Siedziały przy drodze i szeptały. Na dzikim rowie, odkształcając sobie wątłe uda. Pod ich długimi spódnicami, kępy traw, układały się w śliskie kołtuny. Pory roku, przenikały między kilka warstw kobiecych spódnic, noszonych, wydawałoby się, na okrągło. Staruszki pachniały wilgocią wczesnej wiosny. U progu jesieni, czuć było od nich też ukrop lata i robactwo lęgnące się wśród traw. Między namiotami ciemnych spódnic, a glebą ufryzowaną przez niesforną zieleń, schronienie znajdowały szczypawki. Kobiety nigdy nie strącały ich z siebie, a zdarzało się, że zbłąkany owad wyszedł na wierzch spódnicy, a z niej prosto na brzuch, pierś, szyję a nawet twarz… Czasem któraś z nich, brała skorka na dłoń i chwilę przytrzymując, gładziła go opuszką palca. Zupełnie jakby był kotem, albo psem. Udamawiała go na chwilę i zwracała mokrym zakamarkom rowu.
Nazywano je siostrami, choć pochodziły z różnych domów. Upodabniały je chustki na głowach, spódnice zakrywające kostki, zeschła skóra na dłoniach i ciało kurczące się pod naporem czasu. Ktoś kiedyś powiedział, że człowiek zmniejsza się, gdy odczuje jak wielkim władcą jest czas, który to wypija siły ze wszystkich swoich poddanych. Bez wyjątku. Nie ma króla, który nie podległaby czasowi, nie ma mędrca… Dlatego człowiek, im starszy, tym bardziej uniżony w spotkaniu z czasem. Pokorny.
Śmierci należy wyjść naprzeciw, w pokłonie, mawiały siostry.
Gdy z człowieka uchodzi życie, pozostaje w nim dużo wolnego miejsca. Jeśli się jej pozwoli, śmierć wejdzie w tę pustkę naturalnie. Tak jak ciecz wypełnia naczynie. I jak kot, co wykłada całym sobą, niewielki koszyk wiklinowy.
Życiem należy się cieszyć, ale śmierci nie pomijać.
Chodziły chyłkiem. Zawsze ze wzrokiem wyczulonym na to, co dzieje się pod stopami. Gdy ktoś je zagadnął, nie podnosiły głowy, tak jak się to robi, by wyprostowaną postawą, zwrócić się w stronę rozmówcy.
Huśtały głowami na boki.
Okręcały je ku górze; w prawo, lub lewo, pozostając w skłonie. Twarz unosząc w kierunku źródła głosu, który do nich dotarł. Zawsze profilem. Jednym okiem podtrzymując kontakt z człowiekiem, drugim z ziemią.
Marta zapisała w swoim dzienniku:
„Siostry wprawiały głowę w ruch, tak jak robią to jaszczurki, albo ptaki.
Uchwyć w dłoniach kurę poniżej swojego wzroku, a zobaczysz jak ustawi głowę, by jednym okiem przypatrzeć ci się.”
Spojrzenia sióstr były krótkie, ale mocne.
Człowiek czuł się przez nie błyskawicznie dostrzeżony. Niewątpliwie, przewertowany także od środka. Siostry bowiem, patrzyły przez ludzi, jak przez firankę. Potrafiły dojrzeć to, co się za kimś wlecze. Nie przez przypadek, ludzie patrzą tylko na prawo i lewo, nie mogąc, bez obrócenia całego ciała, spojrzeć całkiem za siebie- mawiały. Nie każdy powinien wiedzieć jakie życie go dogania. Jak będziesz tym, który ma wiedzieć, my ci powiemy- zapewniały. A jeśli nie, po prostu nie pytaj, tylko ciesz się byciem. Mieszkasz w brzuchu u Boga, więc nie wierzgaj. Nie dokuczaj temu, który zszedł tak nisko, by uczynić świat. A potem zamknął go całego w samym sobie. Niech Ojcu twemu będzie dobrze z tobą w środku. Ciesz się życiem i módl się, bo po to dostałeś słowa. Rób wszystko, co umiesz, by zdobyć chleb. I pamiętaj, że modlitwa leży wszędzie. Tylko czeka, byś ją podniósł. A ręce wtedy, możesz mieć brudne od ziemi, albo od mąki. Bądź sobą, zachęcały.
Znały nauki żydowskie, ale doświadczyły też siły pieca, na którym w garnkach rodzą się smaki, przychylnej Bogu, kuchni. Jak w gorącym kotle, zmieszały więc ze sobą; Prawa Mojżeszowe, przesłanie chasydzkie, nauki wybranych cadyków i wszystko, co proste, a co wydało im się bliskie Bogu.
Rzecz ważna: to, co im się wydało.
