Śnię. Albo i nie. 
Świta. Albo niekoniecznie. 
Nie wiem. Wiem. W sumie nie mam potrzeby być pewna. 
Otwieram drzwi wejściowe. Nie tak jak wtedy, gdy Majka przyprawiła mnie niemal o zawał serca. Dziś robię to w stylu kobiety, której nic już nie może zaskoczyć. 
Przynajmniej tak mi się wydaje na ten moment.

Albo po prostu śpię i chojrakuję w meandrach własnej głowy. Możliwe. 

To jednak świt. Wpadł na mnie, jak spieszący się przechodzeń. Ocucił mnie szturchnięciem odchodzącej nocy. Odcienie szarości lekko opadły mi z oczu. Pozostały tylko haleczki na nieprzetartych oczach. Wyjrzałam przez nie.

-Tamara? Co ty tu..?

– No przecież odchodzę od zmysłów kochanie…- powiedziała ciepło. 
Usłyszenie takiego zwrotu o świcie, rozgrzewa ciało od środka. 
No, może poza stopami.

Stałam na bosaka. Z wygodnego łóżka taty wyrwało mnie stukanie do drzwi. Kulturalne, ale częste. Najpierw przyśniły mi się werble dobiegające gdzieś ze środka naszego podwórza. Potem ktoś wpychał mi je do uszu. Zażenowanie tym faktem obudziło mnie. Kto, do licha, pcha mi się z tym hałasem prosto na moje wrażliwe bębenki?- myślałam i z tą irytacją zerwałam się na równe nogi.

Tamara przejęła kontrolę nad chocholim tańcem, który porwał mnie na pograniczu snu i chłodu. Przystępowałam z nogi na nogę, nie chwytając bezsensu tej męki. Próbowałam się dostosować. 

Niespodziewany gość wykonał w moją stronę zdecydowany krok, więc odskoczyłam na schody, u szczytu których Aureli skradał się próbując uruchomić swój prokuratorski styl. Rozbawiło mnie to połączenie smerfa śpiocha i ważniaka, którego usiłował zgrywać, jako mój ewentualny obrońca. 

Już pierwszy, drewniany schodek przyniósł ulgę stopom. Wychyliłam się nieco i zaspanemu Ukochanemu, dałam znak, że wszystko okay i może wracać do siebie. To znaczy, do swojej tymczasowej sypialni, którą odstąpiłam mu do czasu gdy… no… na pewien czas.

Tamarko, niech Cię przytulę!- wykrzesałam z zachrypnięcia i rzuciłam się na tę piękną istotę. -Długo jechałaś? Wchodź, pewnie jesteś zmęczona.

Tamara pachnie lilią. Rozgrzaną na słońcu. Na takim dobrym, nie zdradzieckim… 
Nie wiedzieć czemu, pomyślałam o mamie. Zestawiłam te dwie kobiety w myślach. Zabolało, ale przełknęłam to, jak ślinę przez zachrypnięte gardło.

Kuchenne drzwi zamknęły się za nami. Niezauważenie. Tak po domowemu, w tak zwanym międzyczasie przez nikogo nieodnotowanym. Czasem czuję, że tylko ten dom stara się naprawdę… Nawet ja nie do końca wiem jak walczyć o to, co dla mnie ważne. A skrzypiące drzwi wiedzą kiedy się zamknąć, by ochronić ciepło najistotniejszego pomieszczenia w domu. 
Kuchnia przytuliła mnie i pokrzepiła. Zebrałam się w sobie.


Pokój mojego taty stał otwarty i schładzało się moje łóżko. Poszłam tam na chwilkę wygrzebać swoje papcie. Czułam jakbym szukała ich gdzieś w sobie, w resztkach swojego snu. Przypomniało mi się jak dobrze jest spać i nie być… Nakładanie ciepłych kapci na pomarznięte stopy, jest jak świadome zasypianie podczas lęków oblewających ciało zimnym potem. Przeżywanie zbliżającej się ulgi…
Niestety, wszystko przypominało mi, że nie czas na sen. Z kuchni dopłynęło do mnie stłamszone ziewanie.

Narzuciłam na siebie rozpinany sweter, który tata nosił zwykle w niedzielę. Ciepły, miękki. Jak oczy siedzącej przy stole i wpatrzonej we mnie Tamary.

– Przyjechałam, bo musisz o czymś wiedzieć, Jowi- zadeklarowała. Otóż… Martusia była…- zawahała się- w jakimś sensie… zmuszana do szaleństwa, a może nawet samobójstwa…

– Coooo?!

