– Halo, Majka! Jesteś?- krzyknęłam do słuchawki , niemal tak głośno, jak wrzeszczało we mnie napięcie.

– No jestem, jestem- Maja zareagowała gdzieś zza snu.- Spałam jeszcze. Siedziałam do późna- tłumaczyła się i uspokajała, próbując powracać do realnego świata. Co tam?- zapytała, tłumiąc ziewanie.

– Musiałam do kogoś zadzwonić, a Aureli jest teraz bardzo zajęty- rzuciłam zupełnie naturalnie, co Maja wychwyciła w mig, dając kolejny, niezaplanowany dowód naszej przyjaźni.

– Cieszę się, kochana, że z tym Aureliuszem, to tak na poważnie- łagodny głos dobiegł z okolicy ekspresu do kawy, spieszącego jej z pomocą.

– No tak- uśmiechnęłam się na wspomnienie dzisiejszego, niespodziewanego spotkania z prokuratorem Dobruckim… Był to uśmiech, który przebił się przez paraliż mięśni wszystkich, nie wyłączając twarzy. Tylko on, Aureli, mógł wywołać we mnie tę radość. Na przekór okolicznościom i rekcjom ciała, terroryzowanego bodźcami z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Jednocześnie, o zgrozo!

O ludu! Nagle przyszło mi do głowy, że przecież mogłabym oszaleć, albo osiwieć, jak Marta, od nadmiaru przeżyć!

Mam dreszcze, gdy próbuję to sobie poukładać w myślach. Ciarki na plecach i gęsty dym w głowie. Nie wiem jeszcze co- do czego.

Wydmuszka, moja babcia.

Moja babcia Wydmuszka.

Moja babcia Palmira- to ta sama babcia Wydmuszka.

Żydówka. Buntowniczka. Heretyczka.

Próbuję układać to sobie, przynajmniej w ustach. Na początek.

Kto by pomyślał?

Ojciec był bardziej umoczony w tajemnicach, niż sądziłam. Ani pisnął, oczywiście! Czy naprawdę wierzył, że przejdzie przez to żywo? Tyle emocji, tyle podskórnych, tłumionych lęków, obaw, a nawet radości. Wracając do Kowalówki, nie mógł nam opowiedzieć o wizycie u swojej dziwnej matki, mieszkającej ze zgrają psów. Nie wspomnę o córce… To nienormalne, nieludzkie, wbrew sercu!

Tato, do cholery, no?! Coś ty sobie myślał?!

Dlaczego nie chciałeś, żebym poznała swoją siostrę i prawdziwą babcię? Przecież wiedziałeś, że moje relacje z dziadkami , tak z twojej strony, jak i z mamy, były karłowate, niepełne, niepasujące jakoś… Wiedziałeś, że nazywam Maję Cwajg swoją siostrą, także z tęsknoty za możliwością mówienia w ten sposób do kogoś, kto byłby do tego upoważniony wspólnotą krwi…

Ech… ja nie utrzymałabym języka za zębami. We mnie wszystko kipi. Swoje własne serce, jestem w stanie unieść tylko z czyjąś pomocą. Emocje skrywane, wylatują nawet uszami. Niczego nie umiem zatrzymać w sobie, bo skręca mi jelita i zaczynam chodzić po ścianach od niemożności podzielenia się sobą, z kimś zaufanym.

Ojciec to zupełnie inny typ.

Teraz przynajmniej domyślam się, dlaczego łatwiej mu było milczeć. Jak miało posklejać się tyle, nieklejących się do siebie, wątków? Nawet gdyby wypadły ojcu z ust, to, czy umielibyśmy ciągnąć je przez życie, jako rodzina? Czy dałoby się je wplatać w codzienność? Żyć z Martą zapraszaną na obiady, bez pamiętania o tym, że ukrywał ją przed nami, że zdradził mamę?

A Wydmuszka? Gdyby nie chciała mnie poznać, czy byłoby mi z tym lepiej, niż z tym co mam dzisiaj? Z niewiadomą, która wciąż jednak w połowie, pozostaje optymistyczna w domysłach…

Mogłoby nie wyjść. Powiedzmy sobie szczerze. Rodzinna układanka, mogłaby posypać się na dobre i nie dać się zlepić już w żadnej konfiguracji.

