-Nooo, bał się baby, mówię wam, proszę ja was. Normalnie się bał, jak diabeł święconej wody. Ino z oczysk jej schodził!

– Jest pan świadomy, jak ważna jest ta rozmowa?- zapytałem sołtysa, nie mogąc ukryć błogości, po przełknięciu najpyszniejszej herbaty w swoim życiu. 

Jak miło, pomyślałem. 
Poniemiecki, prawdziwy, wiejski i użyteczny dom. Bez wielkiego salonu, który odbiera nowoczesnym budynkom, wszystko to, czego potrzebuje rodzina, mianowicie, przytulności.
Posadzono nas w gościnnym pokoju, który to ma, poza stołem otoczonym krzesłami, dwie wersalki. Słowo daję, chętnie sam użyłbym ich do spania.

Jest i obowiązkowa meblościanka. Nienajgorsza wizualnie, pełna kieliszków, szklanek i literatek za szkłem… No i te niemożebnie pakownie szafki aż pod sufit, jak u rodziców! No niesamowite, że to, co moje pokolenie obśmiewało jeszcze jakiś czas temu, właśnie zaczyna doceniać. Poza tym, ostatnio zauważam, że wybieramy bardzo podobne meblarskie rozwiązania. IKEA, w gruncie rzeczy, pełna jest różnej maści meblościanek właśnie. 
Jasna rzecz- mniejsze jest prawdopodobieństwo, że na naszym osiedlu, będzie mnóstwo owych ścianek- podobnych do naszej, jak to bywało drzewiej, gdy blokowisko zaopatrzały dwa rodzaje kredensów. 
Ale czy nie dzieje się tak powoli, że każdy już ma w swoim domu, jakiś regał i z czasem dokupuje do niego szafeczki, półeczki, szuflady… tworząc sobie swoją meblościankę, tyle, że rozłożoną w czasie? 
Lecimy do IKEI po meble, bo oferują nam pełny zestaw, potrzebny do urządzenia każdego zakątka domu. Do tego: ze smakiem i co ważne, praktycznie i na każdą kieszeń. Ech… Już przejechaliśmy się nieco na, tak zwanym, dizajnie, co to nie było w nim dość miejsca na rzeczy, których potrzebują normalni ludzie. 
Wszyscy potrzebujemy jednej, solidnie zabudowanej ściany w domu. Od sufitu, po podłogę. Takiej, która pożre nasze składy pościeli i ręczników, sprezentowanych przez rodzinę. Nie wstydźmy się tego.

Podoba mi się u sołtysostwa.
Kilkugodzinne krążenie pomiędzy Kowalówką i Smółkowem, daje nam w kość. Po rozmowie z sołtysem, wracam do Jowi. Zresztą, Maksymilian też. Próbujemy to zamknąć oficjalnie i przy okazji trochę powęszyć prywatnie. Padniemy w końcu, jak każdy, kto nie umie odpuścić. Ale na razie… ta herbata ożywia! Cejlon z cytryną i cukrem. Klasyka.

Pan Janusz Szambeliński to prosty człowiek, co zanotowałem ukradkiem w tablecie. Maksymilian z pewnością, wychwycił coś podobnego, bo, przy powtarzanych często, potocznych odzywkach gospodarza, nasze spontaniczne uśmiechy, spotkały się kilka razy. 

– Oczywiście, że jestem świadomy, panie tego- zmiękczył głos- ja Franka, jak brata, co go mieć chciałem zawsze… Kochałłłłłłe…

– Dziękuję, że nas pan przyjął- powiedziałem na tyle urzędowo, by pomóc mężczyźnie otrząsnąć się – Musimy być z panem szczerzy- wyznałem, co zrobiło, w sposób widoczny, spore wrażenie na słusznie zbudowanym mężczyźnie. – Nie mamy nakazu przesłuchania pana, ponieważ sprawa została już zawieszona, a właściwie zakończona, z braku świadków i dowodów. Jesteśmy tu, wyłącznie dzięki pana uprzejmości i chęci współpracy- mówiłem.

