Moja cudowna mama. Zawsze mogę na niej polegać. Dlaczego tak uważam? Bo jest niewzruszona, opanowana, mądra i wrażliwa. Powtarzam to sobie w myślach, leżąc na łóżku, jak kawałek padliny. Czuję swój dziwny oddech i zapach zestresowanego ciała. Żeby dać upust wewnętrznej rozmowie; każdą, wyliczaną cechę mamy, pokazuję sobie na palcach dłoni, którą przysłaniam oczy:

Niewzruszona, opanowana, mądra i wrażliwa. I jeszcze raz… Niewzruszona…

Pamiętaj, Jowi! Twoja mama jest właśnie taka! Podali jej coś, na bank!!! Pieprzone konowały! I tak pewnie się nie przyznają!!!

Słyszałam, że leki potrafią zmieniać osobowość. Świętoszkowata babcia koleżanki, po heparynie, czymkolwiek ta jest, podobno klęła w szpitalu jak szewc.
Moja mama nie jest oschła i nerwowa, to nie ona! Mam na to tysiące przykładów, setki osobistych z nią doświadczeń. To spokój ducha, ciepłe dłonie i zimna …hmmm… no tak, cholernie zima krew! Zawsze była właśnie taka. Potrafiła powściągać wybuchy, które ja, dla odmiany, noszę wypisane na twarzy. Swoją drogą: jak to zrobić? Jak powstrzymać łzy bólu, zawodu miłosnego, samotności? Nigdy nie wydusiłam tego z mamy.

Dlaczego miałabym uwierzyć nagle, kilkudziesięciu minutom przesłuchania, skoro znam ją całe swoje życie? Zarzuty to tylko słowa. A słowa oparte są na domysłach. Spokojnie. Tylko spokojnie. Zwłaszcza, że wszystko, jak mówi prawnik, jest po jej stronie- z punktu widzenia prawa i okoliczności łagodzących.

Po pierwsze: stan zdrowia i przyjmowane leki. Jak najbardziej, oba te czynniki mogły wpłynąć na samopoczucie mamy, a także jej sposób odbierania rzeczywistości i ogólny stan psychiczny.

Po drugie: śmierć męża, który od lat nie ułatwiał jej codzienności, coraz to nowymi „rewelacjami”, mającymi wpływ na ich małżeńskie relacje. „Każdy głupi usprawiedliwiłby tę biedną kobietę.” Prawnik ma rację. Przecież ostatnie miesiące, były dla mamy, jak nieraz sugerowała- jako żony, bardzo stresujące. A co dopiero jej wcześniejsze życie u boku ojca, z którego zagadki wyskakiwały, jak króliki z cylindra magików?!

Po trzecie: ja. Zawsze przychodzę po wsparcie. Czy kiedykolwiek przyszłam, dla odmiany, ze wsparciem do mamy? Z pretensjami, że nie jest zła na ojca, owszem! Chciałam wymusić na niej wściekłość, która, do dziś, wydaje mi się naturalna w takiej sytuacji. A ona przytkała mnie opowiastką o tym, jak przytuliła ojca, gdy wspomniał o śmierci Wydmuszki. Zresztą, czy to raz, zasłoniła się przede mną, zasłoną „przejścia do porządku nad sprawą”? Sposób mamy na wszystko to: koniec rozmowy i minimum widocznych emocji, akurat wtedy, gdy wszystko się o nie prosi. 
Ledwie sobie z tym radzę, tak naprawdę. Przy mamie, czuję się, jak słaby, emocjonalnie rozbestwiony twór.

Odkąd potrafiłam to nazwać, mówiłam sobie, że mama panuje nad uczuciami.
Wręcz włada. Tak. Mama jest siłą. Tak było zawsze w mojej głowie, w najwcześniejszych, dziecięcych przekonaniach. To tata czasem wybuchał. Jak choćby wtedy, gdy podobno walnął doktorkowi…

Teraz myślę… Ile razy pomyliłam jej zduszone żywcem emocje ze zrównoważaniem? Przecież mama jest czuła i głęboka. Jeśli taka jest rzeczywiście, zatajenie tak potężnej sfery jaką jest czułość, graniczy z cudem. A ona jest bardzo tkliwa. Tak sądziłam. Tfu ! Tak sądzę…