Do swoich nauk dodały prawdy o zwierzętach i pochwałę ich życia u boku człowieka. Najwięcej miejsca w swojej księdze, poświeciły psom, broniąc je przed złą sławą, zapisaną w Prawach. W starożytnym Izraelu, psy uważano za nieczyste. Brzydzono się nimi, bo te, zjadały, zwróconą wcześniej treść swojego żołądka.
Siostry napisały swoją wersję Świętej Księgi. Właśnie tam, na wilgotnym rowie, w spódnicach pełnych skorków i wyrwanej przypadkiem trawy. Marta była pewna, docierając coraz głębiej, że nikt z członków rodzin, z których wywodziły się staruszki, nie zgadzał się z naukami krzewionymi przez te zjawiskowe kobiety.
Jako Żydówki, kochały znane od pokoleń, Święte zapisy od Boga. Jako córki chasydzkie, szanowały nauki kolejnych cadyków. Wierzyły, że Bóg zwrócił uwagę na prostych i pozwolił im upajać się w tańcach i modlitwach dla Niego. Ale to nie wystarcza kobiecie – mawiały.
Otaczały się wszelkim stworzeniem. Na tyle, na ile pozwalały im ich domostwa; mężowie, synowie, córki. Miały mocne postanowienie nie zabijać zwierząt. Uznały, że ofiary z nich, nie są już nikomu potrzebne, a najmniej, z pewnością, Stwórcy. Siostry nie mogły przyprowadzać psów, do domów, w których mieszkały. Zdawały sobie sprawę z tego, że i tak korzystają z prawa łaski. Społeczność uznała je za chore i stare. Mogły pod tą haniebną etykietą, żyć ,w miarę wierne, swoim przekonaniom. Nietykalne.
Zajęły się więc dokarmianiem każdego psa, którego napotkały na wsi, lub w miasteczku, w którym handlowały pieczywem, na targu. Psy wyczuwały ich intencje, bo jak jeden, łasiły się staruszkom do kolan i dłoni.
Jesteś dobry pies, niegorszy od człowieka jesteś- uspokajały zwierzę, jedzące im wprost z wyschłych rąk.
Ze wszystkich nieczystych, według Pism, zwierząt, najbardziej żal im było psów właśnie. Może ze względu na niezwykłe oddanie tych czworonogów. Mogło też chodzić o dobro, którego siostry widziały w psach więcej, niż w ludziach– rozważała Marta w swoich zapiskach.
Ludzie mówili, że są wyklęte. Mówiono też, żeby nie rozmawiać z nimi za długo, ale żeby nie robić im żadnej krzywdy. Staruszki śmiały się, zapytywane przez polskie kobiety, dlaczego inne Żydówki z nimi nie rozmawiają. I dlaczego w całej społeczności, tylko one nie boją się szczypawic, które wślizgują się pod majtki. Bóg stworzył skorka i kazał mu się chować w ciemne zakamarki. Jak można się bać pomysłów Boga? – pytały i śmiały się oczami.
Społeczność, do której od urodzenia należały, nie była zadowolona z tego, że spędzają ze sobą długie godziny. Nie w siedzeniu, i nie w rowie była rzecz, ale w szeptach.
Co takiego kryło się w słowach staruszek, że nie mogły powiedzieć tego na głos?
Gdyby były młodsze, tłumaczył najstarszy mędrzec społeczności, wygnalibyśmy je do lasu. Na pastwę wszystkiego co dzikie. Wszak ciągnie je do dzikości- podkreślał, zwężając, i tak wąskie już, usta. Ale starości należny jest szacunek. Niech sobie dogasną już na tym rowie, buntując się przeciw domom swoich mężów i ojców- kwitował.
Mimo wszystko, dano siostrom wolną rękę i wolne usta. I to właśnie, poślinione gęsto, owoce ich ust, były tym, co łączyło siostry najmocniej.
Słowa. Największy dowód na wolność człowieka.
Siostry uważały, że dostały go bezpośrednio w swoje ręce, od największego z Ojców.
Dając skorkom, czy szczypawkom, jak kto woli, cień na rowie, swoim babskim zgromadzeniem, opowiadały historię.
Zaczęło się od tego- syczały- że nad Świętymi Literami pochylali się tylko mężczyźni. Wszystko dobrze, myślał sobie człowiek i żył jak należy. To Adam był pierwszy i jadł najsłodsze owoce Raju. Nie Ewa.
Jak Pan Bóg mówi, trzeba słuchać, to jedyna powinność człowieka. Ale mężczyzna mądrzejszy niby od kobiety, a bardziej łasy na pokłony ludzi. Żyjąc w zasłonach u Boga, pysznił się, jak na swoim dziedzińcu. Daleko rabinom było do Mojżesza, jeszcze dalej do Jozuego. Oj daleko… mama mówiła… Za kim więc było iść, jak wiadomo było, że on sam idzie donikąd, taki rabin- ciągnęły.
