Życie wystawia rachunki. Robi to zazwyczaj niespodziewanie. Czasem zabraknie kilku groszy, by je spłacić. Często nie stać nas na uiszczenie większości. Maksymilian Nać miał to szczęście, że gdy zorientował się, iż wisi nad nim owa „faktura losu”, mógł załatwić to od ręki.

Świadom tego, jak wielki skarbiec wrażliwości i doświadczeń dostał od rodziców, zaskoczył w mig, że właśnie teraz nastał właściwy moment na odwdzięczenie się. Nie rodzicom, ale życiu właśnie.

Szaleni pasjonaci istnienia, nie pozwolili swojemu, „schowanemu w sobie” synkowi- zastygnąć we własnej głowie. Ciągali go ze sobą po świecie, póki się dało i gdzie się dało. Uczyli go akceptować z fascynacją, a nie- zmieniać, pod żadnym pozorem tego- co inne.

Leżało mu na czubku głowy zdanie, niczym żydowska jarmułka: zgłębiaj, a nie zmieniaj!

Ludzi, przyrodę, tradycje…
To zdanie chroniło głowę Maksa. 
Ktoś inny powiedziałby, że przyświecało jej.

On nie był aż tak wylewny, nawet w myślach.

Wypoczynek na agroturystyce to naprawdę dobry pomysł- pomyślał akceptując. Zostawił auto sto metrów przed zjazdem do eko-gospodarstwa. Przespacerowanie tego odcinka, dało mu czas i nowe siły na zmianę nastawienia. Nie przyjechał tu jako śledczy. Musiał więc rozchodzić się w swoim prywatnym „ja”, zanim rozpocznie wizytę.

Gdy doszedł do celu, czuł się ze sobą całkiem swojsko.

Urzekły go brzozy, które osaczyły gospodarstwo niczym zbiegowisko gapiów. Wiosna rozszalała się na drzewach i w ptakach. Poczuł to całym „nieoficjalnym” sobą i śmiało ruszył w wiejskie podwoje.

Dawanie drugiego życia dziedzictwu budowlanemu prowincji, to ostatnimi czasy, częsty pomysł wśród napływowych jej mieszkańców. Hotelik zrobiony z tradycyjnej, poniemieckiej chałupki, przywrócił jej honor i urodę.

Szkoda, że nie wszystko co niszczeje da się uratować w podobnym stylu. Maksymilian zamyślił się i zestawił ze sobą kilka faktów.

Kogo dziś stać na wyłożenie sporej gotówki na zmartwychwstanie budynku? Ludzie nie mają na swoje leczenie…

Przyszła mu do głowy pewna grupa ludzi. Ludzi około trzydziestki, z bogatych rodzin, po dobrych studiach, zarabiających- bez wychodzenia z domu- w swoich zdalnych, modnych zawodach…

Nazywał ich „lnianym pokoleniem”. Według niego to całkiem niegłupie; znaleźć tak naturalne ujście dla swoich zdolności, pieniędzy i pragnień. Zrealizować się na wsi, obudzić w niej coś, czego dotąd z niej nie wykrzesano.

Raz jeszcze pomyślał o tym jakie to niesprawiedliwe, że nie każdy ma takie możliwości…

Potrzeba kapitału, który ciężko zdobyć miejscowym, a i trochę bezpretensjonalności nabytej w miejskiej dżungli, by pomóc swoim interesom.

Stanął vis a vis otwartej, odrestaurowanej bramy. Domyślił się, że w oryginale nie malowano jej we wszystkie odcienie ludowości. Miastowi hołubią wieś z przesadą, która jest dobrze widziana w miejscach tego typu. Goście chcą przecież poczuć esencję wsi, więc nie pokrzywią się na widok wszechobecnych ozdobników ze swojskim motywem.

Na łowicką fantazję, która okazała się być brukowym podjazdem, gdzieś zza gospodarstwa wycofało wolniuśko- eleganckie auto. Zwinny kierowca, nie zważając na nic, poza odkurzaczem schowanym w bagażniku swojego pojazdu, zaczął przechodzić do sedna zaplanowanego zajęcia.

Maks zdecydował się szurnąć butem po ziemi.

Zadziałało.