Tylko… 
No właśnie, co chwilę jakieś „ale”, po którym, do cholery, tylko ona mogłaby dopisać coś, co niesie za sobą wyjaśnienia. Choćby w temacie…

Skąd ma na niego pieniądze i kiedy zdołała go zatrudnić? Tak szybko? 
On przyjechał raczej jakby, na wcześniej, umówiony znak. Ba! Wtajemniczony po uszy w jej sprawy! Do jasnej… nie zdążyłaby podpisać tylu pełnomocnictw dla niego, leżąc pod kroplówkami! Byłam tu przecież!

Dlaczego prawnik wciąż mówi: „da się usprawiedliwić mamę, wyjaśnić jej stan, podciągnąć pod…”?

Odcięła się ode mnie. Rozumiem, że chciała uciec od Maksymiliana i Aurelego, ale dlaczego ode mnie? 
Mamo?! Naprawdę nie zasłużyłam na kapkę wyjaśnień, albo chociaż na dwa słowa, które wyciszyłyby moje obawy i niedopowiedzenia? Jednego jestem pewna! Musisz podejrzewać co się teraz we mnie dzieje. Zawsze wyczuwałaś mnie doskonale. Wiesz więc, że katuję się milionem scenariuszy, które rodzą się w mojej głowie. Nie robisz nic, by choć trochę mi ulżyć!!! Przy obcym człowieku, przy tym śledczym, wyrzuciłaś mnie z sali jak psa! Mamo?!

Jestem jak pieprzona zebra. Noszę naprzemiennie żal i wściekłość, gdy myślę o tobie!

Dlaczego pozwalasz im wszystkim sądzić, że jesteś tyranką, która trzymała od początku wszystko w swoich rękach? Nie próbujesz obronić się łagodną prawdą dojrzałej kobiety, którą spodziewałam się usłyszeć. Ale, litości! Ukrywasz się za murem papierów i praw, wysuwając nawet na rozmowy ze mną, tego wymuskanego prawnika?!

Chronisz coś, co próbujemy ci zabrać. Prawda jest taka, że nie mamy pojęcia czym to jest. Przecież nie mogłabyś zabić mojej siostry, nie opuszczając niemal domu. W to nigdy nie uwierzę. Nawet gdybyś się czegoś naćpała, nie wychodziłaś na wieś na dłużej, niż było to konieczne. Tego akurat jestem pewna.

Poza tym, dziwię się, że tak myślę, ale cieszę się, że z opowieści Tamary przebijała pewność, że Marta targnęła się na siebie własnoręcznie, załamana czymś. To bezsensownie głupie, ale podnosi mnie na duchu fakt, że nie ma podejrzeń, że ktoś bezpośrednio, to jest- cieleśnie pomógł jej umrzeć.

Inna rzecz, jak mówi Aureli, to motywy psychiczne i głębokie emocje pod wpływem czegoś lub kogoś…

A na tym polu, mamuś, mam okazję obserwować twoje poczynania.

Rozwaliłaś mnie psychicznie.

Nie umiem nawet sprecyzować czym dokładnie mi zaszkodziłaś. 
Tak, mamo. Nawet Aureli nie wie, co ukrywasz. Podejrzewają, że miałaś związek ze śmiercią Marty… Tyle powiedział mi z ręką na sercu. Nie mają żadnego dowodu, ani świadka, ale wszystkie drogi śledcze prowadzą do ciebie, jak do pieprzonego Rzymu!!!

Czemu nie powiedziałaś choćby, że te całe pamiętniki Marty, to dziecięce fantazje? Ja, słysząc je, pomyślałam właśnie w ten sposób. Że mała, osierocona przez matkę dziewczynka, wymyśla sobie, że żona jej ojca, troszczy się o nią. To bardzo prawdopodobne i uwierzyłabym od razu… Dlaczego tak nie powiedziałaś?!

Uratowałabyś mnie tym. 
Ale nie. Do jasnej cholery, zareagowałaś nerwowo, jak suka chroniąca swoich małych! Z zębami na wierzchu i wściekła. Załatwiłaś nas.