Kto biedny, to wszystko mógł rzucić i iść w nieznaną stronę- posykiwały chórkiem, czesząc palcami starych dłoni, świeżo urodzoną trawę. Wszystko- dla biedaka to i tak zawsze będzie niewiele. Ma więc odwagę taki i wielką ciekawość, gdy mu się da nadzieję- recytowały przez zęby.
Ostre to były frazy. Suche.
Gdy nasi nauczyciele chcieli złota i władzy, więcej niż Boga, nasze ojce zbuntowały się. To dobre było- przytakiwały. Umieć nie zgodzić się, to wiedzieć czego się chce. Iść za tłumem, nawet Mojżesz pisał, że się nie powinno…
Bo wcześniej mówiło się, że Boga zna tylko ten, co trudne słowa zna. Ci, co szkół nie pokończyli i znali się tylko na swojej pracy, zdani byli na to, co spadnie z ust rabina, poślinione.
Długie lata tak było. Ale w Polsce i tam trochę dalej, burze przechodziły i raz kraj był krajem, razu innego pocięli go jak placek, na kawałki. Potem rozdali między różne narody.
Porodziło się z niebios samych, mnóstwo cadyków. Byli też wędrowni kaznodzieje, magidowie, co odwiedzali różne miejsca, gdzie modlili się Żydzi i wygłaszali kazania, prostsze od wykładów tych uczonych ponad miarę, rabbich. Ale i oni krytykowali chasydów. Tępili nas, jak te psy- mówili ojce. Bo za małośmy się uczyli, za dużo czarowali. Zakazywali się z nami spotykać nawet.
A ojce nasze, po prostu, zrozumieli, że Bóg prosty jest i pochylić się nad człowiekiem chce. Robi to, by go wychować na dobre dziecko. I nie żałować mu godności, i radości na co dzień. Nawet krowę wydoić, to modlitwa. Nawet męża oprać i puścić wiatr w mokrą tkaninę, to modły… Wszystko może być tematem rozmów z Największym. Kto jak nie On, nie boi się żadnej ziemskiej sprawy.. Jeśli tylko człowiek raduje się i tańczy, i w całe gardło ma nakładzione pieśni. To wtedy może być nieuczony, a i biedny do tego mocno. Dobry jest Stwórca i wybierze takiego biedaka na cadyka, nawet. Na złość uczonym, o!
Nie tak głoszono wcześniej naszym ojcom. Dawniej to trzeba było urodzić się kimś, by kimś umrzeć. A jeśli ktoś podobne miał narodziny do polnego ziemniaka, bo matka urodziła go w polu, popiskując… tak samo umierał, tyle wart, co jeden ziemniak, w oczach Rabbi.
Ale odmieniły się drogi biednych. Cadyki kazali właśnie ubogim, cieszyć się u boku Boga, najgłośniej. Zagubić się w zachwycie nad życiem, zacieszyć się do słabości. Chasydami byli nasi ojcowie i kochali swoich cadyków. Nauczył cadyk modlić się tak, by utonąć w literach. Nie czytać ich, ale rozpuścić je w oczach i wniknąć sercem w to, co Bóg napisał. Tak trzeba było. Przejść do wnętrza świętej litery, zatracać się. Zamknąć umysł, by coś większego, niż człowiek przemówiło. Cadyk nauczał, że ten, który dostąpi „wejścia w litery modlitwy”, to taki, który na chwilę zniszczy samego siebie, by zrobić miejsce Bogu.
Ale to nie wystarcza kobiecie- syczały.
Nas, stare kobiety, dziś szanują. Nie nękają, choć nie rozumieją. Z racji tego, że naszych ojców i matki, rabini przeklinali i odmawiali im nawet pochówku. Palono biednym chasydom księgi i zakazywano żenić się z nimi. Nasze dzieci, nam już tego nie zrobią, choć zmieniamy naukę i nie boimy się stać z boku. Pamiętają bowiem, że z potępionych, stali się wzorowymi strażnikami języka, tradycji i Pism, które wcześniej były im nieco odleglejsze. Ale nasi pamiętają, że to co stoi z boku, może stanąć z przodu za czas jakiś. Przeklinają nas po cichu, a my, z szacunku do nich, po cichu zmieniamy świat- szeptały.
