Korzystając z okazji, Jowi wskrzesiła swoją komórkę. Zawisła teraz nad, rozbrzmiewającą kilkakrotnie, melodyjką. Drażnią mnie te sztuczne dźwięki, mające zwiastować nową wiadomość tekstową. Ucichło. 
Zatem spłynęły, co najmniej, cztery świeże komunikaty. Liczyłam. 

Zastygłam, przełykając ostatnią porcję ciasta.

Mam wrażenie, że wszystko, co naszykowała pani Tamara, zjadłam sama. Jowi słuchała z zapartym tchem, gdy ta piękna kobieta oddawała się opowieści… A ja, polowałam na niebezpieczne słowa, które mogłyby wyskoczyć z tej relacji i zasładzałam się w ukojeniu, gdy jednak nie padały.

Jak zwykle sądząc, że można osłodzić swojego ducha. 
Nie można. Rozedrgany duch, nigdy nie jest dość syty.

– Mamuś, Aureli napisał żebyśmy się nie martwiły, ale znaleziono u taty narzędzia, które potrzebne były do …- zamilkła w połowie.

– Do umocowania podpórki, na której powiesiła się twoja siostra- dokończyłam, unikając jej spojrzenia.

– Tak…

– To nic nie znaczy, Jowi, opamiętaj się, dziecko- powiedziałam ostro, czując na odległość, jej gotującą się krew.

Moja córka zwykle, dawała się zwieść pojedynczym słowom. Już od dziecka. Nie czekała na rozwój sytuacji. Pozwalała się pochłaniać swoim sensacyjnym skojarzeniom i zbyt zuchwałej wyobraźni. Niepotrzebnie. Serce napuchłe od emocji, przyprawia usta o obłęd. Podpowiada niestworzone rzeczy. Tymczasem trzeba umieć czekać. Nawet długimi latami. Czekać.

– Jak to nic, mamo?!- oburzyła się.

– Po prostu. Marta zaprosiła tatę zapewne, prosząc o kolejną przysługę- mówiłam stanowczo-Słyszałaś, co pani Tamara powiedziała; Franek wpadał do Marty czasem, by coś zreperować, o co zresztą miała do niego żal. Ale fakt jest faktem. Nie odmawiał jej takiej pomocy. A podpórka pod półkę, w ramach takiej pomocy się mieści. Bez podtekstów. Bo nie jest hakiem do wieszania się. Skąd tata mógł wiedzieć, co w istocie, montuje?

– Ale co? Nie zastanowiło go, że jedną podpórkę miałby przytwierdzić? – obruszyła się Jowi- Komu potrzebna jedna podpórka?!

– A kiedy tata dopytywał o cokolwiek?- zapytałam- W czasach licealnych, chodziłaś, doprowadzając mnie do szału, w dwóch rożnych glanach. Zapytał mnie kiedyś, dlaczego się tak ciebie czepiam. Okazał się silnie zdziwiony, bo nie zwrócił uwagi, że przez pół roku, nosisz jednego buta w kolorze czerwonym, a drugiego, w czarnym. 
Jeśli uciekał od Marty, gdzie pieprz rośnie, jak najszybciej, to na pewno nie ryzykował prowokowaniem rozmowy. Pomyśl…

– No tak, masz rację….

– Nie nakręcaj się, proszę- powiedziałam miękko. Z pewnością i tym razem tak było. Zrobił to, o co go prosiła. Dobrze wiesz, że nawet gdyby tata i Marta się nie znali, ktoś i tak by jej go przedstawił. Życie na wsi, zwykle owocuje poznaniem jakiejś pomocnej, złotej rączki. Pomyśl tylko. Kogo się poleca w Kowalówce, gdy trzeba szybko podratować coś w domu?- zapytałam retorycznie. 
Proszę cię, dziecko, nie przekuwaj swojego żalu do ojca, w zarzucanie mu wszystkiego co najgorsze. To nieuczciwe- zgromiłam swoje dziecko. Poza tym- dodałam- domyślałam się od początku, że on maczał w tym palce. W sensie technicznym, oczywiście – sprostowałam. Jest go pełno w codzienności mieszkańców Kowalówki. I na to nie mamy żadnego wpływu.

