Świadomie wyświadczył tę przysługę. Podpisał się pod nią obiema rękami i choć nie czuł tego od początku- złożył ten podpis własną, pulsującą krwią. 
Zgodnie z filozofią życia rodziców; akceptując bieg rzeczy i człowieka, którego los postawił mu na drodze…
Zrobił to, co należało.

Udał, że wierzy w natychmiastowość sytuacji zaistniałej u Mai Cwajg. Z kolei- Maria odegrała swoją rolę tak, by ułatwić mu jego kwestię. Zaprezentowała lekcję dawania wiary w jego sztuczne podenerwowanie losem kobiety ledwie spowinowaconej ze sprawą, a potem niemalże wypchała go poza bramę Koziej Wólki.

– Jedź już, byle szybko!- ponaglała- Dom Cwajgów jest charakterystyczny!- krzyczała – Nawet jeśli zapomnisz drogi, sam rzuci ci się w oczy. No pa! Jestem pod komórką…

Jej ostatnie trzy słowa były już mniej wyraziste. 
Z wiadomych względów. 
Aż tak przekonującą rolę ciężko zagrać komuś bez stosownej szkoły. Maria, mianowicie, zamierzała zablokować połączenia przychodzące. 

Gdy tylko auto Maksa rozpuści się w przestrzeni- planowała.
Zatamuje łącze bez mrugnięcia okiem.
Prawie wszystkie numery świata.
Prawie, bo z niewielkim wyjątkiem. Z wyjątkiem dwóch…

Dwa wolne numery, w całej sieci zatamowanych połączeń- mówiła do siebie półgłosem, podczas, gdy auto Maksymiliana zamknęło go w sobie szczelnie.

A on?

Oczywiście, że zdawał sobie sprawę z tego, że może już nigdy nie zobaczyć towarzyszki swoich ostatnich rozmów. Maria Kołodziej rysowała się w świadomości Maksa Nacia niby wyraźnym węglem. Niby, bo wiedział, że grube, węglowe kreski- wystarczy nieostrożnie tknąć mankietem koszuli choćby, by straciły swoją ostrość, a nawet zupełnie się rozmyły.

To drugie, w szczególności brał pod uwagę.

Jechał do hoteliku z przekonaniem, że musi pozwolić Marii zrealizować jej plan. Nie zamierzał jej w tym przeszkadzać. Liczył, że dowie się czegoś o jej motywach- jako kobiety, żony, matki. 
Stało się. Dowiedział się wiele. Nie tylko ze słów wypowiedzianych przez nią, ale przede wszystkim- z tych, które pominęła. Umiał słuchać ciszy. Spętanych, bo nadmiernie kontrolowanych gestów- tym bardziej.

Zostawił za sobą wielobarwny obiekt agroturystyki, w której, jak zwykle, nie spotkał żywego ducha. Nie było komu powiedzieć, że posiłki chwilowo będą niepotrzebne. Trudno. Miał nadzieję, że karteczka, którą przylepił do drzwi, rzuci się w oczy sekretnej obsłudze i zaoszczędzą sobie pracy. Napisał, by zaprzestano przygotowania jedzenia ”do odwołania”. A teraz zachodził w głowę nad tym, skąd u niego takie myślenie. Nie miał przecież podstaw sądzić, że wizyta u pani Mai dojdzie do skutku. To po pierwsze. Po drugie: co strzeliło mu do głowy, by uznać, że spotkanie będzie długie, a nawet przedłuży się…?

– Litości!- zaśmiał się sam z siebie, nie odrywając wzroku od kierownicy.

Skupił myśli, przekręcił kluczyk.

– W imię prywatności, Kozia Wólko! A niech to!- powiedział sobie pod nosem i odjechał.

Znał adres. 
Gdy Maria była z Jowitą w Smółkowie, miał przyjemność przesłuchać Maję Cwajg w jej pięknym domu. Raz jeden. Wtedy pomieszkiwał z nią jeszcze ten, co to podobno już zmienił adres… Izraelczyk…
W każdym razie, na tamtym etapie, nie było czasu i przyzwolenia, by pozwolić swojej czujności chadzać na boki. Wszystkie drogi prowadziły do Marii, do brakujących włosów denatki i głębokiej tajemnicy dwóch splecionych ze sobą rodzin.