Matki naszych babek miały lepiej, oj miały- zawodziły siostry. Mogły do cadyka chodzić i radzić się go w interesach, i w modłach. Kwitłech, karteluszki z prośbami, które cadyk miał przedstawić Bogu, nasze babki nosić mogły. Kobieta nie szła wzdłuż szlaczka, który butami rysował jej mąż. Mogła być cadykiem, oj mogła… My też, skoro łokcie i kostki zakrywamy, skoro włosy mamy w ukryciu, chcemy przewodzić nauczaniu i modlitwie… – płakały siostry.
Kobiecie to nie wystarcza, nie wystarcza…
„Nie wiedziały, że 1935 roku, gdy chasydyzm nie był już odrażającą sektą, ale jedną z form judaizmu, pojawiła się pierwsza na świecie, kobieta rabin. Nie docierały już wtedy ,z Niemiec do polskich Żydów, żadne dobre wieści- zapisała Marta.
Lada chwila wybuchła Druga Światowa Wojna. Regina Jonas, pierwsza kobieta- rabin, trafiła do jednego z obozów koncentracyjnych, w których powstrzymywała więźniów przed odebraniem sobie życia. Niedługo potem, w kolejnym obozie, tym razem na terenie Polski, zamordowano ją. Wieść o niej krążyła po obozach. Pamiętali ją ci, którym uratowała życie. Ale siostrom, nawet wiatr nie przyniósł tej pięknej historii.
Nie zdążył.
Nastoletnią Palmirę przestrzegano, by nie chodziła za swoją babką. Mama powtarzała, że rolą kobiety jest trwać za mężem, jak jego ślad po bucie, jak powiew powietrza spod jego długiego płaszcza. Zawsze krok z tyłu, Palmiro- powtarzała mama.
Dziewczynka nie potrafiła usłuchać tego głosu. Od najmłodszych lat, za rączkę z babcią, chadzała po wsiach i dokarmiała psy. Pamiętała ich ciepłe oddechy na swojej buzi i mokre pocałunki, które wdzięczne zwierzęta, składały jej na policzkach i dłoniach. Tęskniła do ich oczu, głębokich i mądrych, o wiele łatwiejszych do pokochania, niż oczy ludzkie. Proste były świętości, które przekazywała jej babcia. Wychodziły z ust sióstr, od razu w dłonie. Łatwo było czynić to, co siostry nazywały dobrym. Dziewczynka pokochała psy i słowa. Rodzice, widząc to, mówili tylko chórem, naśladując resztę społeczności: nasza Palmira, na zatracenie poszła, serce już oddała naukom z rowu.
Tak w istocie było. Każdego dnia, wyobrażała sobie, że doczeka czasów, o których mówiły siostry. Życzyły jej, by w ciepłym słońcu zbudzonego ze snu, Izraela, nauczała publicznie napotkanych ludzi. Miała sunąć drobnym krokiem, wzdłuż uliczek pobożnych miast i szukać ludzi, którzy zechcą jej wysłuchać. Późnym wieczorem, gdy nabiera sił życie pustynnych zwierząt, siadać miała, Palmira, w jakimś skromnym pokoju z widokiem na niebo i czytać Księgi Święte i dopisywać przemyśleń, które przychodziłyby wraz z pokorą.
Przed snem, wychodziłaby na spacer, słuchając snów żydowskich i tuląc stopy do kamieni, w których zamknął się dzienny upał i teraz kamień wydychałby go, prosto w podeszwę jej nóg. Pięknie być miało i słodki miał być owoc granatu, zjadany na kolację.
Palmira wierzyła, że Żydzi powrócą do swojego kraju, zerwanego ze snu.
Siostry przerywały jednak tę opowieść, ostrzeżeniem: gdyby ci się to nie udało, nikomu, ani słowem, ani jednym, nie zdradzisz naszych nauk! Pamiętaj, pamiętaj, Palmiro. To są nauki sióstr i bez nas, tylko w przebudzonym Izraelu, wolno ci je głosić wszem i wobec. Pamiętaj, zastrzegały, pamiętaj, Palmiro!
Czy siostry przewidziały co je spotka?- zapytywała, w swoim dzienniku, Marta.
Zaraz po wybuchu wojny, ludzie ginęli na wiele sposobów. Na zatracenie szły także zwierzęta, owady, a nawet trawa soczysta i mocna. Śmierć kręciła piruety w sposobach wyganiania życia z każdej jego kryjówki. A tym bardziej inspirowało ją to, że mogła działać w ciałach nieprzygotowanych na to, bo zbyt młodych, lub zaskoczonych nagłych mordem.
Ogień strawił wszystkie siostry. Żywcem.
Na rowie, na którym wcześniej się modliły.
Palmira widziała to z ukrycia. Tego dnia, miała dojść do babci później, poproszona, by zajęła się wcześniej kilkoma bezpańskimi psami.