– No tak… w sumie tylko tyle napisał Aurelian- przytaknęła cicho- przesłuchali tatę i puścili go. Właśnie to powiedział policji… że pomagał jej i, że była jego córką- Jowi czytała z smsa- wszystko się zgadza. Zeznania potwierdził też sołtys, który był na „leśnym zaciszu” z tatą, akurat w dniu śmierci Marty. Pomagał ojcu mocować tę nieszczęsną podpórkę, a potem zaraz wrócili do remontu, w domu sołtysostwa. Zjawili się na miejscu tragedii jako pierwsi, co nie jest dziwne, bo sołtys wszędzie zabierał Franka Stróża- wyliczała Jowi, uspokajając samą siebie.

– Inna rzecz- kontynuowała- że sołtys mógł domyślać się, kim jest Marta. Przecież jeśli nawet ojciec mu nie powiedział wprost, to Marta zwracała się do Franka per „tata”. Poza tym, ojciec spędził na pracy z sołtysem, długie godziny, więc sołtysostwo mogło domyślać się tego, czego nie powiedział. Stąd, być może, zdawkowe telefony do ojca. Nie chcąc się wtrącać, po prostu zawołano go do tej sprawy, uczciwie. Ojciec to ojciec, powinien być na miejscu takiej tragedii. To rzeczywiście logiczne. Ciekawe jak znoszą się teraz z panem Staszkiem. Na pewno się spotkali przy formalnościach.

Ale- popatrzyła na mnie zagadkowo- ty się tak często wszystkiego domyślasz, mamo…

– Jowi- wtrąciłam- Nie tylko sołtys. Wielu ludzi wiedziało, że Marta jest córką twojego ojca. Jestem przekonana, że przyznał się sołtysowi. Twój ojciec taki właśnie jest. Relacje z obcymi ludźmi nic go nie kosztują. Wiedział, że nie jest ludziom ze wsi, winny żadnej emocji. Więc pewnie powiedział wprost. Na pewno ludzie wiedzieli o tym od miesięcy, a może i lat, że ma córkę, ale bali się, nas dwie, o to zagadnąć. Gdyby to wyszło dopiero teraz, już byłaby afera, która dosięgłaby nas tutaj. A cała ta sprawa wokół śmierci Marty, stąpa cichutko. Dziś myślę, że na wsi żałują Franka, dlatego jest tak cicho. Żal im go…

-Ale Majka by coś mówiła… ona przecież nie jest rodziną, musiałaby wcześniej coś usłyszeć o Marcie- Jowi zarzekała się, nie chcąc uwierzyć.

– Wszyscy traktują Maję, jak moją drugą córkę, Jowi- odpowiedziałam stanowczo- poza tym, Majka to zamyślony człowiek. Nie jestem pewna jak wiele ze świata realnego, faktycznie do niej przenika.

– Masz rację. Ale… jeśli tata mówił o Marcie, to znaczy…

– Dobrze rozumujesz, moje dziecko. Twój tata chciał, żebyśmy dowiedziały się z plotek. Liczył, że słowa niesione z wiatrem, po wsi, wyręczą go. On nie chciał brać tego na siebie, bo to już nie była jego sprawa. Nie mógł Marty przepędzić, a wiedział, że trzeba to jakoś załatwić. W świecie ludzi, nie można przemilczeć tak ważnych spraw, jak zdrada, jak dziecko z inną kobietą. To, zdążył zauważyć, szkoda, że nie nauczyć. Podejrzewam, że miał jednak nadzieję, że samo się stanie, rozwiąże… że może wchłoniemy Martę, ot tak, naturalnie, do swojego babskiego grona. Dzięki temu, on będzie mógł nadal czuć się bezpiecznie. Nie narażając się na niewygodne relacje. Nie zrozumiałaś, Jowi?- spojrzałam na córkę badawczo.

– Co miałam zrozumieć?- zapytała.

– On odrzucił Martę, gdy okazała się podobna do nas.

– W jakim sensie, mamuś?

