– Co dla Pani?- pytanie zadał mi najpewniej- wbity w garnitur- student ASP.
Dopadł mnie nonszalancko. Ciężko mu z tak fantazyjnie przystrzyżoną brodą wyglądać nieinwazyjnie. Wciąż myślę, ile niespodzianek może kryć się w tej brodzie. No i ile może spaść do mojego zamówienia.
To ciekawe. Niektórzy liczą na to, że tak banalnie zaznaczą jakąś treść wokół siebie. Konieczne wydają się im powierzchowne manifesty. Najgorzej, że to może być tylko fałszywa obietnica artyzmu… I chyba właśnie mam z nią do czynienia.
Tak czy inaczej. Usiadłam w drogiej kawiarni, w samym rynku Wrocławia WYŁĄCZNIE po to by się czegoś napić i odbyć spotkanie. Myślę, że podobnie jak większość klientów.
Jestem w bojowym nastroju. Jestem wkurzona. Rozdrażnia mnie to, że wszędzie muszę maczetą wyrąbywać przestrzeń dla siebie.
Wypraszam sobie!
Będę kolejno wypraszać także i z wnętrza siebie- zamieszkałe dotąd zmory.
Potrzebuję wreszcie pobyć ze sobą. Od lat chodzi o wszystkich, tylko nie o mnie. A ten artystopodobny byt też chce się na mnie zrealizować, pożal się Boże… kawonos.
– Tylko wodę, z cytryną najlepiej- starałam się być stanowcza.
– Mamy pyszne smakowe kawy- napierał z uśmiechem.
– A ja nadciśnienie. Dziękuję.
Poszło jak nożyczkami. Zanotował i odmaszerował w stronę kuchni tańcząc nachalnie biodrami.
Wygrzebałam pudełko z lekarstwami. Pod język szybciej zadziała. Wiosna wydusiła ze mnie pot na całym ciele. Nie lubię drobniutkiej rosy pokrywającej mnie w te dni, w które niebo jest jeszcze obojętne i chłodne, a powietrze już dobiera się do za grubych rajtuz i płaszcza. A potem gryzie dotąd, aż się skroplę.
Do tej pory wydawało mi się, że czuję nie tak wiele, że dopinam plan… na zasadzie gimnastyki: czynność za czynnością, wdech, wydech…
A jednak stresuję się. I moje ciało konsekwentnie to odnotowuje. Trasa, którą biegną moje myśli, idzie dokładnie wzdłuż moich żył. A dziś to nawet czuję jak walą ciężkimi buciorami w każdą krwinkę. Pulsują mi skronie, nadgarstki, żyłki oplatające kostki nad stopąmi.
Tak.
Księga już dotarła. Kurier wszystko potwierdził. Przesyłka i mój krótki list są już na swoim miejscu. Jerozolima wiosną musi być przyjemna. Zastanawiam się, czy staruszkowie też czują chęć życia wiosną? Mama jest taka stara… Jak to jest, że zapomniałam ile mam lat, i że wraz ze mną zestarzał się cały mój świat?
Właśnie uprzytomniłam sobie, że napisałam do Niej pierwszy raz tak-jak od dawna nazywam ją w myślach: „Mamo”. To jedyna moja matka z krwi, kości i z wszelkich sił. Nikt inny nie otoczył mnie tak rozległą opieką. Nawet nie wiedziałam, że to możliwe.
Mieć matkę. Z innym DNA, a tym samym ogniem w kościach. Tym samym wiatrem w stawach.
Matkę ze wszystkich sił.
Cieszę się, że udało się spełnić Jej ostatnią prośbę. Jakże się cieszę!
– Jestem już. Zamówiłaś kawę dla nas?- poddenerwowany głos wyrwał mnie z siebie. Dlaczego teraz tak mocno mnie to podrażnia?Jakbym straciła odporność na pomijanie mnie.
Pojawił się wymuskany i zlany perfumami. O losie! Chyba nawet dostrzegłam warstewkę kremu na twarzy.