Zanim rzeźnik naszykował odpowiednią ilość mięsa dla podopiecznych, zanim te, zjadły wszystko i szczęśliwie pobiegły w pola, była już podwieczorna, wiejska aura. Z daleka widać było wielki płomień. Podeszła więc najbliżej jak mogła, czując, że krok dalej, pęknie jej serce. Nie było sprawców. Na wsi ogłoszono, że siostry podpaliły się same i ani pisnęły, umierając i strzegąc swoich nauk.
Stała, odrętwiała, za krzakiem malin, aż ustał płomień.
Zasnęła gdy, nie wiedzieć kiedy, jej drobne ciałko, opadło na trawę.
Zbudziła się, a świt wystudził pogorzelisko i siwy proch pokrył dawne miejsce kobiecych spotkań.
Wstała, przetarła oczy, które coś podobnego do piasku, zaprószyło jej i utrudniło płacz. Poczuła zbliżający się chłód i siłę, która utrudnia drzewom zachowanie równowagi. Zerwał się wiatr, potężny. Dokładnie taki, jak zapowiadali dziadkowie. Złamała się pogoda i wielka fala powietrza, porwała popiół z rowu, zamykając go, jakby w niewidzialnej dłoni.
Uciekając do domu w pochyleniu, jednym okiem zobaczyła, jak porwany wiatrem proszek, cienką stróżką, sypie się teraz, na bezbrzeżne pola. A wiatr roznosi go i daje mu wolność.
Pomyślała o babci.
Wojna jest zaborczą królową. I może wydawało się jej, że odebrała dziewczynie wszystko. Zginęli rodzice Palmiry, a o dalszej rodzinie nie mogła zdobyć żadnej wieści. Docierały do dniej śmiercionośne relacje z obozów zagłady. Nie liczyła na to, że ktokolwiek z rodziny, przeżył zamach na jej narodzie, mającym być słodką kroplą potu na odrodzonym państwie Izrael. Wojna odebrała Pamirze wszystkich.
Ale nie wszystko.
Coś mnie zastanowiło-powiedziała i zatrzymała się na chwilę, moja stara jak świat, rozmówczyni- relacjonowała, w swoim dzienniku, Marta.
Ta dziewczyna- twierdziła jedyna z pamiętających Palmirę sprzed wojny osób- ta dziewczyna… była skrojona na miarę sióstr. Niech tylko pani pomyśli- mówiła do Marty. Ile trzeba mieć mądrości, by ponieść tak wielką sprawę, jak herezja choćby?
Palmira to była młoda dziewczyna. W takim wieku wchodzi się w życie, oczekując, że nas ktoś poprowadzi. I w głąb życia, i w głąb Boga- wyliczała staruszka.
A ona rosła na zgliszczach.
Pamiętając wiejskie bajania, że siostry umarły z własnej woli, nabierała sił. Widziałam to. Tężniała, jak stare drzewo, wieloletnie.
To nie były wspomnienia niszczące, jak te nasze, o zrujnowanych domach, zamordowanych bliskich. Może, kto wie, ona także rozpaczała po rodzicach. Sprawa babki, bez wątpienia jednak, jak i pamięć o zgromadzeniu sióstr, ewidentnie była kluczowa w jej życiu. Mówię to jako jej rówieśnica, która to wzrastałam z nią w jednej wsi, ale też jako ktoś, kto niezauważany przez nią, żył całkiem niedaleko niej, po wojnie. Przez całe lata.
Pomyśl dziecko- mówiła do Marty i chwytała ją za rękę.
Po wojnie, myśmy tak gawędzili między sobą. Każdy z każdym, o wszystkim. Najbardziej potrzebne nam były opowieści o cudach. Niekoniecznie religijnych zjawiskach nadprzyrodzonych, ale chodziło raczej o to, by mówić sobie o przypadkach pokonania śmierci, która stała już tuż tuż, nad człowiekiem.
Nie mogła więc ujść uwadze historia o niecodziennej dziewczynie, która przeżyła, choć wszystko było przeciw jej życiu. Nigdy nie przyznałam się, że ją znam. Nie potwierdziłam podejrzeń rzucanych po wojnie, na Wydmuszkę, że może mieć jakiś związek z tą młodą dziewczyną, Palmirą. Ludzie podejrzewali, że mogły być rodziną. Kto mógł podejrzewać, że…
Jako jedyna z całej rodziny, przetrwała, opowiadano.
Las i bezpańskie psy, zawsze przychodziły jej z pomocą, gdy nie mogła akurat skryć się u dobrych ludzi. Jej ciało przestało rozkwitać. Ale czy to dziwne? Żyła podobno w panicznym strachu, szukając sposobu, by przespać się pod gałęziami, pod mchem. Jadła cokolwiek. Lizała szyszki, wykopywała korzonki traw. Czasem jakiś pies przybłęda, podszedł do niej z kawałkiem chleba w pysku. Skąd ludzie o tym wiedzieli? Nie mam pojęcia. Tłumaczyło to jednak, że wiązali Palmirę z Wydmuszką, która panowała nad psami, a nawet, powiem śmiało, tworzyła z nimi rodzinę.