-Twoja siostra chciała wiedzieć kim jest. Stworzyła dom. Owszem, była bliska wiatrom, polom i psom. Nie odmawiam jej tego. Z pewnością była taka, jak wspomniała pani Tamara. Ale miała w sobie też inną cząstkę, której, z jakiegoś powodu, nie ma twój tata.

Zawiodła go. Przestraszył się jej, bo miał w głowie, z pewnością, dziewczynkę, potem kobietę, niezależną, owładniętą sztuką, ale i przyrodą, której oddawali się wspólnie, podczas swoich spotkań. A Marta coraz bardziej desperacko, chciała osiąść. Tak jak mówiła pani Tamara, chciała poznać Ciebie i mnie, zobaczyć nasz dom. Na pewno wypytywała o te nierówne paznokcie i o to, co, Franek wie na temat swojej biologicznej matki. Przecież nie odpuściłaby, prowadząc tak intensywne poszukiwania. Dla niego, dla twojego ojca, musiała być to męka, Jowi. Twój tata też coś stracił, zrozum. Stracił córkę, którą pokochał, bo była, w jego nadziejach, ulotna, jak on. Stracił Martę, zanim jeszcze ona, straciła samą siebie. Twój ojciec na pewno bardzo to przeżył. Musimy to uszanować i oddać temu stosowne zrozumienie.

Starałam się tłumaczyć to, Jowi, na zimno. Moja córka, nawet jeśli wydaje się jej inaczej, nie wie wszystkiego o małżeństwie swoich rodziców. Oszczędzałam jej tego, jak każda matka. Dziecko powinno wiedzieć dokładnie tyle, by nie wpaść w skrajność, malując portret swojej rodziny. Grunt to nie użyć zbyt wielu jasnych kredek. Dziecko powinno znać się na odcieniach czerni i brązu. Ludzie są uczynieni z prochu ziemi, a ziemia nosi się na ciemno.

Szybko zorientowałam się, że mój mąż goni za tym, co nieuchwytne. Najpierw ta kobieta, mężatka. Krótkie upojenia miłosne. W ukryciu, zakazane. Domyślałam się ich, choć miałam nadzieję, że może są cieleśnie czyste, jak mówił. Mimo wszystko, były czymś krótkotrwałym, jak obecność frontu atmosferycznego. Tylko takiej relacji, mógł oddać serce.

Czasem przyglądam się zalotom zwierząt. To prawdziwy teatr pod gołym niebem! I choć prawdziwy do ostatniej, dzikiej kropli krwi… gdy się kończy, zwierzęta zachowują się niepozornie. Jak gdyby nigdy nic, wracają w głąb swojej nieufnej natury. Do świata, w którym niemniejsze emocje, wzbudza falujący z nagła liść paproci i odgłos, niepodobny do niczego wcześniej. Do zwyczajów, które pozwolą im, dawnego kochanka, potraktować z zimną krwią, gdy zajdzie potrzeba.

– Popatrzcie! Mam wszystkie trzy!- krzyknęła pani Tamara.

Stała, ugięta pod trzema płótnami, które przytachała tu sama.

Musiała wybić nas z otchłani, które nas wciągały. Jowi z trudem oderwała się od okienka telefonu. Przeczytała w międzyczasie kilka zdań z zeznania mojego męża. Pan prokurator musi mieć spore zaufanie do mojej córki, śpiewając jej to i owo, z tajnych akt. Franek wyłuszczył policji gdzie i kiedy kupił potrzebne wkręty. Było to w sklepie Jowi, więc dała znać komu trzeba, by odszukano go na monitoringu. Czekamy.

– Tak, tak- upewniłyśmy panią Tamarę, że już wracamy do rozmowy i spojrzałyśmy na nią. Znalazła ukojenie, opierając plecy o kuchenny kredens.

– Wszystkie trzy- powiedziała, wskazując na obrazy- sygnowane są nazwiskiem Stróż. Musicie jednak wiedzieć, że Marta, zamieszkawszy w Kowalówce, żałowała, że przyjęła nazwisko Franka, jako pseudonim artystyczny. Dziś myślę, że dobrze, że go zachowała. Dzięki temu, dowiedziałyście się, że ona to ona, ku uprzejmości pana prokuratora Aureliasz…

– Aureliana- rozmarzona Jowi poprawiła panią Tamarę.

