Vivi mówiła, że pierwszego podopiecznego zapamiętuje się na całe życie. Zwłaszcza my- podkreśliła patrząc na Rut- my ocalałe, zupełnie jak oni…

– Nasi podopieczni szybko umierają. Mówi się, że każdego miesiąca umiera w Izraelu około tysiąca osób ocalałych z Szoah, Zagłady. Musisz się spieszyć- powiedziała- prowadząc ją pierwszy raz do staruszki. Zauważyła, że Rut nie rozumie, więc podkreśliła: musisz przyspieszyć kroku, by skorzystać z tego, co możesz od niej wziąć na całe życie.

Vivi była pewna, że ci, którzy uciekli śmierci tak bestialskiej jak ta nazistowska, wiedzą o życiu wszystko. Co to mogło znaczyć? Dlaczego miało być to tak oczywiste? Czyżby spotkanie z tak niedorzeczną nienawiścią dodawało olśnień?

Rut nie dopytywała. Udała tym razem, że wszystko pojęła. Założyła, że dowie się tego od Diny, dla której miała stać się pomocą, za którą nareszcie chciał zapłacić rząd. Nie wiedziała o co chodzi z tym „nareszcie”. W dzielnicy, w której żyła niewiele osób pracowało. Rodziny dostawały zasiłki od państwa, by mężczyźni mogli zgłębiać Torę, a kobiety rodzić i obrabiać to, co urodziły.
To…
Obrabiać… Dzieci…
Jak co? Poletko ziemi?

Pieniądze spadały z nieba. Tak myślała. A jednak to rząd, ten przeklęty przez ojca i rabinów- dawał im jeść. Dlaczego nie chciał dawać Dinie?
Od nadmiaru myśli kręciło się jej w głowie. Żyła już od roku, a jednak życie nie chciało się dla niej cofnąć i wyjaśnić. Troszkę więc udawała, nadrabiała miną. I od roku zachodziła do staruszki ocalałej z Szoah.

Była już spóźniona. Zbyt wiele ma myśli jak na te kilkaset kroków dzielących przystanek od bloku, w którym mieszka Dina. I jeszcze schody na samą górę. Jak starsza osoba miałaby poczuć się swobodnie musząc codziennie przemierzać taką wspinaczkę? Dziwiło ją to, że ktoś na starość przyjeżdżał do Izraela. Czy nie rodząc się tutaj można poczuć więź z tym słońcem i umieć przypisać socjalnemu budownictwu coś więcej niż dowód na niewydolność systemów prawnych, ustawodawczych…
OWSZEM. GDY SIĘ JEST URODZONYM TUTAJ TO CO INNEGO.
Wtedy to ma sens. Każdy kamień, każda wilgoć na ścianie i pęknięty dom. Boooo -jak mówił ten namolny w jej głowie ojciec- my jesteśmy stokrotny plon, ten słuszny co czeka na Mesjasza i Jego WŁAŚCIWY IZRAEL.

Coś ją tknęło. To już nie pierwszy raz. Zawsze upominało ją w ten sam sposób. Skąd możesz wiedzieć Rut- pytało to coś- jak żyją inni? Wiesz jak żyje się w twojej dzielnicy, bo jesteś stamtąd. Tylko stamtąd. A jeśli jest się tylko stamtąd, nie można widzieć niczego poza swoją głową. Tam nie ma miejsca na swobodny bieg myśli. Tam uczą ocalać kobiecą głowę dzikim posłuszeństwem…

Nie- powiedziała pod nosem zdobywając ostatnią dziesiątkę schodów- dziki okazał się jej bunt. Pierwotny, wierny wolności. Tamto… to było zaszczuta, tłamszona wola…
Podobno wolna. Od zarania…

Na ostatnim piętrze były tylko jedne drzwi. Dina nie zamykała ich nigdy, bo niewielu było tych, którzy po pierwszej próbie wejścia bez zaproszenia, spróbowaliby jeszcze raz. W niewielkim korytarzyku, do którego docierało ciepło i światło z dużego, dachowego okna, mieszkała suka Szawa, a jej kolor był dokładnie taki jak cień.

I tak jak cień, Szawa towarzyszyła gościom Diny bez pytania o zgodę.

Nie zdążyła zapukać.

– Słyszę Cię, wchodź. Szawa!- staruszka za jednym zamachem dała znak opiekunce i suce. Rut zawsze zastanawiała się co to za syk, którym Dina kończy polecenia wydawane Szawie, czy jest powinowactwem języka polskiego dominowanego hebrajskim?

Było w tym coś dzikiego.

– Szalom. Mam dla Ciebie trochę dobrych wieści- Rut wykrzesała z siebie optymizm. Ale czy kilka przyspieszonych badań i kosz owoców, to to o czym marzy się mając sytą liczbę dni?
Rut krzątała się po mieszkaniu. Zastała Dinę siedzącą jak zwykle na podłodze. Tym razem leżały wokół niej oskubane gałęzie daktylowca. Czasem jest to po prostu susz po trawie spalonej słońcem, czasem skłębione ubrania.

