Morze Martwe żyje. Patrząc na kogoś, kto naszym zdaniem trwa w miejscu, jesteśmy przekonani, że sczeźnie. Tymczasem Morze Martwe żyje już bardzo długo. Trwa w miejscu, funkcjonuje w podszewce życia. O takich jak ono- jeziorach bezodpływowych- napisano, że ich poziom wód reguluje odparowywanie. To trochę tak, jak z ludzkim oddechem. Nawet gdy nie znajdujemy już powodów, by oddychać, ten proces za nas uściśla po której stronie życia jesteśmy. Za życiem czy już przeciw niemu. Póki jest oddech, trwamy. Nawet gdy palą się nam wszystkie wątki w głowie.

Majka skopiowała kiedyś z internetowej encyklopedii zdanie: „Niezwykłe stężenie soli sprawia, że na powierzchni Morza Martwego z łatwością unoszą się ludzie nieumiejący pływać. Rzymski wódz Wespazjan, chcąc sprawdzić to zjawisko, kazał wrzucać do wody jeńców.”

Wydrukowane zieloną czcionką zdanie oprawiła w ramkę i postawiła na biurku. Pocieszało ją w chwilach zwątpienia, gdy tonęła… Z kolei, gdy już uspokoiła ją myśl o tym, że w zasięgu jej genów trwa Morze Martwe, skłonne do utulenia jej, gdy chcą zalać ją wody życia… Wespazjan motywował ją do walki.
Nikt nie będzie używał jej do swoich celów! 

Koniec kropka.

Przemiń strachu, który odbierasz mi władzę nad sobą! Przyjdź spokoju, który mi tę władzę zwracasz- powtarzała w duchu- czytając w kółko zielone zdania.

Wino, Sereden, Maksymilian, kanapa… Majka śniła, że staje się niezatapialna. Morze Martwe miesza się z jej krwią z wolna, ozdrowieńczo. Jego wody pachną Maksymilianem i odprężeniem ciała i ducha. Przyszło jej nawet do głowy, że tak czują się ludzie głęboko religijni… Tacy wojujący religijnie, pokojowo wojujący- poprawiała się w sennych rozważaniach.

Podczas gdy Maja śniła o Morzu Martwym, na którego to sprężystym grzbiecie polegiwała w myśl wytchnienia i prątkującej miłości, Maria wyjeżdżała taksówką z Koziej Wólki.

Na smartfonie sprawdziła, zwyczajowo już, która godzina jest w Jerozolimie. Skontrolowała też temperaturę, wilgotność powietrza i najświeższe wiadomości na najpoczytniejszym izraelskim portalu informacyjnym. Zastanowiła się nad tym jak wszystko to razem wzięte wpłynie dziś na niemłode kobiece ciało, na nieelastyczne już kości. Czy to dobry dzień na przejrzystość myślenia, czy to dobry czas na domykanie spraw, które zalały życie kilku osobom?

Zamyśliła się.
Po to, by jednak uśmiechnąć się pod nosem. 
Poradzi sobie przecież!

Miasto stanęło przed nią jak wryte. Ostatni bastion, myślała. Po tej rozmowie będzie mogła dać się zaskoczyć życiu. Poluzuje zasieki, które zastawiła na siebie próbując ratować sytuację. Sama nie pamięta już od czego się zaczęło. Najpierw chciała mieć męża, kochającego męża. Jak każda kobieta. Potem chciała zrozumieć…

A może wcale nie? Może to nie o męża chodziło? Może o to żeby mieć ciepły dom? Może o to by dać sobie przestrzeń? Czy ktoś to może wiedzieć? Chcemy tworzyć nowe życie a tak naprawdę tworzymy ciągi dalsze naszych domów rodzinnych. Liczymy na to, że wypełnimy pustki, które wrosły nam w kości razem z mijającym dzieciństwem.

Biedna, głupia Marta. Nie dość, że nie słuchała uważnie tego co się do niej „mówi” ponad słowami, to jeszcze pozostawiła po sobie mnóstwo pytań, na które Bóg wie kto, będzie chciał jeszcze odpowiadać… I dręczyć materię tego świata.

A świat powinien wreszcie odetchnąć. Zapomnieć o postawionych mu pytaniach.

Nie czuła się najlepiej. Coraz więcej miała myśli o uporaniu się ze wszystkim. Powtarzała sobie, że kiedyś to ktoś wszystko po niej posprząta.

Przez chwilę policzyła w myślach zyski i straty. Kto nie żyje, kto przetrwał, komu szanse się zwiększyły, komu zmalały… Zaśmiała się do siebie w myślach i zapytała samą siebie: szansę na co? Przyszło jej do głowy jedno słowo.

Ożywienie.