– Panowie, to, panie tego, należy się mojemu przyjacielowi, Frankowi. Przez wzgląd na niego… chcę…- zawiesił głos i ostatnie głoski rozhuśtał na kudłatej, roztrzęsionej brodzie. – Powiedzcie panowie, czy ktoś zajmuje się pogrzebem Franka?- wymuszał na nas odpowiedź, strzelając, to na mnie, to na Maksa, szklistymi oczami.

– Tak, proszę się nie martwić- rzucił Maks.

– Ale, czy ona…?

– Pyta pan o panią Marię Kołodziej?- sprecyzowałem.

Sołtys przytaknął, łaknąc pocieszenia całym sobą. Wielki chłop, jak drwal mocny. W środku jajko na miękko. Nieuczciwe połączenie, podsumowałem go w myślach, szukając jednak okoliczności łagodzącej jego zachowania. Zmarł mu przyjaciel. Odszedł niepotrzebnie, jak każdy…

– Nie, proszę się nie denerwować, panie Januszu- odpowiedziałem, trzymając stanowczy, acz uprzejmy fason- pani Maria jest nadal w Zielonej Górze i wydaje się nie mieć zbyt dużego kontaktu ze światem poza-szpitalnym.

– Ach tak- zamyślił się- No, ale pytajcie, panowie- zachęcał i chwycił po kawałek makowca, który kusił mnie niemożliwie od chwili.

Chwilę potem, Maksymilian był już po kieliszku nalewki, podobnie jak sołtys. Ja, jako kierowca, trzeźwiałem coraz bardziej, słuchając.

Potoczyło się samo.

– Bo to są, panowie, sprawy wstydliwe dla chłopa- rzucił z uśmieszkiem, który zawdzięczał zapewne owemu procentowemu napojowi z jeżyn.

– Jakie to sprawy?- pytałem, nie żałując sobie wypieku, dokładnego, co i rusz, przez panią sołtysową.

– Żeby baba chłopa tak gnębiła, jakby nic między nogami nie miał!- wystrzeliła znad makowca, przytykając zaraz palcem wskazującym usta, na znak, że już wychodzi i milknie.

Sołtys pokiwał głową na potwierdzenie słów żony, więc drążyłem dalej.

-Proszę ja was, panowie, panie tego- rzucał obowiązkowe wstawki- tylko czekałem, aż zapuka tu policja. Od lat czekałem! Nie żeby ze wścibstwa, przeciwnie. Z troski, panie tego… Bo my z żoną żyli tu jak… w filmie grozy, słuchając Frania.

Nie wiem, czy o tym samym pomyślał Maks, ale chyba miał podobną minę do mojej. Zdecydowanie za częste pauzy w opowiadaniu pana Janusza, zmuszały nas do wzięcia tej rozmowy w swoje ręce. Dałem koledze dyskretny znak mimiką, upewniwszy się, że na jego talerzyku są już jakieś resztki jedzenia. Było to istotne, bo za nami ciężki dzień, a przed nami do pokonania ta sama trasa, raz jeszcze. Nie byliśmy pewni, czy po powrocie do Smółkowa, obaj będziemy mogli skorzystać z gościnności pani Tamary i po prostu zasnąć. Zapomnieliśmy dogadać szczegółów. Poprzednią noc, Maksymilian spędził na korytarzu oddziału kardiologicznego, uspokajając moją Jowi. Wyczuwam chęć pomocy ze strony pani Hen i może to nieprofesjonalne, ale myślę sobie po prostu: jakoś to będzie. Przy Jowi u boku, musi jakoś być.

Maksymilian, popiwszy, delikatny kieliszeczek nalewki ,mocną herbatą, popchnął rozmowę, pytaniem:

– Proszę powiedzieć, co pana niepokoiło tak bardzo w relacjach z Franciszkiem Stróżem, że wręcz, jak pan wspomniał, czekał pan na moment, taki jak ten, czyli wizyty organów śledczych?