Stróżowie i Tabisiowie, od których- niczym ciemne strumyki- odpływały na boki dzieje Kołodziejów i jedna, nienazwana dotąd nazwiskiem- stróżka wód…

Splecione ze sobą?- pytał sam siebie w myślach. – Raczej spętane- odpowiedział wyczuwając gęsią skórkę na karku.

Zawrócił siłą bieg swoich myśli. Maja Cwajg- mruczał pod nosem.

Co nieco wiedział też o niej z maila adresowanego do panny Stróż, w którym pani Cwajg opisywała swoją wizytę w domu malarki, na krótko przed samobójczym aktem…

To niewątpliwie-myślał- urocza, fascynująca kobieta. Lekka, zwiewna. Podobna do babiego lata, które zauważamy, gdy lekko muśnie nas po czole lub policzku. Młode pająki przędą swoje powietrzne drogi, jakby chciały cienkim rysikiem napisać wiadomość: jesień tuż tuż…

Maks zatęsknił do czegoś. Poczuł to w dole brzucha. Lekki ból, ale nie z gatunku wymagających znieczulenia. Był to raczej ucisk niepokoju i podekscytowania jednocześnie.

Maksymilian Nać zrodził bowiem myśl romantyczną.
I zorientował się, że ta zawładnęła nim, gdy tylko nadał jej kształt.

Nie wiedział jak działa podświadomość, ale właśnie poznał jej siłę. Stał pod kwiaciarenką na obrzeżach Wrocławia i wgapiał się w wystawione na zewnątrz- gotowe kompozycje róż i frezji. Czerwone róże i lekko różowe frezje, albo żółte, drobne różyczki i fioletowe frezje. Do tego szparagus, jego ulubiony ozdobnik.

Wyjął z plastikowego wazonu oba bukiety i zamaszyście wszedł z nimi do kwiaciarni. Kropiąc niepostrzeżenie swoje eleganckie spodnie resztkami wody, którymi nie zdążyły się zachłysnąć wyrwane ze spokojnego posiłku kwiaty- rzucił w rozmarzeniu do młodej pani za ladą:

– Ile za te dwa?

– Stówka. Dołączyć bileciki?- zapytała, oderwawszy z trudem wzrok od tabletu. Niebieszcząca się grafika fejsbuka wpadła Maksowi w kącik oka. Uśmiechnął się w stronę młodości.

-Nie, dziękuję. Proszę tylko powiedzieć, czy pasuje dać te oba naraz? No wie pani…- zawstydził się- jako kobieta, co by pani pomyślała?

– Że ktoś tu za mną szaleje- roześmiała się spod ciężkich, rogowych okularów, zdradzając tym samym swoją otwartość.

– Ja po prostu…

– Nie może się pan zdecydować, tak?- czytała mu w myślach. Kumam przecież, spoko Maroko!- dodała z uśmiechem i owinęła mokre końcówki łodyg kolorowym sreberkiem. – Nie będzie panu kapało, proszę!

Kładąc kwiaty na tylnym siedzeniu zauważył kątem oka swoje zmoczone spodnie. Poczuł gorąco w całej twarzy, a myśli plątały się od tej chwili jak chciały.

Zadzwoniła komórka.

Złapał się jej jak zbawczej poręczy. – Słucham, Maksymilian Nać!- krzyknął, by obudzić całego siebie.

Nieznany numer milczał, po chwili rozpoznał znajomy, ciężki oddech i chrypkę.

– Maja wie, że przyjedziesz, chłopcze. Nie stresuj się.

Oczywiście nie udało mu się oddzwonić na ten numer. Był natychmiast zablokowany.

Poczuł się tak, jak musiał czuć się Franek Stróż. Miał utorowaną jedną drogę i był na niej popychany. Wszystkie inne, w jakiś nadprzyrodzony, wydawało mu się- sposób, właśnie wygasły. Mógł iść tylko w tę stronę, którą przygotowała Maria.

Do Majki.