Weszłam do pustego, głuchego domu. Nie tylko on, ale cała Kowalówka wstrzymywała przy mnie oddech. Poczułam to, gdy tylko mignął mi znajomy płot pierwszego gospodarstwa. Każdy zna to dziwne uczucie, gdy zjawia się w pomieszczeniu, w którym wcześniej była o nim mowa. 
Powietrze dostaje nadciśnienia. Choć niby nic się nie dzieje. 
Zapada beznadziejne milczenie. Nie wnosi nic dobrego, za to wynosi poczucie bezpieczeństwa. 
To coś próbuje wciskać się wszędzie, a, że jest raczej kanciaste i przeszkadzające, drażni jeszcze bardziej. Nie da się długo tak funkcjonować. Trzeba to przerwać.

Muszę coś powiedzieć na głos wszystkim tym ludziom. Tylko co? 
Mam wrażenie, że cała wieś czuje się wobec mnie niezręcznie. Wszyscy o wszystkim wiedzieli. Jak szczurowi w laboratorium, przyglądali się mojemu pozornemu życiu. Szlag by to.

Maks z Aurelim pojechali coś załatwić. Po drodze mają odebrać Fido od sołtysostwa. Wysadzili mnie przy bramie powstrzymującej nasze podwórze przed ucieczką. Naprawdę wydaje mi się, że gdyby nie ta wielka brama, wszystko co wokół domu, a może i on sam- wzięłoby nogi za pas. Coś się skończyło. Zgniły korzenie naszego domu, życia?

Aurelian wyszedł na chwile z auta i przytulił mnie mocno. Chciał dodać mi otuchy, ale gdy tylko mnie objął, poczułam, że wszystko wiruje we mnie i nie znajduje spokoju. Nie mam zatrzymania. Sama w sobie nie mam miejsca odpoczynku. Zakręciło mi się w głowie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Wzięłam trzy głębokie oddechy.

Za siebie. Za moją siostrę. Za Franka Stróża, któremu nie udało się być moim prawdziwym ojcem.

Nie żyje Marta. Jej bezradnie wiszące ciało nie opuszcza moich myśli. 
Nie żyje mój tata. Na szczęście nie potrafię wyobrazić go sobie w tym stanie… Nawet, gdy chore natręctwa zarysowują mi szczegóły: chłodna sala, ciało ciężkie i blade, nieelastyczne… Nie widzę tego. Pamiętam ojca w ciągłym ruchu. 
W pustym domu, wciąż panuje na jego temat przekonanie, że pewnie gdzieś zasiedział się jako „złota rączka”. Wiedzą to zaułki piwniczne, wielki kocioł i jego pokój.

Podwórko pokonałam bezwiednie. Jak na psychotropach. Bezboleśnie, ale trochę bezmyślnie. Ptactwo miało nasypane ziarno i nalaną do starych garnków świeżą wodę. Ktoś codziennie wypuszczał je i zamykał. Zauważyłam to od razu. Kaczko-kurze towarzystwo zachowywało się swobodnie. W ich świecie nic się nie zmieniło. Co za różnica kto sypnie żarciem i chluśnie wodą? Dziwne, ale dodała mi sił ta świadomość, że w los podwórza okalającego nasz dom, ma swoją prawdę, niezależną od nas, ludzi.

Zatrzymałam na chwilę wzrok na starej kaczce, która, jak mawia mama, ma u nas dożywocie. Zadbano także o nią. Chodziła sobie spokojnie, najedzona i opita, epatując doświadczeniem w dwóch wyżej wymienionych czynnościach. 
Chwała sąsiedztwu, pomyślałam. Próbowałam odstresować się, otwierając drzwi chroniące mnie przed smutną rzeczywistością mojego domu. Nucąc „jak dobrze mieć sąsiada, jak dobrze mieć sąsiada… on wiosną się uśmiechnie, jesienią zagada” stanęłam w korytarzu, w którym „zaatakowała” mnie kilka dni temu Majka.

Eheheheh! Szalona! Skopała mnie o poranku, przychodząc ubrana jak Eskimos! 
Na wspomnienie tego karłowatego kina akcji, chichoczę w myślach.