Dziewczyna musiała wyczuwać, że psy wiedzą kim jest. Że jakimś przedziwnym sposobem, wśród psiej rodziny, istnieje legenda o siostrach. Kiedyś ocknęła się w gorączce, ogrzewana ciałem psa, należącego do człowieka, który znalazł ją w lesie i zabrał do swojego domu.
Przez całą wojnę, podobno, modliła się tylko o jedno. Chciała być prawdziwą siostrą, staruszką, jak babcia. Na jej cześć.
I właśnie ta prośba, została wysłuchana. Gdy Palmira, jako Wydmuszka, pojawiła się na Ziemiach Odzyskanych, nikt nie wiedział ile ma lat. Nikt nie wiedział też, że czasem zasypia u boku człowieka, którego pies, uratował jej życie w gorączce.
Tylko Tadeusz znał jej łagodny, nie syczący głos. Głos miłości.
Kiedy zmarł ten poczciwy, czterdziestoletni krawiec, mieszkający dwie wioski za Smółkowem, nikt nie domyślał się, że życie Wydmuszki pękło. To u niego w domu, pod ostatnim numerem, w chatce pod lasem, w ukryciu, urodziła im syna, Franka.
Czy świat miał poznać kiedyś, chłopca, jak dotąd, z powodzeniem ukrywanego przez rodziców? Czasem myślę, że może też planowali wyjechać razem, pod osłoną nocy i gdzieś daleko, daleko… żyć w szczęśliwej trójce. Z jakiegoś jednak powodu, nie mieszali razem, a nawet po porodzie, synek pozostał u swojego ojca. Wydmuszka, w oczach mieszkańców okolicznych wsi, była dziką staruszką. Niezdolną do głębszych uczuć, od tych, którymi darzy się, nieme zwierzęta.
Niesamowite, co? Ciekawe…- zamyśliła się staruszka.
Raz śniło mi się, że Palmira z Tadeuszem i Frankiem, napisali do mnie list z Izraela. Czytałam go, rozumiejąc wszystko, choć pisany był tym hebrajskim maczkiem.
Ale nie udało się, to już wiesz, Marto- westchnęła. Ta bajka nie doszła do skutku.
Wydmuszka owdowiała i wzięła malucha do siebie, pozorując podrzucenie jej za płot, nieznanego dziecka. Zrobiła to w dniu, w którym Tadeusz zmarł przy niej nagle, na atak serca.
Ludzie uwierzyli insynuacjom. Nikt nie śmiałby nawet podejrzewać Wydmuszki o ciążę, choć bywały okresy, w których widać ją było rzadko, a psy nikogo nie wpuszczały na posesję.
Tylko Tadeusz wiedział ile lat ma Wydmuszka i jak naprawdę ma na imię. Tylko Tadeusz i ja- wskazała na siebie kobieta- ja, jej wiejska koleżanka, której Palmira nie rozpoznawała, mijając mnie niemal codziennie, ze świtą swoich psów
Mnie, polską dziewczynę wojna zmieniła niemniej, choć stres nie wyssał ze mnie młodości aż tak, jak z Palmiry, to jest, Wydmuszki.
Nikomu wcześniej nie powiedziałam o niej- zapewniała najstarsza mieszkanka Smółkowa. Dopiero tobie, Marto, na chwilę przed śmiercią, co ją czuję tuż, tuż… zdążyłam…
Zrobiłam to, bo zobaczyłam coś, co obudziło we mnie wszystkie skrywane dotąd obrazy- mówiła. Gdy zapowiedziałaś swoją wizytę, skrępowałam się. Odwiedzi mnie gość z Krakowa, młoda, sławna malarka, myślałam. Zastanawiałam się, do czego mogłabym ci się przydać, dziecko. Pochodzisz z tak dobrego domu, sławnego nawet. O twojej cioci i ojcu, krążą legendy niemal…
Ale gdy trzęsącą się ręką, postawiłam przed tobą kawę, na stoliku… Zobaczyłam twoje dłonie, rozłożone na blacie stołu, jak odpoczywające małże, na dnie oceanu.
Nie gniewaj się. Są nieładne. Pięknie nieładne.
A więc tak wyglądają paznokcie tej pięknej malarki- pomyślałam, stojąc nad tobą.
Przeszedł mnie dreszcz. Dreszcz znajomy, używany jednak jeszcze przed wojną. Obudził się z nagła i zadziałał potrójnie.