– Jak to możliwe, że nie pamiętasz o moim sercu? – zapytałam nie ukrywając złości. Czy nikt już o mnie nie myśli?- uśmiechnęłam się do tego pytania, które nie opuściło już moich ust. Ja- myślę o sobie, to już coś… Nie mogę się dziwić, że tak jest jak jest…
– Proponuję żebyś się nie rozsiadał. Za chwilę może być tu ktoś kogo byś nie chciał widzieć- słowa wypadły ze mnie jak zeschłe, rybie łuski z kieszeni rybaka.
Nie zdziwił mnie ich „widok”.
– Jeśli tak, to z Twojej winy- rzucił ostro i chyba z niedowierzaniem, bo poszedł w stronę sali szukając menu.
Głupi człowiek. Wszystko stracił. Mama sugerowała, by podjął leczenie. Ale zafiksował się na punkcie swoich krzywd…
-No… to kogo miałaś na myśli? Kto chce przysłuchiwać się tej rozmowie?- zapytał lekceważąco tonąc w lekturze ciepłych dań.
Wyciągnięta dłoń przecięła mi widok pochłoniętego w lekturze atencjusza. Dłoń czysta, przyjemna i dobrze mi już znana.
Pomocna dłoń.
– Maksymilian Nać. Miło mi dołączyć do spotkania tak zacnego grona- mówił łagodnie- Panie Staszku, Mario- prężył się szukając kolejno naszych oczu- pozwolicie, że usiądziemy przy Was.
Ukłonił się dystyngowanie, na co pozwoliła mu nienaganna, miękka marynarka. Nie był sam.
Podniosłam głowę. Majka uśmiechała się na mój widok. Niecierpliwiła się krok za Maksem, a teraz, w sekundę później promieniała tuż przed moją twarzą.
– Pani Mario, Marysiu-mówiła niskim, gorącym głosem- jestem taka wdzięczna…czuwasz nade mną…przepraszam, że…- zawiesiła się i posmarowała warstewką łez oczy. Nie roniąc kropli, okrzepła na czas.
Oddałam jej ciepło. To takie dobre dziecko. I wreszcie zaaferowane dającym nadzieję kandydatem.
Usiedli. Zdominowaliśmy okrągły stolik nadając mu cztery kąty układem naszych krzeseł. Butelkowa zieleń ścian lokalu wypełniła mnie nadzieją.
Staszek zabijał mnie wzrokiem udając, że jak gdyby nigdy nic- wyszukuje dla siebie odpowiedni rodzaj kawy, już nie obiadu… Śmiesznie to wychodziło, bo trwało to już sporą chwilę. Ta chwila przerosła wenę, zbliżającego się i oddalającego z notesikiem, kelnera.
– Proponuję dla wszystkich kawę dnia z karmelem i bitą śmietaną!- wyreferował z przemocą. Dla pani- spojrzał na mnie z głupkowatą miną- czekoladę na ciepło z podobnymi dodatkami.
Nie odezwaliśmy się. Patrzyliśmy po sobie i miałam wrażenie, że jesteśmy jeszcze przed narodzinami dźwięków, które mogłyby zaistnieć w tym magicznym kręgu. Zlitowałam się i kiwnęłam kelnerowi na zgodę. Zaraz mielibyśmy tu obiad z dwóch dań, gdyby dać mu więcej czasu. Maks siedział spokojny i zerkał na Majkę z zadowoleniem, nie pozwalając sobie jednak tracić profesjonalizmu przy jej malinowych ustach.
– Staszek, ja jestem gotowa- powiedziałam bez nerwów w głosie, ale zapłonął mi mostek.
– Na co?! Na co?! Żeby mnie sprzedać? Wezwałaś szpicla, ty …- wykrzyczał pozbawiony menu i jak widać- ogłady wraz z nim.
– Wiem co się stało, Panie Staszku- wyciszał nastroje Maks- wiele się pan wycierpiał, wszyscy to wiemy. Maria nie wezwała mnie, ale, jak mniemam…
– Wiedziałam, że czuwasz- zapewniłam go. Czułam, że się uśmiecham. Faktycznie nie liczyłam, że go zgubię. A i podświadomie chciałam żeby to się wylało przy nim.