-Pan tak, proszę ja was, zgrabnie mówi, że aż wstyd tak walić prosto z mostu. Ale musicie wiedzieć, że coś mi od początku nie grało z tymi Stróżami. Mojej też… to znaczy małżonce. Facet jest zbitym psem, a nie chłopem, to od razu widać. Dam przykład, bo zdaje się, o to się rozchodzi. 
Oni tu przyjechali już jako małżeństwo ze stażem i pierwsze co nas zastanowiło, to dwa różne nazwiska. Kto to widział?! Dziś to jasne, że młodzi głupieją, ale dla naszego pokolenia to było dziwactwo raczej, albo jakiś znak…- mówił tajemniczo.

– Jaki znak ma pan na myśli?- wyprzedziłem Maksa.

– No, że coś nie gra między nimi!- sołtys rzucił śmiało, jak czymś zupełnie oczywistym- Weźmy, panie tego to, że dom nie stał na Franka. Ja też, jeśli mam być szczery, proszę ja was, mieszkam w domu po rodzicach małżonki. Ale czy to znaczy, że do końca życia mam być tu nikim? Jestem tu gospodarzem, więc zapisano mi dom i ziemię, to normalne. A, że żonę mam u boku i poważam ją, to wiadomo, że nie zubożeje przy mnie- spojrzał na nas wymownie.

– A dlaczego twierdzi pan, że Franciszek był nikim w swoim domu?- Maks uniósł wzrok znad notatnika.

– Po pierwsze- wyliczał na wielkich palcach-proszę ja ciebie, prawnie, z tego co nam tu opowiadał, dom stoi na jego żonę. On, jest tam tylko zameldowany, a rozdzielność majątkowa została przeprowadzona dawno temu, nie wiem, czy państwo wiecie, proszę ja … Ta kobita niby wiejska baba przy domu, a puść ją do Wrocławia, to zna każdego szychę i to nie taniego. Tak udupiła Franka, że ciągle powtarzał „oby jakoś do śmierci w ciszy i spokoju dobić”. Nie znam się na tych przepisach, ale nieraz Franek mówił, że nic nie ma, że gołodupiec z niego. A, że serce mu siadało, to był coraz bardziej żałosny gołodupiec, bo bez szans na wzięcie życia, jak to się mówi, w swoje ręce. Zresztą, w naszym wieku człowiek, panie tego, woli znajome zło, niż nieznane dobro…

Po drugie, o każdy ciuch żebrał! Robocze, to sam mu podsuwałem po sobie, albo moja w szmateksach nakupiła, bo żal go było. Za te wszystkie prace, co tu robił, pieniądze brał nieduże, a nie wiem, czy poza tym, co miał na paliwo i co uzbierał sobie na wyjazdy w rodzinne strony, czy ta szelma mu co dawała. Jadł dobrze, nie można było powiedzieć, bo pani Kołodziej słynie z dobrej kuchni. Ale jak jeść ze ściśniętym żołądkiem?

– Tak pan twierdzi? – zapytałem.

– A co, kłamię, panie tego?- spojrzał spod uniesionych brwi.

– Nie, nic z tych rzeczy- mówiłem- ale sam pan widzi jak to nieprawdopodobnie wygląda. Kobieta terroryzuje męża finansowo. Co dziwniejsze, mężczyzna ten, ma emeryturę i dorabia… Czy, pana zdaniem, Franciszek bał się wyłącznie o swój byt materialny, w razie gdyby…

– Gdyby postawił się, panie tego? Ależ skąd!- krzyknął sołtys, co natychmiast zaowocowało pojawieniem się jego żony. Oparła się o , zamknięte przed sekundą drzwi gościnnego pokoju i rzuciła śmiało:

– Ona szantażowała go, że zniknie mu z oczu, razem z córką! Kiedyś powiedział nam, że Kołodziejowa często straszyła, że córka pójdzie za nią wszędzie, jak w dym. Myśmy się nie odzywali, bo cośmy mieli komentować, ale tutaj to każdy wie. Ta Jowita to pępowina nieodcięta i jakaś taka dzidzia piernik, a przecież czwarty krzyżyk na karku. Mówiłeś panom o pieniądzach za ojcowiznę?- zapytała męża, poprawiając podomkę, po wcześniejszym rzuceniu spojrzenia w stronę mojej marynarki.