– Dobre wieści? To ja podziękuję- zaszumiała spod nosa i swoich modłów.

Rut wyszła z kuchni z Szawą przy nodze. Psisko sięga jej prawie do pasa. Stoi cierpliwie i doskonale wyczuwa na chwilę przed, że Rut zrobi krok, albo przykucnie. Lubiła przysiadać się do tajemniczego legowiska Diny.

– Jak się czujesz, Dino?- zapytała opierając twarz na dłoniach.

– To jest niepotrzebne pytanie- staruszka podniosła lekko głowę, ale ukradkiem tylko zahaczyła mocnym wzrokiem o Rut. – Potrzebuję żebyś przyniosła mi coś. Niedługo przyjedzie kurier, czy zejdziesz?

– To oczywiste, taka moja tutaj rola. Co będzie do odebrania?- zapytała wstając z kolan synchronicznie z suką.

Dina wyciągnęła rękę a Szawa wydając mlaskające dźwięki i machając ogonem podsunęła się jej pod stareńkie palce dłoni. Staruszka wyrzuciła z siebie szmery do jej kudłatego ucha.

– Dasz Szawie do pyska, ona wniesie na górę bez kłopotu. Ważne tylko żebyś wpuściła ją do budynku z powrotem i możesz wtedy iść- wysyczała kołysząc głową na boki.

Wiedziała, że odpowiedź nie ulotniła się w rozmowie. Została pominięta celowo. W sekundę suka znalazła się przy niej. Ugotuję coś, pomyślała. Albo chociaż napiekę placuszków.

– Wybacz…- wypuściła z siebie niepewnie- nigdy nie miałam okazji zapytać- czy życzysz sobie żebym czasem przygotowała ci coś specjalnie na szabat?

Rut stała przy piecyku, na którego gorący blat rzucała zgrabne fragmenty przaśnego ciasta. Nie obracała się zwracając się do podopiecznej. Wiedziała, że staruszka nie przepada za tym, co z kolei ją hipnotyzowało odkąd była po żywej stronie miasta. Za bliskim kontaktem. Osobistym.

– A co to, nie trzeba nic specjalnie. Bóg przyjmie wszystko, byle z radości życia świętować. Nie wierzgaj, jesteś w brzuchu u Boga!

Rut przeleciały przez głowę wszystkie chwile, w których wypierała niezdarne jej zdaniem słowa podopiecznej. Sądziła, że to brak wprawy w jidysz i hebrajskim, ale nie…
Dina wiedziała co chce przekazać, choć pozornie mogło brzmieć jak fałsz gramatyki… albo starości mózgu.
Tymczasem był to wciąż odświeżający się w niej owoc mocno ukorzenionych przekonań. Rut czuła to dobrze i zauważała to jakimiś zazdrosnymi czujkami z wnętrza siebie. Ona, młoda, nawet nie znała ziarna, z którego mogłaby spróbować siać. Porzuciła wszystko dla pragnienia posiadania więcej. To brzmiało jak szaleństwo, ale było realnym, żywym, otwartym na oścież głodem. I dopiero miała poczuć co nasyci tę wielką paszczę.

– A wiesz, ja nie umiem jeść mięsa odkąd…

– Po tym jak uciekłaś, co?

Głos Diny dobiegał zewsząd. Tak jakby- nim dotrze do stojącej tyłem i lekko ukrytej za szafką kuchennego aneksu-Rut, oprószał sobą całe mieszkanie. Rut poczuła znany luz. Zawsze przychodził doń, gdy udało się wciągnąć staruszkę w rozmowę.

Nie była szalona. Była mędrcem, którego nie obowiązują porządki nawet tej nieporządnej, nowej części miasta. Lubiła ją.

– Tak. Odkąd nie jem tego co było nakazane, albo co spadło ze stołu ojca.

– Miałaś życie, ale to dla ciebie za mało… Nie wszystko może wystarczyć kobiecie…

Rut stanęła naprzeciw Diny pochylonej nad kupką zebranych dłonią skrawków roślin. Modliła się. Można było zobaczyć jak mocno jest pokrzywiona i jak malutkie ma ciało. W ciemnej chuście, długiej spódnicy, omotana niezrozumiałym szelestem i szeptem modłów…

– Mam już placuszki. Nie wyszło jak powinno…- wydusiła ze wstydem.

