Jakieś dziesięć lat temu, na wakacjach w Gruzji, pewien podlotek, nauczył mnie takiej prawidłowości: każdy zamek jest po to, by go otworzyć. Od tamtej pory noszę w portfelu 6 rodzajów drutu. Po kilkanaście centymetrów, zgrabnie ułożone w przedziałkach.

Rolę portfela- tak dla ścisłości- przejęła męska saszetka.

Luka mawiał: masz taki zestaw- masz wszystko! Bo wejdziesz brachu wszędzie i wszystko wyniesiesz. Przysięgam, że dziś po raz pierwszy zamierzałem złamać prawo. Wcześniej ćwiczyłem na zamkach znajomych, za ich przyzwoleniem. Do domu rodziców spokojnie wchodzę bez kluczy. Brama, garaże, ale i wszystkie drzwi…ulegają mi. Do tej pory jednak, nie przerwałem tak bezczelnie niczyjej prywatności.

Druga zero zero. Noc. 
Ok. Weszło jak w masło. Jestem w środku. Ciemnym środku. Ale udało się dostrzec zarys krzesła przy łóżku. Z łóżka dobiegł mnie ów „twardy sen”. Fakt. Pochrapuje nawet. Na krześle jest tylko fiolka z lekami. Jeden ruch, a mam ją w ręku i siedzę już wygodnie.

Jak postanowiłem, tak zrobiłem. 
Teraz celowo odstawię fiolkę na nocy stolik z całym naciskiem. Oczywiście mocno, choć tak, by jej nie zbić.

Szkło zagrało na drewnie głuchym gongiem!

– Dzień dobry Mario, pozwolisz, że przejdziemy na ty, skoro okoliczności i tak już brutalnie pozbawiłem konwenansów.

Zerwała się , ale kontrolowanie. Myślę, że sypia głęboko, ale zważając na swoje liche serce. Usiadła na łóżku. Wyjęła spod poduszki okulary i zapaliła lampkę nocną.

– To Ty. Tak czułam…- wysnuła z chrypką.

– Przeczułaś, że ktoś jednak cię obserwuje, czy raczej, że ktoś wchodzi, gdy śpisz?- zapytałem jako ja, prywatny.

Zdziwiłem się w duchu. Dobrze mi idzie, pomyślałem. Ta schorowana, ciężko oddychająca kobieta, którą ocenić zamierzałem prywatnie (wycofawszy wcześniej swoje śledcze nawyki), nie rozczuliła mnie. A tego się bałem.

– Jesteś cwany, czy głupi?- pytając, spojrzała na mnie spod brwi.

Nie odpowiedziałem. Dałem dowód na to, że nie jestem zestresowany. Popatrzyłem jej głęboko w oczy i swobodnie rozsiadłem się na krześle.

– No więc, młody człowieku, miałam świadomość, że nie przedsięwzięłam wszystkiego. Zapomniałam, że ty i ten pożal się… prokurator- to nie jeden, a dwa umysły. W jakimś sensie przechytrzyłeś mnie, brawo.

– Nietrudno śledzić kogoś, kto wraca na miejsce zbrodni…

– Jechałeś za mną w nocy, z Kowalówki? – zapytała popijając pastylkę szklanką wody, przygotowanej na stoliczku nocnym.

– Tak, nie tylko raz. Wiem też co i kiedy zabrałaś.

– Jak…?

– Jak się domyśliłem?

Uśmiechnąłem się. Zobaczyłem śledczy błysk w oku Marii Kołodziej. Polubiłem ten urywek sekundy, w której się znaleźliśmy.

– Wiedziałem, że muszę cię zmylić. Lubisz jak ktoś podda się twojemu dyktandu. I to cię gubi, Mario. Bo gdy już kogoś usidlisz, tracisz czujność- ciągnąłem bardzo łagodnie, ale ważąc każde słowo.

Moim celem jest wyrycie tej rozmowy na ścianie powietrza, które zastygło tej nocy. Spotkaliśmy się tu wbrew wszystkim zasadom, dlatego jestem pewien, że na ten szalony sposób, zrealizuję moje zamierzenie.

– Mario, wiem wszystko.

– Blefujesz- zaśmiała się nerwowo- Nie możesz wiedzieć wszystkiego, bo nawet ja wszystkiego nie wiem.

