Gdzieś tu były. 
Jeszcze wczoraj się z nimi widziałam. 
Biały z przodu, a srebrny od podszewki- nietknięty listek Seredenu. Jestem pewna, że przeszedł mi przez dłonie, gdy szukałam Ibupromu zatoki, jedynego skutecznego środka na nieokreślony ból głowy w bezsenności.

Tych dwóch, jak prawa i lewa ręka. Brak choćby jednej z nich powoduje, że człowiek nie czuje się komfortowo. Jestem kaleką bez czegoś na uśmierzenie bólu w głowie i w duchu.

Czasem zastanawiam się, czy poza mną, jest jeszcze ktoś, kto w zaciszu swoich pieleszy, tasuje w dłoniach sztywne i szeleszczące blistry, pocieszając się, że w razie czego…

Od jakiegoś czasu nie musiałam już brać niczego na lęk. Sam dotyk sreberka wystarczał na uspokojenie. Na lęk przed powrotem lęku. 
Leciuteńko metaliczny pomruk poszewki okrywającej szczelnie tabletki w ich plastikowych norkach…

Nie musiałam brać, byle był.

Sereden. Połączenie serotoniny i edenu. 
Raj dla roztrzęsionych dłoni i rozbieganych oczu. U K O J E N I E.
Gdzie on przepadł… aaaaa jest!

Pozwalam sobie zwolnić nienaturalnie, by przedłużyć ten moment. Nalewam do mojej ulubionej, ogromniastej szklanki pół litra niegazowanej wody i na koniec, kropelkuję ociupinkę wrzątku.

Rozsiadam się w rozłożystym fotelu, w którym czytywał tata. Wtulam się plecami w zielone, pluszowe oparcie. Przykrywam się krótkim kocykiem z dzieciństwa. Wystarcza tylko na ogrzanie kolan, ale i tak dodaje mi otuchy. Wciągam stopy pod różowo- błękitne misie, pod którymi sypiałam przez pierwsze lata swojego życia. W tamtych czasach to było coś, zwiastowanie innego świata. Kolorowy, amerykański kocyk dla dziecka. 
Już wtedy zasypiałam z gulą w gardle. Bałam się, że noc zagęści się i będzie sączyć mi się do uszu i dziurek w nosie- niczym intensywna smoła. Aż nie uda się złapać ani jednej strużki powietrza.

Budziłam się zlana potem i wciągałam na siebie kocyk. Pomagało.

Już dobrze. Zamykam oczy. Wciskam obolałą głowę w fotel. Czuję każdy włos z osobna i wszystkie naraz. Nadwrażliwe, jakby ktoś je pobił. Wyobrażam sobie siebie gdzieś w pełnym, ale nie zdradzieckim słońcu. Obsiadają mnie motyle. Jestem tam i wyliczam każdy odcień fioletu i zieleni na ich skrzydłach. Mogę już wziąć do ręki Sereden. Nie podnosząc powiek, chwytam w dłoń listek pozostawiony na tę chwilę na oparciu fotela.

To już za chwilę- mówię do siebie spokojnie i zagaduję samą siebie jeszcze. Przyciskam listek do brzucha, owijając wokół niego palce prawej dłoni. Jeszcze kilka minut poprzytulamy się do siebie w ten sposób. Musimy dać sobie czas na oswojenie.

Słowo blister- tłumaczone jest z angielskiego na bąbel, albo pęcherzyk. Wolę tę drugą wersję. Czas przebić pęcherz i wystawić ranę na powietrze, które ją uzdrowi, osuszy.

Na przewiewny opatrunek znieczulonej codzienności.

Teraz! -krzyczę wewnątrz siebie. 

Wyciskam jedną tabletkę. To tylko 10 mg, ale wiem, że po tak długim czasie postu: poczuję ją każdym zakamarkiem mózgu. Wejdzie jak w masło, a właściwie, biorąc pod uwagę mój stan psychiczny; wtrzęsie się, jak w galaretę.

Jest. Śliska, biała, z przedziałkiem pośrodku. Kładę ją na język i popijam ile się da. Prawie do dna szklanki.

Płyń maleńka.

Zjadam resztkę kanapek z humusem i zagryzam je surową, czerwoną papryką. Włączam Smooth Jazz Cafe i otwieram album z obrazami van Gogha.

Kładę oczy nieśmiało po Kwitnącym migdałowcu. Na tle niebieskości nieba, idealnie nadawał się do pokoju maleńkiego bratanka, jak obmyślił to sam Artysta. To ciekawe. Ten przebity bólem psychicznym człowiek, ofiarowuje niemowlęciu świetliste, jasne kwitnienie. W słońcu… na tle nieskażonego chmurami nieba. Zastanawiam się: czy to forma życzeń dla chłopca? A może nadzieja, mimo wszystko, że takie może być życie… Obraz zawisł w pokoju małego i ten, podobno, chętnie nań spoglądał.

Po godzinie straciłam ostrość widzenia. Odłożyłam album i przeniosłam się na kanapę. Zasłoniłam szczelnie okna i wsłuchałam się w muzykę, której miało jeszcze starczyć na dwie godziny. 
Kocyk położyłam na ramionach, więc musiałam coś wsunąć od stóp do połowy brzucha, by nie obudził mnie chłód, który zawsze zakrada się we śnie.