– A, panie tego, zapomniałbym! Było tak. Franek nareszcie miał szansę się odkuć, gdy zmarli jego rodzice, a stało się to w krótkim czasie, gdy zawinęli się oboje. Oczywiście położyła łapę na nie swoich pieniądzach! Z domu się na krok się nie ruszyła, ale wiedziała po ile tam ziemie i nieruchomości stoją i ile może z tego mieć.

– To znaczy- trafnie wyłuskał Maks- że te pieniądze, także miały trafić do pani Marii?

– No, a jakże! I trafiły! Przeszła samą siebie! Nie tylko są w jej łapach, ale na jej osobistym koncie, na lokacie. Franek tknąć nie mógł, panie tego…

– No, nie do końca- dorzuciła sołtysowa- przecież tej swojej nieślubnej coś dał… mówił przecież…

– A, jasne, jasne! Zapomniałbym najważniejszego!- mówił z entuzjazmem- Wyobraźta sobie chłopy, jak Marię z piekła rodem musiało zeźlić, gdy Franek niedojda, część pieniędzy zachomikował u swojej córki, z nieprawego łoża, jak to mówią panie … Poradziliśmy mu, żeby ona ulokowała te pieniądze w nieruchomość jakąś, najlepiej w dom, w chodliwej okolicy.

– Czy tak się, istotnie, stało?

– Tak, panieeee, przepraszam, jak godność?- pan Szambeliński posłał znienacka uprzejmość w stronę mojego kolegi.

– Maksymilian Nać.

– Ach, to tak was teraz w mieście nazywają!- zażartował sołtys i na szczęście wrócił do sprawy. – A więc, tak, panie tego, Marta, córka, no ja wiem, z grzechu jakby, no ten, poczyniona- mówił, nagle tracąc fortunność narracji- ale córka, tak czy nie?!

Skłoniliśmy głowami na znak aprobaty. To zrozumiałe i chronione prawem, by dziecko spoza związku małżeńskiego, było pełnoprawnym spadkobiercą rodzica. Nie mieliśmy wątpliwości co do tego.

– No to: dom, w którym doszło do tej tragedii, to właśnie dom zakupiony przez córkę Franka za pieniądze od niego! Ten biedak- skłonił głowę, gdy słowa, zapewne, wywołały jakieś nieprzyjemne obrazy i mówił gorzko- wierzył, że zacznie wszystko od nowa.

– Co znaczy „od nowa”?- zareagowałem szybko.

-Ano, że – przechwyciła wątek sołtysowa- żonusia, jak zobaczy, że on ma cos swojego, to trochę się otrząśnie w zapalczywości. On mówił tu u nas, że chciał, żeby Maria zobaczyła, że Marta stoi za nim murem, że jego też ktoś chce chronić i jemu wierzyć. Jakoś tak.

– Rozumiem- snułem swój proces myślowy- wiec nie chodziło tylko o pieniądze?

– No jasne, że nie!- odbiła sołtysowa- Franek nie był tak zawzięty na grosz jak jego żona, ale chciał mieć rodzinę i to była jego waluta, można by rzec. Ta małpa, nie uwłaczając, nastawiła te swoją cudaczna córeczkę, przeciw niemu. Traktowały go gorzej jak służącego: napal, zajmij się podwórkiem, obejściem i spieprzaj. Kto to widział- biadoliła- taki poczciwy chłop!