Nie możemy nic zrobić. Przede wszystkim ja. Nie mogę zmusić cię, byś powiedziała mi prawdę i dała nam szansę, jako rodzinie.

Zostawiłaś mnie, mamo. Dla świętego spokoju, który właśnie otrzymałaś dzięki swojemu prawnikowi. Twój pieprzony spokój, za który wszyscy cię cenią! A za nim: pytanie za pytaniem i bagno za bagnem.
A ty brniesz, jakbyś naprawdę chciała być jak najdalej ode mnie!

Zachowujesz się tak, jakby prawne i fizyczne odosobnienie, było twoją kryjówką, której, gdy próbujemy przekroczyć, zaczynasz bronić ponad siłę i ponad więź ze mną. Przed czym się chowasz?

– Jowi, śpisz kochana?

– Leżę z zamkniętymi oczami- odpowiedziałam- rozmawiam z mamą… to jest yyy, w myślach- wysłowiłam się ledwie.

– Wiesz jak bardzo ci współczuję, prawda?- zapytał.

Ciepły, owocowy oddech Aurelego, położył mi się gdzieś na ramieniu. Ludzie, jak dobrze, że on tu jest! Pytanie, jak długo. Powinnam zadzwonić do Majki, ale obawiam się, że dostanie zawału po kolejnej rewelacji ode mnie.

– Musimy porozmawiać- Aureli szepnął mi w kark- ale poczekam ile będzie trzeba- uspokajał.

– O co chodzi?- zapytałam, odwracając się do niego twarzą.

Pokój, który przygotowała mi Tamara, był najpiękniejszym pokojem jaki widziałam! Dopiero teraz, okręcając się na łóżku w stronę Aurelego, wokół własnej osi, zobaczyłam jak cudnie tu jest. Kochana Tamara, nie pytając o nic, przywitała mnie z kluczykiem w dłoni.

„Czeka na ciebie pokój na piętrze. Zaraz obok masz łazienkę.”- powiedziała ciepło i przytuliła mnie, wsuwając kluczyk do pokoju w moją roztrzęsioną dłoń.

Wspomnienie ciepłych oczu Tamary i ten słodkizapach Aurelego, ośmieliły mnie.

– Mów już teraz- powiedziałam dziarsko i usiadłam na łóżku.

Aurelian, jak na człowieka-który nie potrafił powiedzieć, kiedy kończy się jego służba, a zaczynają sprawy prywatne-przystało, zdążył w sekundę uciec przed czułością i usiąść na krześle. 
Zasmuciła mnie ta odległość między nami, ale i uspokoiła. Nie chciałabym teraz wybuchu romansu. Podejrzewam, że zmieszałby się z tą mamałygą emocji, które zgotował mi tata, Wydmuszka, Marta i mama.

To nie jest smaczna mieszanka. 
Co prawda, powoli zaczynam uśmiechać się do moich sfiksowanych korzeni. Do buntu Wydmuszki i jej babci, do siły kobiet, które pragnęły stworzyć swoją religię. Gdybym, w czterdziestym roku życia, dowiedziała się wyłącznie o tej tajemnicy, nosiłabym głowę wysoko i być może, od tego zaczęłabym pojednanie z ojcem. 
Ale… była też Marta, która od dziecka pisała w swoich pamiętnikach o mojej mamie. Opisywała ją ciepło. W tym akurat nie różniła się od większości znanych mi ludzi, którzy mieli okazję skrzyżować swoje losy z Marią Kołodziej. Mama wyzwala ogromne pokłady zaufania i empatii. Jednak dopiero teraz widzę, jak niewiele przy tym daje z siebie. Używa niewielu słów, wykonuje niewiele gestów. Jest w sobie samej, schowana. Może to właśnie milczenie sprawia, że ma się wrażenie, że ona potrafi słuchać jak nikt?

Przecież, gdy przemówiła, zmuszona do tego na przesłuchaniu, obudziła się w niej złość, o której istnieniu nie wiedziałam. Czy aż tak konsekwentnie schodziłam mamie z drogi, że nigdy nie zobaczyłam jej takiej? Czy to możliwe? Może ktoś inny widywał ją w takim stanie. Tata?