Musiała mnie walnąć zdechłą rybą po oczach! Musiała! Co tam zdechłą. Zgniłą!

– Boję się to tak mocno ocenić… Mam pewien zatrważający dowód…- cedziła.

– Chcesz kawy? – zapytałam wyjąc w środku. Na zewnątrz poleciała mi tylko jedna łza. Utorowała ścieżkę nadchodzącemu spazmowi.

Zdążyłam zaparzyć tę pieprzoną kawę. Żeby nie było! Zdążyłyśmy obie się jej napić!

– I właśnie teraz mi musiałaś o tym powiedzieć?! – zawyłam jak ranne zwierzę. 
I poleciało…

– Przepraszam, Jowi. Tyle się tego nazbierało- tłumaczyła miękko- jeśli tego nie wystawimy na światło dziennie, te mroki nas zatrują. Tak jak zatruły Martę, twojego tatę i ma…m..ę…

– Jak to odkryłaś? I w ogóle… mówże! – naciskałam zasmarkując się.

– Zdziwiło mnie, że allegro podpowiada mi co i rusz „silne liny”, „pętle”. Wreszcie przejrzałam historię i zobaczyłam, że to z mojego konta na adres Kowalówki zamawiane były … I to na wiele miesięcy przed śmiercią.

– Mówisz w liczbie mnogiej? Zamawiane?- zapytałam – Nie przesłyszałam się?

– Uhm. Te liny, gotowe pętle właściwie, zamawiane były kilka razy. I mam z tym kłopot pewien…

– No?- wysiliłam się na tę kluchowatą odzywkę- wbrew pozorom.

Chwilowo całą energię włożyłam w zrobienie kanapek i kawy. Wyjęłam z szafki młynek do czekolady i nakręciłam kilkadziesiąt okruchów dla każdej z nas. Gorący grzbiet kofeinowego kożucha, zmiękczył sobą czekoladę. Poruszał się leniwie, gdy przeniosłam filiżanki z blatu szafki na stół.

-Tam, nie obraź się- zaczęłam, przerywając na wielki łyk kawy z mlekiem i czekoladą. – Nie wiem jak to powiedzieć żebyś nie poczuła się źle. Ale… do cholery, co cię tak dziwi? Marta chciała się zabić i pomijając to, co nią kierowało- to chyba normalne w świecie samobójców, że ich życie zaczyna kręcić się wokół takich zakupów choćby? –skończyłam pytająco.

Wstyd, ale mówiłam to gryząc kanapkę. Byłam wściekle głodna. Chwilami docierało do mnie szuranie Aurelego, który, jak podejrzewałam, nie chcąc przeszkadzać, organizował sobie życie w moim mieszkaniu. Na pewno coś na ząb znalazł. Kawa też jest. Poza tym powinien pobyć trochę sam. Wziął urlop. Podobnie jak Maks. Pracują, że tak powiem, na czarno. Albo lepiej: w szarej strefie własnego śledztwa, o którym wszyscy inni już zapewne zapomnieli.

To tak w ramach odpoczynku, jakby ktoś pytał…
Świry.

– Prokurator wydał ciała. Pogrzeb Marty i Franka odbędzie się pojutrze- powiedziałam, nie będąc pewna, czy wyszłam poza swoje myśli i faktycznie to wyartykułowałam.

Wyszłam. Tamara podniosła wzrok znad kawy. A właściwie nos. Z lubością oddawała się czekoladowo- kawowej woni. Tata wiedział co dobre dla człowieka o świcie- myślałam, patrząc na nią. Tylko on tak szaleńczo dbał o rytuał poranków.

– Wiesz, to dobrze- mówiła. To dobrze, że spoczną… Wszyscy, w jakimś sensie odpoczniemy razem z nimi.

Nie ciągnęłam. Jadłam, popijałam. Gdy skończyła mi się kawa, zrobiłam nam obu herbatę. Podsunęłam Tamarze dwa kobiece magazyny. Zrozumiała przekaz.

Cisza. Potrzebuję ciszy. Moje myśli mają już dość. Liczyłam na to, że właśnie ona to zrozumie. Widziała moją ucieczkę w paranoi zaskoczenia tym, co miała mi do powiedzenia Maja po przyjeździe do Smółkowa. Tamara wiedziała co się ze mną dzieje. Czułam, że wie, i że to uszanuje.

Ale nie?

– Bo widzisz…

– Nie, Tamara. Nie mówmy o tym, proszę- zaskomlałam.