– Nie mówię o wyższej teologii- nie dałem zbić się z tropu- ale o waszym planie- wyjaśniłem.

– Nawet ja, dziecko, nie wiem wszystkiego o naszym planie. Dlatego wątpię, że ty wiesz.

– No dobra. A kto wie?

Roześmiała się perliście. Było w tym coś obcego, jakby nie jej. Przez, niekontrolowaną chwilę, miała minę jakby przestraszyła się tego, co sobie uświadomiła. Wzięła oddech, spoważniała, poprawiła poduszkę pod głową i wyznała:

– Każdy z nas zna tylko swoją działkę. Wykonujemy dla siebie pewne, nazwijmy to, zlecenia, ale nie wnikamy głębiej. Taką mamy zasadę.

– Nie wnikacie w..?- spróbowałem przeciągnąć to wyznanie.

Udało się.

– Nie dopytujemy się o to, co nie jest naszym interesem.

– Macie oddzielne interesy?

– Jeden wspólny, ale są też poboczne, nasze prywatne.

Zamilkła, przełknęła głośno ślinę. Wzięła mocny wdech.

Dlaczego- podniosła głos- wmawiasz mi zbrodnię?!

Złapałem ją za dłoń. Poczuła to, co miała ode mnie poczuć, więc przypieczętowałem to oświadczeniem.

– Mario, czytałem to, co pisała o Tobie Marta. Nawet jeśli nie życzyłaś jej śmierci, zrobiłaś wiele, by była prawdopodobna.

– Skąd wiesz, że to, co pisała Marta, to nie artystyczne wizje?- drążyła, próbując powstrzymać swoją dłoń przed tętnieniem w niej krwi.

Nic z tego. Nie dało się ukryć , że drży.

– Dałaś przedsmak swojej gry, zostawiając nam rzekomo niedopilnowane dowody w sprawie- mówiłem ze smutkiem człowieka, ale pewnością służbową.

– Jak się domyśliłeś?- zapytała, unikając mojego wzroku.

– Wiedziałaś, że mając zapiski Marty, rozszyfruję znaczenie włosów i wstążek. Wiedziałaś, że domyśliłem się, że brakuje części kosmków, bo w tej sprawie dzwoniłem gdy przebywałaś w Smółkowie. Pozostawienie włosa było wyważeniem otwartych drzwi. Wiedziałaś, że nie będzie nam ciężko domyślić się, że brakuje pasemek owiniętych czarnymi wstążkami i, że ciebie oskarżymy o ich posiadanie- wyjaśniałem. Ten włos mógł zaciekawić Jowi, ale nie mnie.

– A prokurator?- zapytała- Czy on też..?

– Myślę, że tak.

– Znaczy nie wiesz- zadrwiła.

– Czasem, jak widzisz droga Mario, przeczucia są celniejsze od wiedzy- odbiłem piłeczkę. Aurelian z pewnością wie, że ja się tym zajmę. On musi być teraz z twoją córką. Ona ma się coraz gorzej- zakończyłem dosadnie.

– Oskarżasz mnie o zbrodnię, której nie możesz udowodnić- oburzyła się Maria i wyrwała dłoń z uścisku, który ją uwierał. – Nie bierzesz pod uwagę tego, co wy robicie innym.

– Mianowicie?

– Choćby ta biedna Majka- wysyczała Maria- czy nie lepiej było, jak było? Ona sobie nie da rady z tym rozlanym mlekiem. Mimo stanów lękowych pojechała do Smółkowa za moją szaloną córcią, by ją wielce przepraszać. Ktoś zainteresował się w jakim stanie jest Majka dziś? – wybałuszyła na mnie oczy, pytając całą sobą.

– A ty wiesz?- zapytałem.

– Wiem! Pod jej dom także chodzę. To, mimo wszystko, bliska mi osoba!- krzyczała szepcąc, czego doświadczałem po raz pierwszy w życiu.

– Więc?

– Ten jej Izraelczyk ją zostawił, gdy po powrocie ze Smółkowa, zaostrzyły się jej stany lękowe i zamknęła się w domu. Nie sypia. Całymi nocami ślęczy przy laptopie i płacze. Pisze i kasuje. Podejrzewam, że godzinami-opowiadała- czy jeśli odbierze sobie życie, też oskarżycie mnie?