Zawsze chyliłam czoła przed jej jednostajnością. Wstyd mi było, gdy podkreślała moją gadatliwość w żartach. Przy niej, jestem jak aktywny wulkan. Nie ważę słów, bo wiecznie ze mnie ciekną w nadmiarze. 
Z drugiej strony, nie przeszkadzało jej to. Wiedziałam, że mogę mówić wszystko, a mama po prostu przyjmie to i doradzi, ostrzeże, albo po prostu wysłucha. No, może poza tymi chwilami, kiedy rodzice ścierali się ze sobą. Wtedy byłam całkiem sama i otaczałam się jedzeniem, bo głód rodził się wraz z napięciem w domu. 
A właśnie… Dlaczego od maleńkości, byłam przekonana, że wszystko to wina taty? Czy na pewno sama doszłam do takiego wniosku?

Kombinujesz Jowi. Obyś nie przekombinowała w tej samoanalizie.

Wiedziałam, że mama nie popiera mojego związku z doktorkiem, ale miałam też pewność, że nie zareaguje na niego gwałtownie. Więc jak to jest?

Jeśli naciskała na ojca, jak twierdzi Maksymilian, dlaczego nie naciskała na mnie?
O jeny, mamo, obym kiedyś musiała cię za te domysły przeprosić…

– Jowi?- Aureli wyrwał mnie z mojej głowy.

– Jestem, tak…- odpowiedziałam, jakby zza ściany dymu.

– Muszę od razu przejść do rzeczy, zanim zapadniesz się gdzieś znowu- powiedział i sięgnął do swojej teczki, wsuniętej pod krzesło.

Pokój zachwycał mnie swoją otuliną ciepła. Był jak wnętrze Tamary. Zanim Aureli zaczął mówić, pomyślałam o niej znowu. Czy sposób, w jaki mnie przyjęła po przesłuchaniu mamy, dowodził tego, że wiedziała, do czego mogło dojść? Nie zapytała o mamę. Za to mną zajęła się, jak sierotą. Nie tylko sierotą bez ojca, ale było w tym coś więcej, głębiej, jakby wiedziała co zaszło w szpitalu.

Nie wiem, czy nie tracę zmysłów, wpadając z nagła na kolejne tropy, jak choćby przekonanie, że Tamara wie co zaszło. Ja zapytałabym, jak czuje się mama. W końcu to ona zasłabła w kuchni, będąc gościem Tamary… Zdecydowanie, powinna zapytać o mamę. Musi więc coś wiedzieć. Pytanie co i dlaczego nic nie mówi. Wszyscy każą mi odpoczywać. Jest to jednak porada w stylu dzisiejszych lekarzy, którzy wszystkim zalecają mniej stresu, wiedząc, że żyjemy w, najprawdopodobniej, najbardziej stresującym okresie historii. Pomijając wojnę.

– Maksymilian rozmawiał z sołtysem Kowalówki- referował Aureli, nie podnosząc wzroku znad pliku dokumentów trzymanych, mam wrażenie, celowo, by zasłaniać oczy.

– No i?

– Nie jest dobrze, Jowi. Nie zrozum mnie źle- wtrącił nerwowo- niczego to nie zmienia w sprawie twojej nietykalnej mamy, ale…. Bo widzisz- wziął oddech- sołtys zeznał, że twój tata wielokrotnie zwierzał się mu z tego, że chciałby zespolić swoją rodzinę i naprawić Marcie dawne krzywdy.

– Więc dlaczego tego nie zrobił?- pytałam.

– Podobno, zaznaczam, podobno, bał się twojej mamy.

– Bzdura! Czego się bał?!- pytałam, czując jak zalewa mnie gorąca fala mojej własnej, wzburzonej krwi. Dobre sobie… tego jeszcze nie grali: „kobieta mnie bije”, skąd ja to znam…

– Jowi, sołtys zeznał, że mama wielokrotnie szantażowała twojego tatę- Aureli mruczał pod nosem, chowając się za papierzyskami.

– Czym? Czym niby?!- cisnęłam.

– Chciała kontrolować jego kontakty z Martą i jej obecność w waszym życiu- mówił na wdechu- nie zakładam, że to prawda, ale chciałem żebyś wiedziała. Mama straszyła twojego tatę, że odejdzie i odetnie ciebie od niego, udowadniając mu zdradę.