Młody mężczyzna, niczym czujny zwierz, usłyszawszy to, natychmiast porzucił odkurzacz i z uśmiechem podszedł do bramy, otwierając ją entuzjastycznie.

– Witamy w Koziej Wólce!- rzucił, wyciągając dłoń na przywitanie.

„Agroturystyka Kozia Wólka. Twoja prywatność tęskniła za nami!”

Ręcznie malowane hasło przykuło uwagę Maksymiliana. Co prawda, to prawda- pomyślał. Można się tu nieźle zaszyć. Trzymał klucz do pokoju w dłoni i analizował słowa Mateusza, który wymusił przejście z gościem na „ty” i zapewnił, że po załatwieniu formalności, jeśli tylko Maks sprecyzuje swoje oczekiwania i potrzeby, widzą się po raz ostatni. „W imię prywatności!”- tak brzmiało pożegnanie, które z pełną powagą i zaangażowaniem, skierował do nowoprzybyłego, niejaki Mateusz.

Zasadą Koziej Wólki, a także tym, czym szczycono się na stronie internetowej hoteliku, było niewchodzenie gościom w drogę. Mateusz ośmielił się przebywać przed domkiem w celu uprzątnięcia auta, bo akurat wielki, ręcznie robiony (oczywiście) grafik planów na dzień dzisiejszy wskazywał, że większości gości nie ma w gospodarstwie, a jeden zaplanował spanie w ciągu dnia, przynajmniej do trzynastej i prosił, by nie ograniczać specjalnie dźwięków, bo zwykle sypia dobrze.

Jest dziewiąta. Pod drzwiami pokoju, za około trzydzieści minut, Maks znajdzie śniadanie. Wyjątkowo dziś otrzyma je w ten sposób, gdyż zjawił się bez uprzedzenia, a właściciele nie chcą zbytnio naruszać porządku dnia. Na obiad ma zejść punktualnie o 14.00 i zabrać go na taras, bądź do pokoju. Kolejni goście, rodzina kilkuosobowa, schodzi po obiad o 14.30 i nie życzą sobie towarzystwa. Wolność nie zawsze brzmi zachęcająco- pomyślał. Ale faktem jest, że porządek także daje wolność i ulgę.

Wraz ze śniadaniową tacą, gość otrzyma także rozkład wydawania kolacji i śniadań, oraz menu, na które może nanieść poprawki ręcznie, lub logując się za pomocą hasła (które również znajdzie załączone do śniadania) na stronie Koziej Wólki.

Prywatność, której właścicielem jest Maksymilian Nać, wytchnęła prawdziwie dopiero po kolacji. Zgodnie z planem spożył swoje trzy posiłki w ciszy i towarzystwie wyłącznie przyrody wpraszającej się na taras przyklejony do jego sypialni. W tak zwanym międzyczasie, śledczy, pozbywszy się zawodowej cząstki siebie, szukał sobie dobrego ujścia. Podszedł do półmetrowej półeczki z książkami, sprytnie wkomponowanej pod lustrem toaletki. Sięgnął po pierwszą z brzegu pozycję i utonął w niej, przerywając to słodkie zatracenie, wyłącznie posiłkowaniem. „Złodziejka książek” Marcusa Zuzaka, lepiła jego błogość, jak plastelinę. Wzruszała i wyostrzała odczuwanie, głaszcząc je, nawet, gdy sama Śmierć musiała zrobić w powieści to, co do niej należało.

Nie zauważył nawet kiedy noc stanęła w oknach agroturystyki. Otarł nieśmiałą łzę i zamknął ukończoną powieść. Spojrzał na zegarek. Pierwsza trzydzieści. O tej porze sen, zwłaszcza tych, co sypiają bez zarzutu, hula w głowie, jak wiatr w szczerym polu.

Odświeżył się. Dopinając białą koszulę na ostatni guzik, powiedział sobie w myślach, że cieszy się tymi kilkunastoma godzinami lektury, podczas których to nie on odpowiadał za narrację dnia. Pokrzepił się myślą o odbytym odpoczynku i wziął wydarzenia tej nocy na siebie.

Powieść tak dobrze odbarczyła go, że wszedł w nową rolę bez kłopotu.