Rozpoznałam twoje dłonie, dziecko. I zrozumiałam cel twojej wizyty, może lepiej, niż ty sama.
Uznałam więc, że na historię Palmiry, właśnie nadszedł czas. Ostatni i pierwszy zarazem. Ktoś musi wiedzieć dlaczego Wydmuszka czuła się pusta w środku, pomyślałam. Ktoś musiał wiedzieć, że pozostawiła spuściznę, która może przemówić tylko na rozgrzanej ziemi Izraela.
Tak- wyrywała się z gorączkowej opowieści staruszka.
Czy masz siłę uświadomić to sobie, Marto?- pytała z przejęciem, staruszka.
Bo widzisz, mówiło się u nas na wsi tak: Nie wszystką świętość sióstr pochłonął ogień. Przetrwała jedna z bywalczyń trawianego kręgu. Nie była nazywana wtedy siostrą, jedynie zakradała się i przysiadała obok jednej ze staruszek. Zawsze obok tej samej, swojej babki. Ta babka właśnie, odznaczała się charakterystycznym „zmęczeniem” dłoni i bruzdowatymi paznokciami, w których liczne zakamarki na płytce paznokcia, wchodziła ziemia.
Śledziłam Palmirę. Podglądałam, niby pasając krowy. Zazdrościłam jej, że ma swoje tajemne życie. Ja, rówieśnica, miałam tylko tę krowę do pasienia i mnóstwo pracy w polu. A ona miała swój magiczny, dla mnie, świat. Bóg, którego od niej wyczuwałam, był spowity wieloma treściami. Podziwiałam ją za to, że tak biegle rozczytuje się w tych ciężkich książkach.
Zauważyłam, że z początku Palmira, wstydziła się swoich dłoni. Siadała obok sióstr, wpatrzonych w dotykaną niby przypadkiem trawę rowu i naciągała rękawy ciemnej sukienki, aż po czubki paznokci. Nie umiem powiedzieć kiedy się to zmieniło, ale pamiętam wrażenie jakie zrobiła na mnie ta zmiana.
Być może, widząc, że siostry darzą jej babcię ogromnym szacunkiem, zaczęła równie swobodnie głaskać trawę- notowała Marta.
Wtedy zobaczyłam, że paznokietki tej młodej kobiety, są identyczne, jak poszatkowane i nierówne paznokcie jej babki. Dłonie Palmiry, były tak samo stare, tak mocno czymś „zmęczone”.
Kiedyś słyszałam, jak nasze babki wiejskie mówiły, że te bruzdy to kara od „ich żydowskiego Boga”, za to, że babka Palmiry przewodziła buntowniczemu stowarzyszeniu sióstr. Ale nie dawałam temu wiary.
Od razu pomyślałam, że to jakaś choroba. Jedna z tych, które nosi się we krwi rodzinnej. W mojej rodzinie, na przykład, przekazuje się sobie, słabe serca. Tak też rozumiałam przypadek mojej koleżanki i jej dłoni.
Miałam podobny wiek i równie nieśmiałą naturę, jak ta młoda Żydóweczka- zapewniała Martę, starowinka.
„Ona- mówiąc, staruszka zawahała się- Palmira, Wydmuszka, była twoją babką, dziecko.”- to zdanie, Marta zapisała na czerwono. Było ostatnim, zamykającym jej dziennik zatytułowany : ŚLADEM PAZNOKCI.
Zadbała o to, by imię dziewczynki, zapisać w sposób prawdziwy. Odnalazła oryginalny zapis i zdobnymi literami, uwieczniła go.
Podpisała też: to imię mojej babci, Wydmuszki, Palmiry.
Po śmierci Tadeusza- ciągnęła starowinka- Wydmuszka nie była w stanie wychowywać Franka. Czy można zrozumieć co to znaczy, nie móc samemu wychować dziecka? Zanim podniesie się burza krytyki, warto pamiętać przez co przeszła Palmira, zanim stała się Wydmuszką.
Siostry nałożyły na nią obowiązek milczenia. Nie wolno jej było otworzyć serca, jeśli nie znajdzie się na obiecanej ziemi…
Czy właśnie to, było powodem jej decyzji? A może chciała, by Franek wzrósł w tradycyjnym domu, kochany przez Annę Stróż i jej męża? Nikt nie może wiedzieć, ile kosztowało ją oddanie synka.
Wiadomo tylko było, że wbrew nadziei pana Stróża, wszyscy wiedzieli, co stało się Annie, jego żonie, zaraz po ślubie jej adoptowanego syna, Franka.
Chłopak, nie wiedzieć skąd, właśnie wtedy , na krótko przed ślubem z Marią Kołodziej, dowiedział się, że jego biologiczną matką jest Wydmuszka.