– Otóż to, dziękuję. Pseudonim- pani Tamara zręcznie wróciła do tematu. Tak więc Marta, wcześniej sądziła, że używając go, zbliża się do swoich korzeni. Potem dowiedziała się, że Stróż to żaden trop. Co więcej, zrozumiała, że nic nie powie jej również, historia samotnej kobiety, która odebrała sobie życie. Marta odnalazła rodzinę tej biedaczki, której przypisywano osierocenie małego Franka, podrzuconego potem Wydmuszce w zawiniątku.

To nie było owocne śledztwo. 
Tamta kobieta odebrała sobie życie, nie móc znieść tęsknoty za mężem, który nie wrócił po wojnie. W ciąży, z całą pewnością ,nigdy nie była. A już na pewno nie na kilka miesięcy przed samobójstwem.

Martusia żałowała też, że zasłoniła tatą Frankiem- Staszka, który był przy niej zawsze. Nawet teraz, gdy tu siedzimy, to właśnie mój brat przygotowuje pochówek Marty. Był z nią nie tylko do śmierci… A więc prawdziwie.

Gdy zamieszkała w Krakowie, widywali się ze Staszkiem, regularnie. Również na wsi, przy okazji moich, z nią, spotkań. Jeździła do niego najpierw, albo przywoziła tutaj, na wspólne nasiadówki w ogrodzie. Zrozumiała, że Staszek był bardzo dobrym ojcem. Niezmiennym. Człowieczym. A taką potrzebę miała w sobie także.

Pani Tamara oderwała obolałe plecy od prostej ścianki kredensu. Schyliła się do swoich kolan, o które, tą barwną stroną, oparła wcześniej obrazy.

Postanowiła teraz odwrócić je przodem do nas, zamaszystym gestem.

Duże. Lśniące. Wielokolorowe.

Sprawiały wrażenie żywych.

Jowi w czuprynie kolorowych włosów. Jej twarz, jak i pozostałych, zajmowała niemal całe płótno. Za nią, ruchliwe drogi pełne aut. Ponad nią, skrawek nieba, którego nie zauważa. Gdzieś przy drogach, serca powieszone na pojedynczych drzewkach. Serca bezbronne, przewleczone przez gałęzie, w zawiniątkach, podobnych do dziecięcych becików.

Zrozumiałyśmy.

Jowi łkając, podeszła, by dotknąć płótna. 
Jej dłoń snuła się po całej, sportretowanej twarzy. Widziałam, że jest pod wielkim wrażeniem. Siostra trafiła w samo sedno Jowity, której marzeniem było, by ktoś zatroszczył się o jej uczucia. Do tej pory żyjąc w biegu i romansując w biegu, gubiła siebie. Sądziła, że miłość to dyspozycyjność. Dlatego wsiadała do auta i ruszała z piskiem opon, by pocieszać tego narcystycznego doktorka. A w głębi czekała na to, że ktoś przyjedzie do niej, na odgłos jej niemych tęsknot.

Ja, namalowana byłam w odcieniach granatu i zielonego półcienia. W jakimś zakamarku domu, oświetlonym światłem świecy jedynie. Mam oczy nadpsute lekturą grubej księgi, której rąbek wystaje u dołu obrazu. Za mną puste krzesła. Na jednym z nich ślad po Keczupie. Jego czerwona sierść symbolizuje, że bywa czasem obok mnie. Resztka to pustka. Zauważam też niedomykające się z przepełnienia, drzwi spiżarni. Moje tło jest bezpieczne i niespokojne jednocześnie.

Nie skomentowałam. Uśmiechnęłam się tylko do Tamary. Moje życie zakłuło mnie pod mostkiem.

– Marta bardzo rozpaczała nad panią. Nad pani samotnością – powiedziała dyskretnie, Tamara. – Zorientowała się, że jej tata Franek, nie tylko z nią, nie chciał tworzyć rodziny. Ale także z wami nie potrafił lub nie chciał. Jechała do Kowalówki w obawie, że zastanie was pośrodku szczęścia. Spełnione. Wolne. A zobaczyła panią, tak przejmująco porzuconą.