Nigdy tak o tym nie myślałam. Dlaczego dopiero teraz, gdy już nie ma czego sklejać, dopadają mnie te przebłyski rozsądku? Czy to rozsądek? Może po prostu myślę cokolwiek, by znaleźć ujście, wyjaśnienie? Ukojenie…

Może to nie było takie najgłupsze, by położyć to wszystko, tylko na jeden kark? Który, jak widać, nie był odporny na to „wszystko”. Mimo to, niósł to sam, przez wiele lat. Niescalone, równolegle toczące się historie. Tylko na głowie Franka Stróża, przemieszczającego się z jednej wsi, wzdłuż dziesiątków kilometrów, na inną wieś i próbującego utrzymać kilka ,niestykających się, więzi naraz.

Ojciec mógł nie wiedzieć od czego zacząć. Tak po prostu. Bo w sumie, co by było łatwiejsze? O kim opowiedzieć najpierw? Kto jest ważniejszy? Wydmuszka, czy może Marta?

Dwa potężne wątki. Silne, niezależne kobiety i ich mocne życia. Mocne jak cholera! Tajemnicze po brzegi. Zaczynam, pod tym względem, rozumieć ojca.

Jak zacząć opowiadać tak wielowarstwową historię?
Co podkreślić? Swój żal, czy może wielką niewiadomą, która zaważyła na całym życiu? Mama Anna, która straciła zmysły, robiąc miejsce matce biologicznej, nieuchwytnej emocjonalnie i kierowanej przez siły przyrody, bardziej niż przez ludzkie obyczaje.

Niezły pieprznik.

Jestem skłonna uwierzyć, że było tak, jak sugerowała mama… że „kochany” ojczulek rozmawiał wyłącznie z obcymi o meandrach swoich korzeni i spraw osobistych. Swoją drogą, musiał opowiadać to w takim duchu, że słuchacze, jak jeden, czuli się zobowiązani, zataić to przede mną i mamą. Nie wiedząc, że robią to wbrew nadziejom ojca, który chciał, by ktoś wyręczył go z próby skonfrontowania zarejestrowanej mu w papierach rodziny, z tą, pisaną jedynie; losem na powietrzu.

A to feler! Czuję się, jak w kiepskim filmie. Jeszcze niedawno sądziłam, że jestem wzorcem przeciętności.

– Majka, słyszysz mnie?- zapytałam, mając nadzieję, że dźwięki, które mnie dobiegły z odłożonego na chwilę telefonu, zwiastują, że Maja zrobiła co trzeba po przebudzeniu i złapała znów za słuchawkę.

– Tak, już nalewam kawy- zapewniła Majka, po czym usłyszałam solidny, mokry siorb. Odczekałam chwilę.

– No jak? Siedzisz? Przytomna? Wiesz jaki dziś dzień?- dopytałam przyjaciółkę.

– Tak, wszystko u mnie klarowne- odpowiedziała Maja.

Faktycznie, usłyszałam ciszę z wnętrza jej zabytkowego domku. Wzięłam oddech, spróbowałam zamknąć uszy na strzępy rozmowy, dobiegające do mnie zza drzwi sali szpitalnej. Ogarnęłam wzrokiem świetlicę, na której chwilowo żaden chory nie relaksował się przed telewizorem i wystrzeliłam:

– Mama miała stan przedzawałowy!

– Ojej- jęknęła Maja- ale sytuacja opanowana? Gdzie jesteś?!- niecierpliwiła się.

– W Zielonej Górze- uspokoiłam ją, zmieniając trochę ton. Przypomniałam sobie, że mam do czynienia z bardzo delikatną nimfą. Jedno słowo nie tak powiedziane i zaraz będę chować w wiosennej ziemi, kolejną osobę. – Spokojnie Majka, po prostu rozmawiaj ze mną- mówiłam bez żadnej emocji- mama zasłabła znienacka. Właściwie- zawahałam się, nie będąc pewna co czynię, to nie jest kłopot, Maja…

– To znaczy, że jest dobrze, to jest- plątała się- stan stabilny?

– Tak. Mama jest teraz przesłuchiwana.

– Przesłuchiwana?! Ale co się stało? –dopytywała rozdygotana- to wciąż w sprawie Marty?

-Tak i nie tylko. Maja, ale spokojnie- tonowałam atmosferę, wbrew sobie. – Wiesz, Aurelian i pan Maksymilian przyjechali tu, by przekazać nam przykrą wiadomość.