– Powiedz mi Aurelianie- popatrzyłam w jego stronę, wymuszając, by popatrzył na mnie- czy w swojej pracy, spotkałeś się z czymś podobnym? Z podobnym przypadkiem?

– Co masz na myśli?

– Pytam, czy to możliwe, żebym żyjąc z rodzicami, tak bardzo była ślepa i głucha?

– To zawsze jest możliwe Jowi, bo to nie tobie zależało na kontrolowaniu sytuacji, ale jeśli już, to ty byłaś kontrolowana- powiedział spokojnie. – Jeśli twoja mama o wszystkim wiedziała i potrafiła, jak domyślam się, utwierdzać cię w przekonaniu, że jest inaczej, to znaczy, że jakieś kawałki tej układanki zaczynają do siebie pasować….

– No wiesz- wtrąciłam- ona nigdy nie mówiła tak całkiem wprost. Może raz, opowiadając mi historię Wydmuszki, wspomniała, że miała nadzieję, że tata nie ma kontaktów fizycznych z mamą Marty. Ale- zamyśliłam się- robiła to tak, że nie czułam fałszu, ani braku w tych opowieściach.

– No tak- uśmiechnął się Aureli- przecież o to właśnie chodziło. Poza tym- dodał- byłaś ufna. Wszystko mi się układa…

– Nie do końca- zaczęłam, a woda polała mi się wzdłuż policzków. – Wiesz, znam tylko ojca migającego mi przed oczami! Wycofanego do swoich kilku światów. Nie uczestniczyłam zbyt intensywnie w żadnej z jego spraw. Mama mówiła, że tata nie chce, by z nim wyjeżdżać do dziadków! Rozumiesz? Że nie chce! Zanotowałam to w głowie. Podobnie było z pomaganiem ludziom na wsi w ich problemach, które to zabierały ojcu sporo czasu, zwłaszcza ostatnio. Ale to prawda, że mama zachowywała się tak, jakby tylko czekała, by tata zszedł jej z drogi i nigdy nie walczyła o to, by wtopić się w jego sprawki bardziej niż okazjonalnie, na chwilkę, do śniadaniowej rozmowy. Rozumiałam to, bo uważałam, że ojciec ją krzywdzi! Ja sama, postępowałam z nim podobnie. Oceń to jak chcesz. Przyjęłam jej punkt widzenia i sposób działania za swój. Bardzo możliwe. Ale moje łzy dziś niczego nie wyjaśnią, niczego, cholera!

Wydawało mi się, że kto jak kto, ale mama na pewno wie najlepiej jak należy rozumieć tatę. Uznałam, że tylko ona ma wiarygodną mapę jego serca i wie jak należy się z nią poruszać. Zresztą z tą mapą, to jej słowa. Być może brałam jej osądy za swoje. A możliwe, że jestem po prostu kretynką, której nie chciało się stworzyć własnych więzi z ojcem? Uwierzyłam w to, w co chciałam uwierzyć, że mama jest wyrocznią, jedynym dobrym głosem. Marta przynajmniej walczyła o ojca… A on, no właśnie… czy na pewno nie chciał, czy po prostu, nie mógł się do niej zbliżyć?

– Jak myślisz, dlaczego na mnie nie naciskała? Mam pewność, że moje życiowe wybory drażniły ją! – zapytałam.

– Kto? Twoja mama?- pytał współczująco.

– No. Jak myślisz, dlaczego nie wpadłam na to, że ojciec jest w jej rękach, dlaczego nie zauważyłam nic? Działo się tak, bo mnie nie cisnęła.

-Może nie musiała- odpowiedział- może nigdy nie przekraczałaś tej granicy, którą przekroczył zapewne i tata, i Marta. Powiedz- dorzucił nieśmiało- jak mama tłumaczyła ci zachowania ojca? Mam na myśli jego znikanie z domu, nie tylko wyjazdy, ale sposób życia, na co dzień?

Czułam jak migrena bierze wiertarkę i zaczyna mi robić coraz cieńsze dziurki w prawej skroni. Nagle w pokoju pojawiło za dużo ostrego światła i poczułam się tak, jakbym założyła na siebie drugą skórę, przemarzniętą i pełną gęsiej skórki.