Już czuję. Idzie sen- pomyślałam moszcząc biodra pod kapą od cioci Danieli.

Zanim przyszedł…

Najpierw odpłynęły mi ręce od ramion. Jak powolne, smukłe łodzie wypełnione zamyślonymi mnichami.

Leniwa rzeka poprowadziła je przed siebie, prostym nurtem.

Potem zniknął brzuch, a nogi zmieszały się z powietrzem.

Stopy ułożyły się w rogu łóżka, jak rozespany kot.

Szyja puściła z zaborczego uścisku; kolejno każdy mięsień. 
A głowa uniosła się jak dziecięcy balonik. Do słońca.

.

..

Tak lekką głowę, mógł ściągnąć na ziemię tylko uporczywy dzwonek telefonu.

Wstać, nie wstać, wstać. Każdy niepotrzebny dźwięk oddala ode mnie senność.

Przepędzę go, pomyślałam tęskniąc za niebytem, którego byłam udziałem jeszcze przed momentem.

Wstałam. Zatoczyłam się, ale zawalczyłam o pion i odgrzebałam komórkę ze czeluści torebki.

-Słucham- powiedziałam do słuchawki przez warstewkę snu, tak jak mówi się w filmach przez chusteczkę.

– Dzień dobry moje dziecko.

Serce podskoczyło mi radośnie.

– Mario, tak cieszę się, tak eeeee cieszęęę się, że dzwonisz-wyznałam, walcząc z zaspanym gardłem i wzruszeniem.

Resztki nieprzebudzonego jeszcze wytchnienia- zanieczyściły mi struny głosowe. Nie mogłam odchrząknąć i nie wiedzieć kiedy- rozpłakałam się.

Zrozumiała.

Że jestem tu całkiem sama. Że podjęłam walkę, choć mogłam… 
I, że będę potrzebowała wsparcia, by teraz nie rzucić broni.

A jestem fizycznie słaba równie bardzo, co psychicznie. Bezsenność i lęk sponiewierały mi każdą tkankę. Maria wie, że przy mnie musi ktoś teraz być. Nie muszę tego mówić. Nie muszę prosić. Maria wie.

– Nie mogę teraz przyjechać, Majka, zrozum- uspokajała mnie, wyczuwając skarpę, na której stoję i przepaść, od której jeszcze dziś rano, dzielił mnie milimetr. Teraz, gdy udało się pospać, mam siłę na rozpacz. Wiem, że Maria to czuje i wie. Jestem na nią tak strasznie zła, ale chcę jej tu. Jest mi przykro, że tak postępuje, choć nie znam nikogo innego, kto wie mocniej niż Maria-czego chce od życia.

– Maja?

– Jestem…

– Odłóż słuchawkę, ogarnij się- mówiła spokojnie, choć z naciskiem- a niebawem ktoś cię odwiedzi.

Nie mogłam wydusić słowa. Jak to? Kto?!

Jowi? Nie… ona ma teraz tyle spraw…

Myśli wystartowały. Nie chciały zwolnić. Zobaczyłam tłumy ludzi, przed którymi chowam się w szafie. Ratuję się, okręcając ubrania wokół głowy. Nie słyszeć. Nie widzieć. Nie czuć.

Poczułam suchość w ustach. Zakręciło mi się w głowie. Spokojnie, spokojnie. Jutro weźmiesz kolejną dawkę Seredenu, potem kolejną i jeszcze… a potem, po kilkunastu dniach, coś poluzuje się w myślach. Skojarzenia zaczną chodzić boso, polnymi ścieżkami wśród chabrów. Gapiąc się w niebo naiwnie…

Pójdziesz tą ścieżką do Pani Doktor. Wytrzymasz podczas wizyty, powiesz grzecznie co i jak, a potem dostaniesz receptę na jeszcze. Tymczasem musisz się leczyć, by mieć siłę się leczyć… masło maślane, jak to zwykle w twoim życiu…- gadałam do siebie w myślach.

Maria coś wyliczała w tle moich autoterapeutycznych wizji… umyj włosy, zaparz kawę, załóż coś świeżego, przemyj twarz i zjedz coś, jeśli nie jadłaś, nasłuchuj czy ktoś nie podjeżdża pod dom i masz, rozkazuję ci, wpuścić tego człowieka!!!

Rozłączyła się.

Wiem, że od planów Marii nie ma odwrotu.

No to co?

No to włosy. Wcześniej nastawię ekspres. Przechylę kawę zaraz po kąpieli. Ubranie… pomyślę o nim, jak wyjdę spod prysznica.

Wpuścić człowieka, wpuścić człowieka- powtarzałam, połykając popłuczyny szamponu wypływającego z włosów ciepłym strumieniem.

Myję się, jest dobrze.

Jeszcze działam.

Kto tu przyjedzie?

Ech, nie myśl!

Rób, co każe Maria.

Maria…

Ktoś o mnie myśli.

Niezawodna Maria.