– To znaczy? Mów wreszcie, Jowi!

– Mój ojciec miał wylew, podczas dopinania formalności w domu pogrzebowym …

– Twój tata przygotowuje pogrzeb Marty?!- zapytała Maja i jak zwykle przylgnęła do pobocznego wątku.

– Przygotowywał, tak. Pomagał, przybyłemu tam ojczymowi mojej siostry, panu Staszkowi.

– Ale… – zaskoczyła Maja- to gdzie on jest?! Muszę go odwiedzić, skoro was nie ma! Podaj adres szpitala!

– Mój ojciec nie przeżył tego, Maja…

Powiedziałam to. Pierwszy raz komuś innemu, poza sobą. Na głos.

Zalały mnie łzy. Głupie, puste, jak wiaderko wody wylane na głowę bezmyślnie. Nie w porę. W sumie, nigdy nie ma dobrej okazji, do nieeleganckiego zmoczenia wodą twarzy. Czułam, jak nasiąka mi szal owinięty wokół szyi. Łzy i rozcieńczony nimi pospieszny makijaż… Tyle mogłam dać swojemu ojcu, na tę chwilę. Niekontrolowaną rozpacz z głębi, której, za jego życia, nie chciałam uwolnić.

Nawet nie wiem kim był. Nigdy nie powiedział mi, jak to jest, być wplątanym w kilka, tak nieprzewidywalnych, historii. Nie dał mi szansy na wybaczenie tego, co mnie boli, na zrozumienie tego, czego sobie nie dowymyślam, gdy go już nie ma.

Nie ma ojca, nie ma Marty, nie ma Wydmuszki.

– Jowi- wyszlochała Majka- co mam robić?

– Weź tego swojego Dawida i spróbuj załatwić, w moim i mamy imieniu, kilka spraw. Weź, proszę coś do pisania, podyktuję ci. Aha, Aurelian tam dziś wraca i zawiezie ci pełnomocnictwo od nas. Ja muszę zostać z mamą. Zapytam, czy mogłabym wejść i przysłuchiwać się tej detektywistycznej rozmowie z nią. Bądź co bądź, jestem jej jedyną, najbliższą rodziną… -wyszeptałam, powstrzymując głębię…

Nie chcąc się rozkleić, jeszcze raz postawiłam samą siebie i Majkę do pionu:

– Okej, notuj!- Spięłam się w sobie i z zadymionych myśli, wyciągnęłam kilka urzędowych powinności, które przyjaciółka weźmie na swoją melancholijną głowę, mam nadzieję.

Pożegnałam ją czule. Zastanawiam się, czy nie za bardzo dałam upust swoim uczuciom do niej. W takich chwilach, najmocniej czuję, jak ważna jest dla mnie, ta szalona dziwaczka. Zawsze otwarta na moje życie, zawsze pomocna.

Odkąd ją znam, po prostu ze mną jest. Umie wtopić się w tło moich spraw, gdy one są od niej głośniejsze. Ale gdy potrzebuję, by ona wyszła naprzeciw moim udrękom, staje się superbohaterką i zamyka na klucz roztargnienie i powłóczyste spojrzenia.

Wstałam z niewygodnego, jak sztacheta, krzesełka, w nadal pustej, świetlicy. Wyszłam na szpitalny korytarz.

– Zdaje sobie pani sprawę z tego jak to wygląda, pani Mario?- dobiegło mnie pytanie zza drzwi, za którymi to, mama leżała pod kroplówką. Właściwie to: siedziała na łóżku szpitalnym, z kroplówką sączoną przez jej łokieć.

Uchyliłam śnieżnobiałe drzwi sali numer 6 i na gest aprobaty Aureliana, weszłam po cichutku i usiadłam tak, by nie rzucać się nikomu w oczy.

Mężczyzna za młody, by tak staro wyglądać, wpatrywał się w mamę od kilku minut. Zadał pytanie i ani myślał, nie uzyskać odpowiedzi. 
Maksymilian Nać, jak sama nazwa wskazuje, znany jest z pomysłów wyskakujących mu z głowy, na oczach rozmówców, niemalże. Właśnie, nie wiedzieć czemu, Aureli, pozwalał mu snuć kolejną teorię, w obecności mojej chorej mamy.

Ale, gdy wchodziłam, Aureli przytknął palec do ust, informując, że muszę być cicho.

Jestem więc. Słucham.