– Po tym, jak żoneczka Franka doliczyła się, panie tego, że Franek za ziemię wziął więcej niż jej wlano na konto, wyprowadziła go na amen od siebie, do pokoiku przy kuchni. My tu zawsze sobie mówili między sobą z moją- zażartował sołtys, szukając uśmiechu na twarzy żony, nadal wspartej o drzwi- że Franio to, albo taki dobry, albo taki głupi jest. Inny to by poszedł w pieruny od takiej i nigdy grosza jej nie dał, a ten jak ciele na rzeź, dosłownie. Bo do dziś, panie tego, pojąć nie mogę, po co jej te pieniądze oddał z ojcowizny… I po co z nią siedział.

– Także, jak mój mąż już mówił, pani Kołodziejowa, to może nie wygląda, ale jest bogaczka. I oczytana jak pierun, dlatego nosa zadziera do innych bab na wsi. Chodzę na kawę tu i ówdzie, to wiem co myślą inni- doniosła, nie bez satysfakcji, pani Szambelińska.

– Musicie wiedzieć, panie tego, że nikt tu Franka nie potępia za nieślubną córkę. Chcieliśmy mu pomóc, bo planował zbratać Jowitę z Martą. Franek- zadrwił delikatnie Szambeliński- wierzył, że stworzy sielankę i przynajmniej z córkami, będzie jakoś po ludzku. Zdążył jedynie powiedzieć żonie, że Marta bierze go do siebie, skoro jego obecność w domu nie jest mile widziana… ale zaraz potem to się stało.

– Znaczy co?- wyjąkał Maks.

– No, znaleźli tę powieszoną biedaczkę, Martę, panie tego… 
Jak tu nie…

– Niech pan dokończy- zachęciłem.

– Jak tu nie snuć domysłów?!- rzuciła sołtysowa- Przecież, co Franek robił przeciw żonie, zaraz się na nim odbijało! To była gra. Wet za wet. Myśli pan, że skąd ta nagła śmierć Franka?! Niepotrzebna była!- podniosła głos w emocjach- on podupadł na serce przez nie, przez te chorą sytuację z nimi dwiema w domu!

-Jak to mówią- dorzucił Szambelińśki- traumatyczne relacje z żoną i córką, panie tego, wykończyły chłopa. Zrobiły mu obóz przetrwania, a ta Maryjka jego, pożal się… panie tego, jak tylko coś nie po jej myśli, to pach go między żebra!

– O czym pan mówi?- zdumiałem się.

– No, raz, że z tymi pieniędzmi go rolowała, wszystko chciała mieć w swoich rękach, to jeszcze nie pozwalała mu z córką się spotykać, tą biedaczką, nieboszczką …panie… Miał jej spłacać dług za ten romans, co dawno i nieprawda…

– Trochę jednak prawda- zażartowałem- dowód romansu żył czterdzieści lat…

Sołtysostwo zmilczało.

– Ale czemu się jej tak ślepo słuchał? Niech pan wybaczy- wtrąciłem- ale ciężko mi uwierzyć w to, że mężczyzna tak boi się kobiety, że nie walczy, najpierw o owoc swojej małżeńskiej miłości, to jest Jowitę, a potem, co? Odpuszcza kontakt z córką, która sprowadziła się tuż koło niego?

– Ano- odezwał się niepewnie- On tak nie do końca się słuchał. I tak jeździł do niej, pomagał jej, nawet ze mną tam jeździł. Ale nie miał odwagi rozmawiać z nią za wiele już potem. Czuło się, że ucieka, biedaczysko, bo ma zakaz… Zresztą, mnie zabierał celowo, żeby Marta się krępowała go dopytywać. Serce mu pękało, że nie wie jak wybrnąć z tej matni.

– No ale co mu groziło?- dociekałem.

– Kołodziejowa- żachnęła się sołtysowa- miała mu zagrozić, że zniknie. Nie tylko ona, ale też Jowita i zabiorą mu wszystko. On czuł się winny, dlatego dawał się wodzić za nos. Gadał tu nieraz, że płaci za swoje grzechy, ale że należy walczyć o rodzinę i on to zniesie. Jednak na dwie strony go ciągnęło. Nie umiał Marty zostawić. Gdy podejmował próby wyjaśnienia Marcie wszystkiego, żonka zwęszyła sprawę.