– Skąd, do cholery, mam tak nagle mieć w sobie inne spojrzenie na swoją mamę?! A może ja nie chcę tego w ogóle?! Pomyślałeś o tym?!- krzyknęłam przez płacz- Aureli, ona po prostu mówiła, a ja po prostu ufałam, to jest ufam… Przecież to normalne?! – łkałam, szukając potwierdzenia w jego oczach. – Nie umiem sobie tak na zawołanie przypomnieć…

– Wiem Jowi, rozumiem- powiedział i przechylił się w moją stronę, trzymając nadal bezpieczną odległość, pana prokuratora, siedzącego vis a vis. –Może zacznijmy inaczej- uspokajał- czy pamiętasz może, tak zupełnie zwyczajnie, bez podtekstów pytam, czy pamiętasz jakąś niedawną sytuację, w której mama zaskoczyła cię sposobem myślenia, zachowaniem… i nie mam tu na myśli przesłuchania?

Zamyśliłam się. Wystrzeliło. Nagle i wbrew mnie samej. Mówią, że czas jest przyjacielem prawdy. Tym razem okazał się nim Aureli i jego kojące podejście.

– Jest!- krzyknęłam, ganiąc siebie za ten wybuch, no właśnie… radości? Sama siebie próbowałam zapytać w ułamku chwili, dlaczego ucieszyłam się z tego, że znalazłam coś niepokojącego w swojej mamie.

– Co takiego?- aksamitnie pytał mnie Aureli i wiedziałam, że nie jest już prokuratorem. Już nie. Czułam, że uważa na mnie, zabezpiecza mnie wszelkimi środkami, tak, jak matka, która przewiduje niebezpieczeństwa czyhające na dziecko. Co za porównanie… naprawdę prawdziwe? Mamo?

W każdym razie, Aureli jest zawsze o jedną emocje przede mną. Spokojny, na wypadek, gdyby trzeba było mnie wyciszyć.

– Bo wiesz- mówiłam w emocjach- przypomniało mi się na przykład to: rozmawiamy sobie z mamą, nagle ona z całą pewnością stwierdza coś, co mnie zbija z tropu.

– Co takiego?

– Ano, że jest pewna, że ojciec mówił o Marcie na wsi, to jest, że wszyscy, poza nami dwiema, wiedzą, że on ma córkę, którą odwiedzał, a która potem zamieszkała w Kowalówce. Rozumiesz? Wszyscy tylko nie my; żona i córka! I mówi to tak, jakby mówiła o podlewaniu kwiatów!

– Jak wtedy zareagowałaś?

– Zwyczajowo. Przyjęłam to, choć zastanowiło mnie, dlaczego Majka nic nie powiedziała. Wydawało mi się niemal pewne, że Majka powinna wiedzieć, skoro na wsi się mówi.

– Powiedziałaś o tych przypuszczeniach mamie?

– Tak, ale zasugerowała mi, że Majkę traktują na wsi jak jej druga córkę, odkąd jej rodzice na stałe wyemigrowali do Izraela.

– Jak to przyjęłaś?

– Jakoś naturalnie. Wydało mi się logiczne. A ty, co sądzisz?

– Nie jest logiczne, Jowi- odrzekł Aureli i złapał mnie za rękę. Spojrzał mi w oczy, co sprawiło, że spadł ze mnie płacz gęsiej skóry. Ciepło wracało. Od czubka głowy, po koniuszki palców stóp.

– Nnniieee?- wyśpiewałam, roztapiając się.

– Nie. Takie rzeczy nie są możliwe do ukrycia, a w małych społecznościach zwłaszcza. Nie żyjecie ba bezludziu. No wiesz: listonosz, sklepowa, sąsiedzi, pomyśl… Moje doświadczenie zawodowe i osobiste- Aureli zatrzymał się, by dobrać słowa- przekonuje mnie do tego, że twoja mama wiedziała o wszystkim, a jedyną osobą, która żyła za kotarą prawdy, byłaś ty.