Kto by pomyślał? Minęło zaledwie kilka dni od tego zdarzenia, a mój świat zdążył zetrzeć się w proch i zaczął lepić się na nowo.

Nie pożegnałam Tamary tak, jak bym tego chciała. Na pewno zrozumie. Domyśliła się, że nie jestem w najlepszej kondycji, że tak to dyskretnie nazwę. Ucieczka i sprint, zwariowana wizyta u jej brata, pana Staszka i znów ucieczka, wyimaginowane zagrożenie, sprint … potem poszukiwania i odnalezienie mnie na polu, w stanie niekomunikatywnym. Wreszcie pogotowie i szpital, z którego Aureli, Maks i Majka, odebrali mnie i przywieźli prosto do domu.

Tak. To mądra kobieta. Na pewno nie oczekuje ode mnie więcej sił i rozsądku, niż mogę mieć w takich okolicznościach. Z pewnością wie także, że nie było to nasze ostatnie spotkanie. Bądź co bądź, przed nami jeszcze dwa pogrzeby… Tamara zjawi się, przynajmniej na jednym, mam nadzieję. Poza tym, poczuła, że przylgnęłam do niej. Na pewno. Oby tylko pan Staszek wypowiedział się o mnie ze zrozumieniem. Ma człowiek powody, by nie darzyć mnie sympatią, ale pociesza mnie to, że jest, jak postrzega go Tamara, na wskroś dobry.

Sam fakt, że przygarnął nie swoją córkę, a potem, obciążony trudem i kosztem jej wychowania, dzielił się nią z moim ojcem- przyczyną skalania swojego małżeństwa z matką Marty…
Dobry człowiek, święty prawie. Wybaczy mi, ulituje się nad bezmózgowiem.

O Majce, z kolei ,staram się myśleć na spokojnie . Ostatnie jej chwile, to niezłe tornado. W większości –ja je przywoływałam. Ja i moja historia rodzinna, rozchodząca się na innych, niczym pająki wypuszczone ze słoika…
Ale Maja wzmocniła się dzięki temu. Czułam to, gdy wparowała do Tamary, by walczyć o naszą przyjaźń. Była zdecydowana stracić wszystko, by mieć mnie z powrotem. I odzyskała. Moje serce. A raczej; nigdy go nie straciła.

Właśnie dlatego, że jest Prawdziwa. Mimo ukrywania prawdy, nie kłamała. Nie planowała i nie chciała tego robić. W przeciwieństwie do ciebie, mamo… Majka próbowała to przerwać.

Wróciła do Kowalówki, sunąc się w ślad za nami, swoim poetyckim stylem prowadzenia auta . Pewnie też jest już u siebie i wypoczywa, albo nadrabia zaległości z Ukochanym i rodzicami na Skype.

Ile razy jeszcze powtórzę sobie w myślach, że kocham Majkę jak siostrę? Być może, to jedyna moja prawdziwa rodzina teraz; to szalone, urodziwe, poetyckie zjawisko… Trzymam się myśli o niej, jak o jedynym wątku mojego życia, który prawdziwie i bez obciachu, należy do mnie. Nie mam teraz przy sobie nikogo innego, kto uwierzytelniałby moją przeszłość. Tylko Majka była przy mnie bez podtekstu. Chciała być tak po prostu i nadal chce… Bez tajemnic. Razem. Cokolwiek by się nie działo.

W ciemnym korytarzu przywitało mnie ciepło. Keczup, Dama i reszta kociej ferajny- wybiegła z kuchni, dzięki słynnemu sprytowi pierwszego. Slalomy grzbietów tańczące wokół moich łydek, uświadomiły mi, że nie do końca chodzi o tęsknotę. Ktoś je karmił, ale nie wypuszczał na dwór. A przecież ten dom ma swoje pory na wszystko. Mama pilnowała kociego zegara…

Jowi, do cholery, mama żyje! Gdziekolwiek jest… Nie myśl o niej jak o legendzie!

To, że nie zostawiła żadnego adresu kontaktowego i rozpłynęła się, wyszedłszy na żądanie ze szpitala, to jeszcze nic nie znaczy!