– Posłuchaj Jowi!- oświadczyła tonem nie tolerującym sprzeciwu.- Marta NIE ZAMAWIAŁA tych lin z mojego allegro!!! NIE ONA!!!- wyrzuciła wzburzona.

Patrzyła teraz na mnie z góry. Wstała, jakby wypowiedzenie tych słów, wymagało od niej przybrania postawy obronnej. Prawa noga o krok przed resztą ciała. Klatka wysunięta do przodu. Ręka luźna, ale w gotowości. Mocny, stanowczy komunikat. Jak do agresywnego psa. „Uuuciekajjjj!!!”.

Odczytałam zgodnie z przekazem. Instynktownie. 
– Czyliiii? – odważyłam się zapytać z podkulonym ogonem.

– Poza mną i Martą, tylko jedna osoba znała hasło do tego konta, a także do maila, na którego przychodziły potwierdzenia zakupów i wpłat- mówiła.

– No? Znaczy…- poprawiłam się- kogo masz na myśli? – zapytałam, tworząc wreszcie jakieś sformułowanie w miejsce gałgankowych sylab.

– Mojego brata.

– Pana Staszka?!- zapytałam głupio.

Usiadła. 
Wytłumaczyłam sobie, że to ta konkluzja zmusiła Tamarę do skulenia się, osłonięcia dłońmi swojego brzucha. Jakby bała się, że utraci coś z wnętrza siebie. 
Wyglądała jak gdyby przytulała samą siebie.

– Mogę?- grzeczne pytanie rozległo się na progu drzwi kuchennych.

Aureli wszedł zdecydowanie zorientowany w sytuacji. Usiadł obok mnie, dokładnie naprzeciwko Tam.

– Pani Tamaro. Maks to już wie od jakiegoś czasu- powiedział spokojnie.

-AAAAAA!!!! – krzyknęłam, ale sądząc po niezmienności sytuacji, zrobiłam to w myślach. Dlaczego ja nic o tym nie wiem?!

Wstałam zaparzyć mu kawy. Wskazałam kanapki, ale zmrużył oczy potrząsając głową jednocześnie. Nie teraz… Okej, pomyślałam. Postawiłam przed nim kawę.

A potem wyszłam zaczerpnąć powietrza. Wpuściłam kilka kotów. Fido dorwał mnie z euforią i maskotką w pyszczku. Ile ja bym dała za koniec tej całej zabawy… Psiak wyczuł, że kotłuje się we mnie, chciał mnie rozbroić trochę. Dosłownie czułam naboje zamiast kręgosłupa. Byłam gotowa strzelać wzrokiem.

Rzuciłam maskotką. Fido zaaportował raz i drugi. 

Tylko… co ze sobą poczniemy, gdy to wszystko ucichnie? Mam wrażenie, że nigdy moje życie nie wyglądało inaczej. Nas wszystkich zdominowały te odpryski od tajemnic mamy. Przestrzeliły nam głowę.

Pan Staszek? –zadawałam sobie pytanie pod nosem. Wypuściłam ptactwo na podwórze. Ktoś kręcił się przy bramie. Podeszłam.

– O! Pani sołtysowa. Dzień dobry… – przywitałam ją niewyraźnie.

– Dzień dobry Jowicie naszej!- zaśpiewała łamiącym głosem, niepewnie. – Przyszłam zapytać co z pogrzebem, no i… z psiakiem. Bo jakby było trzeba, możemy Fida wziąć jeszcze na jakiś czas. Mój chłop zna go jak swojego. Tyle czasu z Frankiem we trzech spędzali…

Silna kobieta, ale popękana w środku. Nawet ją trafił odłamek naszych spraw, pomyślałam. Bała się mnie?

– A dziękuję, ale on teraz cichszy od kotów. Chyba wyczuwa coś…- miauknęłam. 
Otworzyłam bramę i zaprosiłam panią sołtysową. 
– Może napije się pani kawy z nami?- zapytałam.

Oczy błysnęły jej z zaciekawienia. Był to najbardziej pocieszający akcent tego dnia. Ten ułamek sekundy, gdy w jej oczach odrodziło się coś, co dobrze znałam od lat… Poczułam się bezpiecznie i rozbawiło mnie to, co przyszło mi do głowy… Poczułam się w jak w domu, cholera! Jak w domu… o ja nie mogę… mój dom to wścibstwo pani sołtysowej… dobre!

Zatęskniłam do tego co oswojone. Do enigmatycznej mamy.

Gdzie ona jest…