– To znaczy?- spojrzałem wymownie.

No, napisał list do córki, że Maria go szantażuje, że grozi i, że on już nie ma sił. Zaproponował zmianę planu działania. Bał się przeprowadzić do Marty i prosił o więcej czasu, by oswoić z tą decyzją żonę i córkę. Kołodziejowa przechwyciła korespondencję. Nigdy nie dowiedział się, co odpisała mu córka. 
Potem, jak wieta, było już tylko gorzej… aż w końcu, organizując pogrzeb swojemu dziecku, czego nikt w życiu przechodzić nie powinien, dowiedział się, że cały spadek po Marcie, od mebli po dziadkach, po każdy głupi świstek i prawa do jej obrazów, przypadło Marii, jego żonie. Znaczy Kołodziejowej.

– To go zabiło- to mówiąc, wbiła w nas swoje ciemne tęczówki. Po czym, pokiwała głową i wyszła, chcąc ukryć napływające do oczu, łzy.

– Proszę nam powiedzieć- zwrócił się do pana Janusza, Maksymilian- czy potrafi sobie pan wyobrazić, że Marta Tabiś, to jest Stróź, miałaby jakiś powód, by zapisać Marii Kołodziej wszystko co miała, w testamencie?

Sołtys posmutniał i spojrzał najpierw na mnie, potem na Maksymiliana.

– Nie, panowie… Nie uwierzę nigdy w to, że córka Franka, zostawiła wszystko jego żonie. Nic mi się tu nie klei, panie tego, nic! No bo, dlaczego, panie… Niby dlaczego?

– Dobre pytanie!- pochwaliłem go- Najważniejsze wręcz! Czym miałaby być powodowana taka decyzja…? Takiej odpowiedzi poszukiwalibyśmy właśnie!

– Czy pan Stróż- zwrócił się do sołtysa, mój zamyślony kolega- opowiadał może panu o tym, żeby, rzekomo, jego żona spotykała się z Martą?

No, tośmy zaskoczyli pana Szambelińskiego- pomyślałem, patrząc na pąsowy kolor, który zalał mu twarz, po sam kołnierzyk koszuli.

– Panie Januszu?- zaniepokoił się Nać- dobrze się pan czuje?

– Nie, niedobrze- burknął, czerwony po same uszy- Nie wiem co mam powiedzieć. Bo, czy obietnice złożone przyjacielowi, przestają nimi być, gdy on się odmelduje? – zapytał zmieszany.

– Bardzo pana proszę, jeśli wie pan coś, co mogłoby pomóc nie tylko Marcie, ale i Franciszkowi…

– Panie Maksymilian- rzekł sołtys- co może pomóc zmarłemu?

– Chodzi o prawdę, która należy się każdemu- mówił Maks- martwym zwraca honor, żywym dodaje otuchy.

– Otuchy?

– No tak, że istnieje sprawiedliwość. Niech pan powie, czy pani Kołodziej widywała Martę?

– Widywała, niech mi będzie odpuszczone… obiecałem nie mówić.

– Komu pan obiecał?

– Franek zarzekał się swojej bezlitosnej Marii, że nikt nigdy nie dowie się, a zwłaszcza Jowita, że ona widywała się z Martą, za plecami swojej córki. Jemu obiecałem, jasna rzecz, panie…

– Czemu bał się pan, że zjawi się policja?- wtrąciłem się, co zbiło ich obu z tropu.

– No bo, panie… bał się tego sam Franek. Mówił to i owo, więc sami, wspierając go, zaczęliśmy się obawiać, że faktycznie to się dobrze nie skończy.

– Ale co ma pan na myśli?

– Aj, bo Franek naiwny, jak mówiłem i chyba głupi pospołu był. Ciągle myślał, że uda mu się żonie do rozsądku dotrzeć. Chciał jej pokazać, że jest coś wart i głupotę zrobił.