Usłyszałam znaną piosenkę w radio. Uszy wyczuliły mi się na głos Magdy Kumorek. Że gdy w nim się zapodziała…Nie wędrując wędrowała… Leśmian kusił.
Zapragnęłam takiej wolności. Widziałam siebie wśród ulatujących nade mną płatków kwitnącej wiśni. Idę sobie i jestem tylko ja i ja – ze sobą. Zostawiam sprawy, których pilnowałam przez tyle lat. Ale wiśnia jeszcze nie kwitnie, a…
Tymczasem rozmowa panów trwała i huczała jak obudzony wulkan.
Maja otwierała oczy coraz szerzej.
– A co pan wiesz niby?! Nie kochała pana żona?! A może córkę pan chował obcym ludziom, a i tak kochała swoją rodzinę, nie pana?! – użalał się Staszek- No, co pan wiesz?!
– Zakręciłeś się. Uspokój się-prosiłam- dostałeś co chciałeś. Tyle ile chciałeś po Marcie jest Twoje. Reszta to moja wola. Ani ja, ani Franek nie jesteśmy ci już nic winni. Proszę, to ostatnie przepisy, których dokonałam i wszystko daruję Tobie.
Wyciągnęłam papiery, a ten pokręceniec spojrzał na mnie i splunął na ziemię. Ooooo, tego to już za dużo! Pochyliłam się ku niemu i nie bacząc na zakochaną Majkę i niepasującego do kontekstu kelnera rozkładającego przed nami smakołyki z namaszczeniem, syknęłam:
– Jak dla mnie to ty gówniarz i tchórz jesteś, i coś czuję, że już straciłeś szansę na resztę pieniędzy po nieswojej córce. Wynocha!
Zacisnęłam w pięci chwilę temu zaprezentowane papiery. Widziałam, że zauważył moją siną od ścisku dłoń.
– Nie tak się umówiliśmy- wymamrotał, jak poparzony gad- Marysiu…- zabrzmiał fałszywie.
– Wiesz co? W zasadzie mam ochotę żeby ci młodzi ludzie dowiedzieli się kim jesteś. Za co kazałeś sobie płacić? No za co? Gadaj!- czułam moje nadciśnienie wszędzie. Pulsowało mi teraz nad lewą kostką w bucie, aż piekło.
– Maria, daj spokój- skomlał- nie tak miało być…
– Że co? Że miałeś stworzyć Marcie dom za pieniądze? Że byłeś opiekunką opłacaną za grubą kasę? Że Franek musiał ze mnie robić postrach na wsi, żeby nie wyszło, że płacimy ci krwawicą,a potem …?- ucięłam świadomie.
– To trzeba było iść do sądu ze mną!
– W przeciwieństwie do ciebie, nie chcieliśmy tego dla naszych dzieci. Ani dla Marty, ani dla Jowity. Mieliśmy nadzieję, że lada chwila gdy Marta pomieszka w Kowalówce, wszystko się nam ułoży. Trzeba było czasu i oni nie dali rady…przez ciebie ty gnoju!
– Boście przekombinowali! Trzeba było powiedzieć Marcie! Ja też musiałem w tym żyć! Też wolałem mieć prawdziwe życie!
– Miałeś- przytaknęłam- Marta widziała w Tobie ojca i kochała Cię. Ale miałeś żądzę posiadania wszystkiego tylko dla siebie i nie widziałeś tego. Przecież ona czuła się Twoją rodziną…
Skręcił się na krześle jak jaszczurka i spojrzał na mnie tym wzrokiem zza zwężonych źrenic.
– Ale to tata Franek był kimś! A wasz dom, wasza rodzina… niespełnionym marzeniem. Ile ja się nasłuchałem jak to będzie cudownie z wami mieszkać- gadał jakby się nażarł cierpkich ziół. Aż go pokrzywiało. – Coś mi się należy od życia!
– Odebrałeś Marcie życie!- Majka stanęła na baczność wbijając wzrok w Staszka. – Wiem od Jowi, że Tamara odkryła historię allegro. Zastraszałeś ją, świrze! Wysyłałeś pętle do odebrania sobie życia! Sam powinieneś wisieć!!!- wywrzeszczała i odeszła na chwilę. Zuch dziewczyna. Poszła tylko do toalety.