„Jowi ma swoje życie, mawiała, wciąż ma na nie wpływ. A pani Maria, trwając przy mężu, który jest przy niej, jedynie ciałem, a właściwie jego cieniem… „

To Martę załamało. Uważała, że jej tata, umieścił panią w więzieniu tego domu. Albo jeszcze gorzej, w sztucznym pudełku, o nazwie rodzina. Zupełnie jakby wierzył w to, że rodzinność, to spacer obcych sobie ludzi, po wspólnym fragmencie domu. Czekała na panią…- skończyła cicho.

Jowi usiadła obok mnie. Złapałyśmy się za ręce. Poczułam wypełniające ją szczęście. Mimo bólu, jest szczęśliwa. Zobaczyła siebie oczami Marty. I okazał się to obraz pełen miłości, empatii i siostrzanej czułości. W przeciwieństwie do Franka, zyskała kogoś, kto ją rozumiał organicznie.

Portret mojego męża to piękny chłód. Zimne, jasne oczy. Nie patrzące wprost, ale oddane czemuś dalekiemu, zza ram obrazu. W tle kilka ostrych, choć niewielkich trąb powietrznych, zawieszonych nad fragmentem lasu i kawałkiem poplonowego pola. 
W stronę lasu rozrzuconych jest kilka dziwnych śladów, zostawionych na zwichrzonej, suchej ziemi. Niby ślady człowieka, niby dużego psa. Połączone ze sobą, wyglądają tak naturalnie, że aż zaskakująco. Po prostu pasują do siebie.

Cały Franek.

Dopiero, gdy podeszłyśmy z Jowi do pani Tamary, trzymającej portret w dłoniach, zwróciłyśmy na coś uwagę. W koronach drzew, ukryte były trzy twarze kobiet. Tylko jedna z nich, środkowa, patrzyła podobnie jak Franek. Gdzieś poza wszystko.

– Kim są te kobiety?- zapytała Jowi, wpatrując się sumiennie.

– A jak sądzisz?- zapytałam.

– No nie wiem.

– Trzy matki twojego ojca- odpowiedziałam- a tylko jedna, prawdziwa.

– Po czym poznajesz prawdziwą? – dopytywała Jowi, choć niemal nosem dotykała tych przenikliwych oczu jednej z kobiet.

Pani Tamara wychyliła głowę, by z góry spojrzeć na portret, po czym, z trudem utrzymując podobiznę Franka kolanem i jedna dłonią, palcem wskazującym uwolnionej chwilowo ręki, pokazała najpierw oczy Franka, potem tej środkowej, starszej kobiety.

– Jak to- oburzyła się Jowi- przecież matka ojca odebrała sobie życie, podobno tracąc zmysły po porodzie. Nie mogła być staruszką. Mówiłaś też, że tamta nie miała dzieci… Anna, z kolei, młoda, nie była prawdziwą matką taty…

– Dobrze mówisz, Jowi- przytaknęłam i spojrzałam na panią Tamarę.

– Czyżby Marta wyszperała gdzieś może, zdjęcie babki mojego Franka?- zapytałam.

– Marta dotarła do prawdziwego pochodzenia pani męża- odrzekła, siadając na krześle.

– Biologiczną matką pani męża, a twojego taty, Jowi, była Wydmuszka.

Kuchnia pani Tamary zamarła na chwilę.

– Halo!- Jowi wrzasnęła do komórki, dając upust emocjom, które właśnie na nas spadły.

– To tylko, ja, Aurelian- dosłyszałam, siedząc obok Jowi- zeznania twojego taty, potwierdziły się w pełni.

Nie było go w domu Marty Stróż, w czasie jej samobójstwa. Kilka osób ze wsi ,a także monitoring z twojego sklepu, potwierdził, że był tam po wkręty z sołtysem. Ale po godzinie, znów przyjechali po materiały budowlane. Potem już w gronie pracowników sołtysa, pracował przy domu, co potwierdzają wszyscy zgodnie.

Jowi rozłączyła się bez słowa. Podała mi rękę.

Ostatnie zdanie pani Tamary, wypełniło teraz kuchnię, która to znów zaczęła oddychać.

Orzeźwiającym, choć nieznanym powietrzem.