– Powie nam pan?- zaryzykowałem, rzucając prosto z mostu.

-Ale chłopaki, panie tego, gęby na kłódkę!- sołtys wyartykułował dość głośno, czym znów przywołał żonę.

Kiwnęliśmy głowami.

– Kiedyś złapał fuchę, nie lada gratkę, panie tego. Marta mu załatwiła. We Wrocławiu, w Synagodze Pod Białym Bocianem, trzeba było pomóc coś przy oknach. Wymieniali na nowsze, ale styl, panie tego, życzyli sobie taki sam i coś tam im nie grało, a Franek zna się na różnych takich… 
To było wtedy, jak jego stara, to znaczy Kołodziejowa, dała mu do zrozumienia, że wie co knuje z Martą i, że po jej trupie się z domu wyprowadzi… No i chłop zdurniał. Postanowił wyjechać w rodzinne strony, uciec od niej, a nie miał grosza. Zwinął z synagogi świecznik złoty jak, panie tego… sam Watykan! Chciał go sprzedać kolekcjonerom jakimś, ale uświadomiliśmy mu, że złapią go, że dzisiaj, z tego, co się słyszy w telewizji, to zaraz łapią tych złodziejskich łepków, co na allegrze sprzedają co nakradli wcześniej…

– A co w synagodze? Zgłoszono kradzież? –zapytał Maks.

– Tak, coś było, panie tego, ale Franka nikt nie wziął pod uwagę nawet. Naprawiał okna na wysokości, to po pierwsze, zszedł tylko raz, w dobrym momencie, a, że z góry lepiej widać…wiedział licho, kiedy zejść niezauważony. Schował świecznik na kilku metrach wysokości, obok siebie, w skrzynce z narzędziami, które sprytnie przeniósł do auta luzem, pod nieuwagę pojawiających się, od czasu do czasu, Żydków. Dwa, że z polecenia był człowiek… upiekło mu się i jak to się mówi, raz jeden opłaciło mu się bycie uczciwym całe życie.

– Czyli?

– Nikt go nie podejrzewał, panie tego! Pytali go tylko, czy kogoś podejrzanego nie widział i wina poszła na zarządcę, że podczas remontu nie zabezpieczył wszystkiego wystarczająco. Tylko, morda, za przeproszeniem, panie tego, w kubeł, chłopy! –zabezpieczał się, zmieszany, zapewne tym, że tajna opowieść wyleciała z niego lekko, na wydechu.

Nie ma obietnic, nie do złamania… Sołtysostwo, jak wyczułem, lubi styl sensacyjny. Zacząłem się zastanawiać, jak stary musiałby być ten świecznik, by móc sprzedać go za równowartość domku i ziemi. Nie znam się na tym, uciąłem więc rozmyślania. Trzeba sprawdzić.

– Ma się rozumieć- powiedziałem, żeby go nie spłoszyć. -Mówi pan, że pański przyjaciel, chciał wyjechać w swoje rodzinne strony, pod Zieloną Górę, tak?

– Tak, miał tam na oku domek. To był, zdaje się, domek po jego prawdziwej matce, nie wiem, czy znacie, panie tego, tę historię…

– Znamy- potwierdziliśmy chórem.

– Tak dokładnie, to domek był nowy, ale na starych fundamentach zbudowany. Franek mówił nieraz, co sobie tam przebuduje, by mu przywrócić dawną postać… panie tego….- mówiąc to, rozpłakał się, nie do przyjęcia.

– I żeby było jasne!- wyłkał głośno, gładzony przez swoją żonę po plecach- nie pochwalamy tej kradzieży, ale gdybyśta wiedzieli co on biedak przechodził…

-To jasne dla nas- podsumowałem- czy wiecie gdzie jest świecznik?

Spojrzeli na siebie. Sołtysowa czytała coś z oczu męża. Zmarszczyła brwi, jakby przekaz był nieczytelny do końca. Wreszcie pan Janusz wstał, chwycił żonę za rękę a drugą machnął na nas.

– Chodź ta za mną!