jest religia. Religie to złodziejki ludzkiej wolności- ożywiłam się, a Szawa podeszła do drzwi i zaczęła je wąchać uważnie. – Nic nam nie grozi- powiedziałam po polsku- możesz do mnie wracać Szawa!

Kochany pies, nie gorszy od człowieka. Żyjemy tu dobrze ze sobą, w ciągłej rozmowie. Dobry Bóg pozwolił mi nie martwić się, że kiedyś mogłabym ją zostawić, tę moją Szawę… Nigdy nie przyszło mi do głowy też, że mogłabym nie mieć jej przy sobie. Ona, podobnie jak ja- nie bywa niespokojna. Jak to się stało, jeśli nie za pomocą naszego Dobrego Boga, który we wszystko co nas spotyka umie nam wlać spokój. W końcu mieszkamy w jego brzuchu świętym.

Nie martwię się o śmierć i o to, że ktoś po mnie będzie musiał zebrać w dłonie tyle słów, zwierząt, traw…

– Dina! Dina!- Rut krzyczała nade mną.
Leżałam przy łóżku, na dywaniku. Obok spała Szawa. Zobaczyłam przerażone oczy dziewczyny.
Zasnęłam w tym dziękczynieniu.

– Ruta, to tylko sen. Zawsze patrz na Szawę- uspokajałam ją siadając znów w kucki- ona nie zaśnie jeśli mi stanie się coś złego, będzie…alarmować.
– Och… – dziewczyna głośno wypuściła z siebie powietrze i usiadła nade mną, na łóżku.
Wyciągnęła dłoń i poczułam jak głaszcze moją głowę. Nawet włosy odczuły przez chustę jej ciepło.
– Tak się wystraszyłam… Modliłaś się?-zapytała.

– Tak.

– Dlaczego wszystko co robisz i mówisz jest dla mnie tak nowe i tak poruszające zarazem?- pytała nie przestając mnie gładzić. – Czy to zamknięcie w Mea…

– Nie tylko, moja mała- mówiłam, choć to ja czułam się jak mała dziewczynka w jej dłoniach- to, co siostry niosą światu dopiero ma stać się głośne…

– Dlatego tu jesteś? Dlatego tu przyjechałaś na … wybacz, że tak to nazwę, ale … na starość? Taka zmiana…

– Jestem tu bo tak miało się stać- odpowiedziałam i otworzyłam Księgę, którą znów miałam blisko brzucha.
Na pierwszej stronie była pięknie ozdobiona litera „Alef”. Okalające ją esy floresy wychodziły z niej i wnikały w nią. Można było pogubić się, czy jest temu początek i czy gdzieś się kończy. Tęskniłam do tego widoku. Marysia zadbała, by ktoś zaufany wzmocnił i utrwalił Księgę. Zalaminowane strony i walizka z materiałów bezkwasowych dodały mi otuchy i poczucia, że zrobiłam co mogłam. Teraz tylko puścić w świat…

– Czy twoja rel.. czy twoje wyznanie jest mocno związane z Izraelem?- nie poddawała się, a mnie się to coraz bardziej podobało- Czy… dlatego znosisz te wszystkie upokorzenia?

– Nie dotykają mnie bolączki tej ziemi. Za to dokładnie czuję jej błogosławieństwa. Dobry jest mój Pan, proste życie mi daje i wiele sił. Popatrz- skierowałam palec na ornamentową „Alef”.

– Piękna. Kto ją malował? Czy to tusz?- zaglądała znad mojej głowy masując mi obolałe, stare plecy. Nie takie już silne jak dawniej, prężne… Dziś kłaniam się ziemi z bólem. Życiu oddaję hołd i śmierci się pochylam. Tylko pokłon już trzeszczący, bo na granicy życia i śmierci. Sam nie wie komu jest podległy bardziej.

– Tusz i piórko. Moja babcia…- westchnęłam- Alef to symbol Boga naszego dobrego. I jedności, która jest w nim i w każdym, kto żyje prosto i głęboko.