Uspokajałam się sztucznie. Przecież wiadomo, że to porażka. Moja, jej, nas obu? Czy to ważne? Klapa to klapa. 
No nic, chodźcie kociki!- krzyknęłam żwawo, rozpraszając zastałą w domu zmurszałą ciszę. Weszłam do kuchni, kierując się w stronę okna. Koty wyskoczyły na dwór jak poparzone. A mnie zamurowało.

Na stole stała filiżanka z resztką kawy ojca. Podniosłam ją i powąchałam. Słodki zapach karmelu i czekolady, ściął mnie z nóg. Usiadłam na fotelu taty i przygryzłam mocno dolną wargę. Łzy i tak popłynęły. 
Na stole, po stronie, po której zwykle siadała mama, stała druga filiżanka i talerzyk z okruszkami kruchego ciasta. Tata miał towarzystwo. W dniu swojej śmierci, spędził z kimś czas na tym , co tak lubił robić o poranku… na piciu kawy z, coraz to nową, kompozycją dodatków.

Przepraszam cię, tato. Spłodziłeś ślepą i głuchą babę. Zatęchłam się w braku rozumu, jak ten dom teraz.

Wymknęło mi się jeszcze kilka par kropli. Obustronnie. 
Użyłam otwartych dłoni, jak ściereczek. 
Nie teraz, Jowi. Nie teraz.

Przechyliłam filiżankę. Dokończyłam za tatę ostatniego, słodkiego łyka. Pyszota! Ale, ale! „W torebce znajdziesz swoją komórkę i notes, który miałaś przy sobie, gdy zabierało cię pogotowie. Pan Stanisław podniósł go, gdy ten wypadł ci podczas przenoszenia cię z ziemi do karetki. Przechował go i zwrócił dziś rano, a ja wsadziłem go do twoich rzeczy, które spakowała pani Tamara. Wrzuciłem też karteczkę z zadaniami dla ciebie. Postaraj się zabrać za nie, jak najwcześniej.”

Zadźwięczały mi słowa Aurelego, powtarzane w aucie do znudzenia. 
Nie ma wyjścia. Sama niczego nie wymyślę!
Sięgnęłam do torebki, którą po przyjściu, odruchowo rzuciłam na fotel mamy. Jest notes. Jest komórka. Oto i ona! Koperta z maleńkim serduszkiem… Kochany Aureli. No ok, co tam mamy?

Jowi. Usiądź proszę. Mam nadzieję, że to zrobiłaś. Zatem: do rzeczy!

Jeśli to jeszcze nie nastąpiło, idź teraz, proszę, najpierw do pokoju swojej mamy i sprawdź, czy są, twoim zdaniem, jakiekolwiek ślady jej pobytu w tym miejscu. Mam na myśli ostatnie godziny. Nie sugeruj się napaleniem w piecu, czy opieką nad zwierzętami, bo to załatwiłem z Twoja przyjaciółką, Mają, a potem ona zleciła to sąsiadce. Mam raczej na myśli konkretne przedmioty, ubrania, dokumenty, których twoja mama mogła potrzebować, że tak to ujmę, do samodzielnego życia. Ty najlepiej będziesz wiedziała, co było, a czego nie było w jej szpargałach.

Ano faktycznie, ja pakowałam mamę przed wyjazdem do Smółkowa i to ja byłam tam ostatnia- zamruczałam pod nosem.

Koniecznie, proszę, sprawdź to. Oczywiście, najpierw zjedz coś i wypij dobrej kawy, Kochana. Nie zapomnij patrzeć gdzie stawiasz kule, czy aby nie na czymś mokrym. Jedna noga już jest w gipsie, nie chcemy niczego nowego! Pamiętaj! Ostrożnie!

Nie wiem na ile dotrze do Ciebie to, o czym będziemy rozmawiać z Maksem podczas podróży. Podejrzewam, że będziesz przysypiać, więc zawczasu i na wszelki wypadek, pozwalam sobie, raz jeszcze, pokrótce to wyjaśnić.

O ty świnio! Ale w sumie racja…Przekimałam.

