Głupiutka Jowi. Nie widzi drogi przed sobą, ale gna. Zgubi cię twoje cielęce serce, oj zgubi.
Życiu należy postawić wytyczne. Jeśli je puścić luzem, inni nabiorą go w garści i pójdą gdzie zechcą.
A ty zostaniesz z piekącą raną między palcami. Od planów, które wyciekły ci z rąk nieprzypilnowane.
Wokół życia trzeba się nachodzić. I to jak nachodzić…
– Niech się pan tu zatrzyma- rozerwała swój ciąg myśli, będąc zmuszona się odezwać.
– Tu? Przy tej wielkiej bramie?
– Ciut przed. Chcę tylko się rozejrzeć. I proszę zgasić silnik. No i światła, oczywiście.
– Klient nasz pan.
Mężczyzna posłusznie uśpił auto i zamilkł razem z nim. Usłyszał za sobą otwierane dyskretnie drzwi i ciężki oddech, słyszany w ciemności jeszcze wyraźniej. Nie zadawał sobie zbyt wielu pytań. Tym bardziej klientce. Ileż to już miał dziwacznych kursów w środku nocy! Ten jest po prostu intrygujący, ale na szczęście, nie wydaje się niebezpieczny.
Gdy starsza pani stanęła naprzeciw bramy domu skąpanego w ciemności, myślał akurat o tym, że położył się spać bez kolacji i gdy zadzwoniła służbowa komórka, obok melodyjki połączenia przychodzącego, przebudził go też potworny ból głowy.
Koszmarny ból. Przyjął zlecenie kursu lewitując.
Trzeba jechać dość daleko i do tego nocą. Opłaca się przebudzić, pomyślał. Tak zrobił.
I tak znalazł się tu, pozwalając starszej pani chodzić po podwrocławskiej wsi, niemal po omacku. A niech ją. Niech robi co chce.
Schylił się i otworzył kasetkę. Zawsze miał przy sobie ibuprofen. Łyknął od razu dwie tabletki i powoli podniósł tkliwe oczy na właściwą wysokość.
Co ona do cholery?! – powiedział zbyt głośno, jak na aurę, którą zbudowała jego klientka. Miał nadzieję, że to okoliczności bólowe przysporzyły mu nadwrażliwości na zaistniałą sytuację. Nie potrzebował nowych problemów.
Oby to była moja przesada- pomyślał. Tak, to pewnie ten ból mnie rozdrażnił.
Tak to sobie wyjaśnił i postanowił nadal siedzieć w cieniu głębokiej nocy, w której to skapała się jego taksówka. Spokojnie, zawsze jest nadzieja, że nie dzieje się nic złego. Przecież starsza pani musiała mieć klucz do bramy, żeby wejść. Druga rzecz: była pewna, że jej nic nie napadnie i nie pogryzie, a przecież takie domy z podwórzem, nie krępują się dawać upust co groźniejszym psom.
Aha! Cwaniara, co nie miara. Miała przy sobie maleńką latareczkę, którą to świdruje teraz w oknach, w zakątkach podwórza, a nawet w okienkach piwnicznych! Niech ona lepiej wraca, myślał, ani drgając. Bezruch sprzyjał głowie, która powoli odpuszczała. Nie zauważył kiedy ból, odchodząc, wpuścił na swoje miejsce sen.
Kobieta zauważywszy to, zrealizowała swój plan. Punkt po punkcie. Pod osłoną nocy i powiek taksówkarza.