Maks uciszył głos jakby chciał wierzyć, że da się zrównoważyć ogólny wydźwięk naszego pobytu w kawiarni. Wyszła już cała obsługa lokalu i na mój znak nieufnie zniknęła jednak…
– Panie Staszku, zechce pan coś dodać?- zapytał bez emocji.
– Tak. Chciałem tylko żeby Kowalówka była złym wspomnieniem, nie życzyłem jej śmierci. Chciałem żeby wszystko wyszło im bokiem. Im wszystkim, za moje nieszczęście…
– Pisałam do Marty. Zostawiałam prośbę za prośbą, by nie prowokowała… Byłam pewna, że mu minie- powiedziałam wskazując wzrokiem Staszka. – Naprawdę myślałam, że jak już dostaniesz swoje to odpuścisz. Najpóźniej… po mojej śmierci. Chciałam ci zostawić jeszcze coś w spadku żebyś dał spokój naszym córkom. Chodziłam do jej domu tylko po to, by przekonać się, że daje sobie radę. Chciałam- zadrżała mi broda- widzieć fusy po kawie, okruchy… Cokolwiek co mi doda pewności, że Marta się nie podda. Ale zastawałam rozpad. To Franek dorobił mi do niej klucz, to jest… do domu Marty- lamentowałam bez godności- On nie miał na to siły, zamknął się na nią… Ja chciałam przypilnować. Zawaliłam.
Zapadła cisza. Cisza budzi prawdę. Obudziła chore ambicje.
– Chciałem dom w Smółkowie. Należał mi się- wycharczał. Wypił kawę jednym duszkiem nie bacząc na górną warstwę słodyczy do zjedzenia łyżeczką…
– Dom w Smółkowie Franek odkupił od obcych ludzi. To dom jego matki!!! Opanuj się, szaleńcu!- zdenerwowałam się i chwyciłam za torebkę. Wysypałam na stół wszystkie pasemka siwych, okręconych ciemną wstążką, włosów Marty.
– Zabiłeś ją! Mam ze sobą wszystkie daty tych dni, które ją wykańczały. Pisałam do niej, by nie wychylała się. Nie mogłam niczego jej wyjaśnić! Bo czaiłeś się jak ten skrytobójca, a ona była tak słaba, tak chora już. Pełna chorych strachów, braku akceptacji. Bałam się, że gdy dowie się kim jesteś- nie da sobie z tym rady. Ale może tak trzeba było…
Nie brać tego na siebie, na Franka, nie czekać na cud…
– O co chodzi z domem w Smółkowie? – wtrącił się Maks- Sołtys twierdził…
– Wiem co twierdził, bo sama to wymyśliłam- zastopowałam go- Franek mówił, że rozpuszczam pieniądze na swoje sprawy. Jak nam brakowało, pożyczał wtedy bez tłumaczeń… To ta gnida z nas dusiła…
– A co?!- odezwała się jaszczura- życie dziewczyny to mnie nie kosztowało?! Miałem sponsorować owoc zdrady mojej żony?!
– Jasne- żachnęłam się cierpko- cały nasz majątek i dwa życia, kretynie… Tyle kosztowało cię to poświęcenie. Tyle co nasza rodzina, nie straciłeś na pewno…
– O co chodzi z… domem w Smółkowie- napierał przez grzeczność Maks…
– Noooo powiedz jaka jesteś porządna! -wygrażał się syczący wąż wyłażący ze Staszka- nooo, proszę, powiedz o swojej uczciwości… ZŁODZIEJKO!
– Dokończmy to spotkanie bez tego pana- zaproponowałam wstając od stolika i udając, że nie widzę szczura…
– A co z przepisem…?- wyjęczał.
– Nic. Znikaj.
Zapłaciłam za wszystkich. Musiałam się położyć. Jedyne co przyszło mi do głowy, to mój dom, moje łóżko w Kowalówce. Poprosiłam, by młodzi wieźli mnie do domu.