– Kotara prawdy- odchrząknęłam z ironią- ty jak coś już powiesz, to nie wiem, czy śmiać się, czy stanąć na baczność. Chcesz mi powiedzieć, że niemożliwe było, by mama nie wiedziała o Marcie, a jednocześnie, że tylko ja jedyna nie wiedziałam…? Nie zaprzeczasz sobie właśnie? Mówisz, że to absurd, by nie wiedziały o czymś tylko dwie osoby, a jedna, to już ok.?

– Tak Jowi, to właśnie chciałem ci powiedzieć- zawahał się i ruszył odważnie- mam wrażenie, że przed tobą długa podróż w głąb siebie, Jowi.

– Cooo?- wyrwałam palce spomiędzy ciepłych palców jego dłoni- co ty pleciesz?!- oburzyłam się.

– Posłuchaj- mówił szeptem, próbując chwycić mnie ponownie za rękę, na co nie pozwoliłam- bierzesz pod uwagę fakt, że z jakiegoś powodu, ufałaś tylko mamie, odrzucając wszelkie inne źródła informacji?

– Biorę, to przecież normalne, naturalne i tak być powinno! Mam też Majkę i związki- ekhm- zakaszlałam nerwowo- miałam związki-oświadczyłam.

– No dobrze. A czy umiałabyś oddzielić to, co sama sądziłaś, wcześniej także, na temat ojca- od tego co sądziła o nim twoja mama?

– A czy nie mogłyśmy być jednomyślne?- zapytałam.

Muzyczka komórki zadzwoniła na ratunek mojej zagrożonej sympatii do Aurelego. Podał mi ją płynnym ruchem, nie tracąc swojego zdecydowania i eleganckiego luzu.

– Halo!

– Jowi, tu Maja, chciałam powiedzieć, że wszystko zała…twi…- próbowała zakomunikować.

– Posłuchaj, mam tylko jedno pytanie!- rzuciłam zdecydowanie, wiedząc, że stawiam Majkę na baczność.

– Tak?- odpowiedziała miękko, nie kryjąc lęku.

– Wiedziałaś, że Marta jest moją siostrą?!- pytałam rozkazująco.

Maja milczała.

– Majka- powtórzyłam- wiedziałaś, że moja mama wie o Marcie?

– Co też przychodzi ci do głowy, Jowi…? – wyjęczała niepewnie.

– Powiedz mi to głośno i wyraźnie- rzuciłam komendę.

Głusza dochodząca do mnie z wnętrza domu Cwajgów, dosięgała mnie nawet przez telefon i zwykle leczyła z rozdrażnienia. Teraz zadziałała odwrotnie.

– Maja!- wrzasnęłam, co Aurelego wyleczyło z chęci uściśnięcia mojej dłoni- Jeśli masz jakikolwiek szacunek do naszej przyjaźni, gadaj!- naciskałam.

– Wiedziałam o wszystkim, Jowi. Twoja mama prosiła, zagroziła… Wybacz mi.

Jasne, najlepiej rozryczeć się i wyłączyć. Pieprzona poetka! Nie daruję jej tego!- krzyczałam, chodząc nerwowo po pokoju. Nie pomagały łagodne pejzaże Marty, porozwieszane na ścianach mojego pokoiku.

Aureli podszedł znienacka i przytulił mnie. Bardzo mocno.

– Przykro mi- powiedział wprost do mojego lewego ucha.
Nie umiał widocznie wyjść ze swojej oficjalnej roli, bo zapytał w powietrze, na pewno niecelowo ubierając bieg swoich myśli w wypowiedziane słowa: „Ale skąd miała pieniądze na tak drogiego prawnika i kiedy go zatrudniła…”

Nie zdziwiło mnie to. Mnie samej wszystko już wycieka z głowy. Do tego, wyczuwam u siebie dwa, następujące po sobie bez końca, bieguny emocji. Nie wiem, czy bardziej tęsknię za mamą, czy jestem na nią wściekła.

No nic. Jestem tu i teraz. Tu i teraz, Jowi! Ramiona Aurelego są oazą bezpieczeństwa i jak na tę chwilę, wystarczą. Zorientowałam się, że mam tylko jego. No, może też Tamarę. Może.

Już chyba nigdy niczego nie będę już pewna…