Usiadła przy świętym pokłonie, na którym skupiało się teraz niebo ograniczane przez dachowe okno. Dostrzegła, że jest ono dokładnie nad skręconymi plecami staruszki. Jego ramy zamykają jej skupienie jak ramka zamyka uchwyconą chwilę na zdjęciu.
Socjalne mieszkanie i okno z widokiem na niebo. Staruszka pochłonięta modlitwą i zapach wilgoci z kilku strzępów doniczkowego daktylowca, który mimo ubytków, a może dzięki nim, wciąż bujał w rozkwicie. Nie sądziła, że życie poza Mea… jest takim warkoczem zdziwień. Plotą się tu światy i uniesienia z surowym życiem, które trzeba spłacić w konkretnych rachunkach.

– Niczego nie robisz źle, rozumiesz? Szanuj życie i kłaniaj się śmierci. Wychodź do niej w pokłonie- skleiła w pośpiechu Dina.
Jidysz wyciekał z niej szybciej niż hebrajski. To dawało im poczucie wspólnoty. Ojciec też najczęściej mówił w jidysz…

Siedziały teraz naprzeciwko siebie. Staruszka nie prostowała pleców do końca. Kamionkowy talerz przyciągnęła do siebie i wzięła placuszek.

Odsunęła w stronę dziewczyny i rzuciła w nią prawym okiem, jak lotką.
Trafiła.

Rut wyczytała ciepło, nie tylko akceptację.

– Dołożyli ci darmowych badań. Jutro też przyniosę ci kosz owoców od Fundacji- wyliczała. – Jest też kilka ubrań. Mogę pokazać- zawahała się sięgając do plecaka, przy którym nie wiedzieć kiedy znalazła się posągowa Szawa.

Staruszka podniosła jedno oko. Zatrzymała wzrok na plecaku. Rut rozkładała ubrania na podłodze. Kolejno: kolorowy szal w kratę , plisowaną spódnicę dla młodej dziewczyny, jeansy dla nastolatki, jakąś kurtkę… Ogarnął ją żal, ale i wściekłość. Co z tego miałoby niby posłużyć Dinie? No, może chusta. Ale ona nosiła tylko ciemne rzeczy.

– Przepraszam…po co ja to pokazuje, to jakiś koszmar. Co oni sobie… jak tak można?

Zerwała się na równe nogi i podeszła do drzwi. Myślała, że ukryje łzy. A przecież nie płakała tylko nad tą sytuacją. Przez ten rok życia zdążyła się zorientować, że ofiary Zagłady były tematem na pograniczu wstydu i zapomnienia, jak dziecko, które nie spełniając oczekiwań obciąża psychicznie rodzinę.
Płakała też nad sobą. Nad tym, że i ona od dziecka nosiła tylko to, co jej dano, albo co pozwalano nosić. A nie na wszystko zasługiwała jako kobieta. Jako córka swojego ojca…

Wpadła w szloch, który podciął jej nogi. Na kolanach, z twarzą przy ziemi, kilka centymetrów od drzwi…Poddała się tym falom.
Nie mogła tego zatrzymać.
Czuła, że to atak, że zaleją ją łzy, które chciała w sobie osuszyć siłą. Ale są łzy, które nie wyschną schowane z tyłu oczu i gardła. Dopiero światło dnia może je uwolnić i dać im odejść.
I trzeba wydać z siebie ryk.

Odpowiednio głośny i długi.
Aż się wybrzmi w nas.

Tak zrobiła. Unosząc głowę, na podgiętych kolanach, niczym silna wilczyca zawyła do nieba, które trwało w oknie dachowym.

I przyszedł nieoczekiwanie. Wypełnił ją całą.
Spokój.
Szawa podeszła bezszelestnie i zlizała jej łzy. Pyskiem podniosła jej kolano i poprowadziła z powrotem do Diny.

– Podoba mi się ta kurtka- staruszka wskazała palcem na granatową, płaszczykowatą narzutkę. U nas mówiło się, że to kurtka podszyta wiatrem, taka wiosenna- patrzyła raz jednym, raz drugim okiem na Rut. – Powinnaś ją wziąć. Wiatr to dobry towarzysz i mocna obietnica. I zrzucić to ciepłe okrycie, które uparcie nosisz. Do tego weź tę chustę, ma w sobie granat, będzie ci pasować.

Rut uśmiechała się wyczerpana płaczem. Jadły placki i siedziały w ciszy jeszcze trochę. Szewa leżała blisko drzwi, aż nagle podeszła do Diny i położyła jej pysk na ramieniu.

– Kurier przed domem- wyszeptała staruszka- zejdź proszę i tak jak się umawiałyśmy, daj pakunek Szewie.

Jasne. Dobrze- pomyślała Rut. Zebrała ubrania do plecaka i zważając na prowadzącą ją Szewę, zeszła na dół. Na ostatnim półpiętrze zdjęła plecak i wsadziła do niego ciepłą kurtkę, by zarzucić tę podszytą wiatrem.
Nie wiedzieć skąd usłyszała znów słowa Diny: wiatr to dobry towarzysz i mocna obietnica.

Dotarły na parter. Otworzyła drzwi i nagłe porywy powietrza objęły ją jak w tańcu.
Nie broniła się.