Wrażliwa Anna, bojąc się o syna, nie chciała, by w takim stanie, wiązał się z kimkolwiek. Nie udało się jej dotrzeć do niego, ani do jego przyszłej żony. Widziała jednak, że ta wiadomość, bardzo go zmieniła, wzburzyła go i nie pozwalała mu wrócić na dawne tory. Nie mogąc pogodzić się z tym, że odebrała chłopca jego prawdziwej matce, choć nie ze swojej winy, Anna postradała zmysły.
Czasem lepiej zgubić rozum , gdzieś wzdłuż drogi, jeśli wiadomo, że ta droga przyniesie tylko ból.
Anna już wiedziała.
Uciekła w głąb siebie, bo nigdzie dalej się nie dało.
Do dziś- mówiła, trzymając starą dłoń na sercu, rozmówczyni Marty- nie mam pojęcia, kto, poza mną, rozpoznał w Wydmuszce Palmirę, wnuczkę jednej z sióstr…
Franek miał podobno pójść do Wydmuszki, zapraszając ją na ślub, ale ta ofukała go i osyczała, każąc wracać skąd przyszedł.
Zjawiła się mimo to i przypatrywała się synowi, z daleka.
Patrząc na Wydmuszkę, każdy wyczuwał, że czegoś jej brak, że nie żyje w pełni swoim życiem. Nie mogła nagle założyć ubrania, które nosiły siostry, usiąść na rowie i bajać. Obiecała, że nie zdradzi tego, czego się nauczyła, dopóki nie znajdzie się w ciepłym, a słodkim cieple panienki Izrael. Szyła sobie sukienki, których zazdrościły jej wiejskie kobiety. Proste, choć przyciągające wzrok. Niezbyt szerokie i nie za mocno przyległe. Przebijało zza nich ciało, które, jak strzała, gotowe było na zmaganie się z siłami powietrza. Tymczasem ona, czuła się naga, nie mogąc zasłonić łokci i kostek, jak dawniej. Ktoś mógłby ją skojarzyć z jej narodem, z jej babką, z siostrami.
A nie mogła narazić nauk…nawet na niewielkie skojarzenie.
Wyobrażała sobie, że kiedyś uszyje swoje sukienki WŁAŚNIE TAK, jak pragnęłaby tego babcia.
Franek Stróż, zajeżdżał czasem do swojej matki. Odwiedzał cmentarz, swoją córkę, państwo Stróżów i Wydmuszkę. Nikt nie wiedział, czy rozmawiają, czy po prostu siedzą ze sobą. Czasem wydawało się, że żyją ze sobą już coraz lepiej, jak syn z matką.
Ale nawet jego nie uprzedziła, że gdzieś się wybiera. Któregoś razu po prostu zniknęła ze wszystkimi psami. Oficjalnie mówi się, że zmarła, ale jej ciała nikt nie widział. Nikt go nie pogrzebał. Albo nikt się nie przyznaje…
Starsi ludzie mawiają u nas- rozmarzyła się staruszka- jak przychodzi pora wiatrów, znaczy, że Wydmuszka chodzi gdzieś ze swoimi psami w okolicy. Ja też wierzę, że ona nadal żyje. Ale rozumiem, że musiała uciec, po prostu ukryć się. Może nawet dotarła do Izraela i tam, chadza ulicami i naucza, niemal stuletnim, rzadko dotąd używanym, głosem…”
Tamara podniosła wzrok znad zapisków Marty.
Maria i Jowi, patrzyły na nią wielkimi, mokrymi oczami.
Życie otworzyło przed nimi kolejną, trudną księgę. Powinny zostać z nią same, w zupełnej ciszy.
Nic z tego.
Do drzwi zadzwonił dzwonek. Rozszczekały się wszystkie psy domowe i ogrodowe. Tamara wyskoczyła jak poparzona, ciągnąc za sobą smugę historii Wydmuszki. Nerwowo otworzyła drzwi, jakiemuś, usilnie dobijającemu się gościowi.
Tymczasem, Marii przyszło na myśl, że nie ma w powietrzu wolnego miejsca, już nawet na jeden jej oddech i, że wszystko wypełniło się szczelnie; rytmicznym, psim szczekaniem. Zrobiło się jej ciepło i ciemno, jak na sekundę przed zapadnięciem w głęboki sen.
Nie miała pojęcia, że kilka godzin wcześniej, podobnie poczuł się jej mąż, zajęty, wraz ze Staszkiem Tabisiem, organizacją pogrzebu.
Maria jednak, zrobiła ciemności, o wiele mniej miejsca w sobie, niż jej mąż, Franek.
Ale tego także, jeszcze nie wiedziała.