– Pomogłaś jej się zagubić. Miałaś też swój udział w jej rozterkach- rzuciłem, choć zabolało mnie gardło od tego dictum.

-Że nie pozwalałam jej powiedzieć o Marcie?!- krzyknęła.

– Ciii, tak Mario…- uspokajałem.

– Bzdura! Walczyłam o swoje. Ale nie okłamałam jej. Wiedziałam, że prawda zaszkodzi Jowi i to właśnie mówiłam Majce. Nazywajcie to jak chcecie. Szantaże, prośby… Walczyłam o swoje.

– Mówisz teraz, jak rozumiem, o swojej działce ze wspólnego planu?

-Tak.

– Wiedziałaś, że Marta się zabije?- zapytałem znienacka.

– Tak. Ale to nie była moja działka. Ja, powiedziałam jej, że, gdyby to była moja decyzja, prosiłabym tylko o to, by dała mi czas na załatwienie wszystkiego w mojej rodzinie.

– A kto nie dał jej czasu?

– Pomidor- rzuciła i zaśmiała się jak dziewczynka.

Ok. Z innej beczki muszę, pomyślałem.

– Wiesz, że ona nie wierzyła w to, że kiedykolwiek dopuścisz ją do rodziny?- zapytałem bez podtekstów.

– Miała moje słowo, że po mojej śmierci, może robić co chce. Ale nie poczekała. Ona też wybrała walkę o swoje.

– Co masz na myśli?

– Uciekła i pokrzyżowała nieco nasze plany.

– Mówiłaś, że Marta nie była twoim planem…- mówiłem podejrzliwie.

– Nie była, ale wplotła się w niego.

– Nie chciałaś jej śmierci?

– Nie.

– Dlaczego zabrałaś włosy z czarnymi wstążkami?- pochyliłem się nad staruszką, aż poczułem jej medyczny oddech.

– Bo chcę mieć wszystko, co należy do mnie, jest o mnie i dla mnie! Moje życie w moich rękach! Proste.

– Zabiłaś ją swoimi włamaniami i wiadomościami- wycedziłem każdą literę.

Elektryczny budzik przy łóżku Marii wskazał trzecią dwadzieścia. Jako człowiek, dałbym się staruszce wyspać. Powinienem wyjść.

– Przyszedłem cię zrozumieć, Mario- wyszeptałem.

Roześmiała się, aż trzęsło się łóżko. Złapała się dłońmi za głowę, potem za twarz, by nie wypuścić z siebie salwy śmiechu, która się w niej zakotłowała.

– Gdybyś chciał mnie zrozumieć, zapytałbyś mnie o to, dlaczego brnę w to wszystko, tracąc męża, córkę i swoje życie.

– Dlaczego brniesz?

– Bo jest jeszcze życie kogoś, kto może, w przeciwieństwie do mnie, umrzeć spokojnie. Trzymając w rękach to, co dla niego cenne.

Przeskoczyłem nad tą sentencją. Wiedziałem, że i tak Maria jej nie wyjaśni. Skupiłem się na Marcie.

– Wiedziałaś, że dostaje obłędu? Z każdym twoim listem, silniejszego?

– Tak.

– Dlaczego to robiłaś?

– Marta nie była moim planem, ale była w zasięgu mojej ręki.

– Robiłaś to na czyjąś prośbę?

– Pomidor.

– Nie żal ci jej było?

– Nie wszystko mierzy się żalem, dziecko. Są sprawy ważniejsze- westchnęła.

– Śmierć Mart nie była w planie?

– Nie. Martę zabiła Marta.

– To znaczy?

– Ano, małolata wymyśliła sobie życie, które nie było dla niej. Dążyła do niego, nie patrząc co traci.

– Powiesz coś więcej?

– Jutro? – powiedziała proszącym tonem.

– Wiesz, że nie uciekniesz..?- upewniłem się.

– Nie zamierzam się stad ruszać- uspokoiła mnie przyjmując naturalny wyraz twarzy. Naturalny, jak na wkurzoną staruszkę przystało.

– Po śniadaniu u mnie!- zakomunikowałem i wyszedłem na tlący się tępym światłem korytarz hoteliku. 
Rozebrałem się, wciągnąłem t-shirt i przyśniła mi się Maja Cwajg. Tańczyła na łące, w chabrowej sukni. Zatęskniłem do niej.