Gdy byliśmy w Kowalówce z Maksem, zaraz po śmierci Twojego taty, sołtys, znany Ci dobrze, wraz ze swoją małżonką, pokazali nam coś, co ścięło nas z nóg. Okazuje się, że Twój tata planował wyprowadzić się do Smółkowa. Było to po tym, jak ostatecznie okazało się, że nie udaje mu się posklejać wszystkich wątków swojego życia w jedną całość. Mówiąc brutalnie, Jowi, sołtysostwo opowiedziało nam o tym jak bardzo ich znajomy, a Twój ojciec, pragnął, by Marta stała się częścią waszej rodziny. Walczył także o Ciebie, bo szantażowany przez swoją żonę tym, że znikniecie mu z oczu, gdy odważy się przyprowadzić Martę do waszego domu, poddał się, by Ciebie nie stracić.

Nie Aureli, nie dobijaj mnie!- warknęłam, ściskając list, jak pięści do boksu.

Nadszedł moment, gdy Twój tata miał jednak całkiem dosyć i planował kupić dom zbudowany na fundamentach domostwa swojej biologicznej matki.

Aureli- jęknęłam- z całym szacunkiem, co ty bredzisz chłopie? Ojciec nie miał grosza odłożonego. Wszystko było na koncie mamy, sama zakładałam jej konto…

Wiem, że pewnie żachnęłaś się w tym momencie, sądząc , że bredzę. Jowi, otóż nie. Dotarliśmy z Maksem do pewnych informacji. Sołtys pokazał nam świecznik, który Twój tata… że tak łagodnie się wyrażę, buchnął z Synagogi pod Białym Bocianem, gdy (nie wiem czy w ogóle o tym wiesz) jakiś czas temu wykonywał tam prace przy odnawianiu okien.

Przed sprzedażą, powstrzymywały go obawy sołtysa, który uzmysłowił Twojemu tacie, że umieszczenie ogłoszenia w Internecie, natychmiast zaowocuje namierzeniem go i aresztowaniem. Świecznik wylądował na sianie, w stodole sołtysa z tyłu, pod samym dachem, gdzie sięga się rzadko.

Świecznik zarekwirowaliśmy i dogadując się, z Rabinem urzędującym we Wrocławiu, oddaliśmy go, dyskretnie. Zawdzięczam to, po prawdzie, Maksowi, który próbując wielu języków, dogadał się z wyżej wspomnianym.

Dowiedzieliśmy się jednak jeszcze czegoś, pijąc gorzki napar w pokoju Rabina. Tamtego dnia, czego nie nagłaśniano celowo, zginęła też księga, w której opisano życie społeczności Żydowskiej, mieszkającej na terenie obecnych Niemiec, Polski, Ukrainy i Czech. Dzieje te, notowane były od dwustu lat. Tym cenniejsze są dla tutejszej diaspory, ze względu na to, że opisano w nich wszystkie odłamy i odstępstwa od judaizmu, zaobserwowane do wybuchu Drugiej Wojny Światowej. Księgę szacuje się na około dwadzieścia tysięcy euro. Niestety, z pewnego źródła już wiadomo, że pojawiła się na rynku i została spieniężona. Trafiła do rąk obywatela Izraela, który miał oddać wszystkie pieniądze, tylko po to, by obiekt trafił w jego ręce. Wiadomo jeszcze, że sprzedawcą był ktoś z Polski.

Są to informacje kupione od ludzi z półświatka. Nie mamy jednak żadnego nazwiska, co akurat może być tylko kwestią pieniędzy.

W związku z powyższym, przeszukaj rzeczy swojego taty. Może jakiś ślad… Jesteśmy to winni Gminie Żydowskiej.

Ściskam. Aurelian, Twój, wiesz?

O ja nie mogę! Co?!- krzyknęłam- Kryminalne zagadki Kowalówki…

Popłakałam się, wyjąc ze śmiechu. Jednocześnie.

Zaraz. Tata miał powód, by mieć tę księgę. Tam na pewno była wzmianka o babci Wydmuszce i jej babci…

O siostrach i ich obrzędach na rowie…

Może chciał ocalić ślad po swojej mamie, po swoim prawdziwym życiu. Zapewne bał się zatrzymać księgę, tym bardziej zwrócić. Nie myślę, by ją sprzedał. Prędzej oddał, a potem napawał się myślą, że gdzieś jest dowód istnienie jego losu.

Jak dobrze go rozumiem.