– Czy ty tak żyjesz, Dino?

Moje plecy odpuszczały wszystkie spięcia, Ruta jest naprawdę dobrą opiekunką.

– Tak. Ocalałam, choć nie było łatwo- odrzekłam.

– Czy Alef jest symbolem waszej wspólnoty?- zaćwierkała.
Siedziałam do niej tyłem, ale czułam jak żarłocznie pochłania wszystko co mówię. Czeka na każde słowo, jak na tlen.

– Nie sama litera- rzuciłam, zapominając, że nie muszę przy niej ciąć słów i unikać wzroku- tak po prawdzie- uspokajałam oddech- alef to tylko pierwsza litera alfabetu… Ale, przypisane jej znaczenie jest tym, co siostry noszą w sercu.

– Rozumiem.
Ruta usiadła teraz naprzeciw mnie i zamknęła swoje dłonie w moich.
– Włosy także są ważne, prawda?- zapytała a ja oddawałam jej, zmęczonym jak na tak młody wiek, dłoniom ciepło.

Szawa wskoczyła na łóżko i podniosła łeb ku niebu. Odwróciłam głowę, chciałam to zobaczyć. Spojrzała na niebo. Wyglądała jakby całe dachowe okno stało się jej okiem. W tej jednej chwili czułam, że Szawa widzi więcej niż wiosenne niebo nad Jerozolimą.

Zawyła głośno. Trwało to ponad kwadrans. Zaciągała się powietrzem i napinała gardło. Potem odchylała szyję i rozchylała pysk. I płynęła muzyka wolności, dziczy i czegoś nowego i starego zarazem. Czymś takim jest z powrotem rozbudzona nadzieja.

I ja i Ruta drżałyśmy, gdy Szawa odśpiewywała niebu ten hymn. Czułam łuszczącą się dłoń dziewczyny.

– Dlatego tak przejęłaś się moją skórą dłoni? Bo sama chorujesz?- zapytałam miękko nie odrywając wzroku od suki.

– Nie choruję. Tak podobno mam- zapewniła spokojnie- Mama mówiła, że paznokcie mi tak od niemowlaka nierówno leżą. Ale u innych to podobno brak witamin…

– Dziecko… ludzie mówią co chcą. A nie trzeba tak wierzgać, bo mieszkamy w brzuchu u samego Boga. Czasem coś jest i tak ma być- szeptałam, choć podniecenie podpowiadało zrobić to samo, co Szawa.

– Zechcesz mi coś przeczytać? Jestem bardzo ciekawa księgi i sióstr… Przepraszam, jeśli…- ucichła nagle.

– Powiedz tylko, czy kurtka z darów dobrze się nosi?

– Tak. Tak jak mówiłaś jest podszyta wiatrem. Od razu to poczułam. Wiatr mnie otoczył ze wszystkich stron ostatnio… Nawet nie wiedziałam, że to tak dobre uczucie- mówiła z rozmarzeniem.

Uśmiechnęłam się. Przytuliłam ją. Pierwszą od wielu, wielu lat… Ostatni raz przytuliłam Marysię przed swoim wyjazdem z Polski. Teraz czułam, że jestem u siebie. Stara, poczciwa ze mnie siostra. Nareszcie w towarzystwie.

– To ja czytam, a ty się nie przerażaj- powiedziałam i zwiesiłam głowę nad księgą. Znów siedziałam po turecku na chodniczku i opierając plecy o łóżko pieściłam pierwszy rozdział Księgi.

– Czego mogłabym się bać?- zapytała Ruta, wyciągając się teraz na łóżku jak kot.

– Tego, że poczujesz się znajomo…

Zawiesiłam głos i wzięłam głęboki oddech. Szawa podeszła do łóżka zaciekawiona kocimi wygibasami Ruty. Powąchała ją, by się upewnić czy nic się nie zmieniło. A mi stanęło przed oczami proroctwo, które właśnie spełniało się na moich oczach.

Zapowiedź, która łasi się do mojego serca jak zbudzony kot.