Marta mawiała, że ludzie pochodzą od proroków, dlatego naturalnie potrzebują przepowiedni i ukrytych znaczeń.
Coś w tym jest.
Nagminnie wypatrujemy znaków na niebie. Chcemy wychwycić zapowiedź ocieplenia, albo ostrzeżenie przed wiatrem. Buszujemy w Internecie, szukając prognozy pogody na najbliższe dni. Mam znajomą, u której cały dzień, bez ustanku, gra w telewizorze TVN Meteo.
Pomyślcie tylko. Na ciałach roślin, z kolei, studiujemy ślady po zbyt suchym lecie, albo bezlitosnych mrozach. Z dumą stwierdzamy, że ciemne plamy na liściach, to oznaka konkretnej przypadłości. Nie wiem czy wiecie, ale istnieje taka dolegliwość wśród gruszy. Nazywa się rdzą gruszy. Na tę chorobę, zapadają wyłącznie te osobniki, które rosną w towarzystwie jałowca. Prawda, że fascynujące? Uświadomienie sobie takich prawidłowości, jest jak chwilowe władanie językiem, który po kilku minutach, jest już znów nie do uchwycenia. Natura szybko oddala się od nas, wraz ze swoją obszerną mową. Nigdy nie pojmiemy wszystkiego. To pewne.
Dawniej, ludzie rozumieli więcej z tego, co naturalne. Ich życie było bardzo splecione z nastrojem przyrody. Dziś, pomidora urodzi laboratorium a rysy twarzy, chirurgia. Marta bolała nad tym, że jest pokoleniem, któremu świat chce stępić czujność. Nie godziła się na to. Cieszyła się jak dziecko, pokazując mi falującą płytkę paznokci u swoich dłoni. Lekarz powiedział, że to genetycznie uwarunkowane bruzdy na paznokciach, mawiała. „Jeśli nie rodzice i dziadkowie, to znaczy, że ktoś dalszy, tajemniczy przekazał mi ten gen. Ktoś, kim po trosze, jestem.”
Żebyście mnie dobrze zrozumiały, nie chodzi o zabobony. Często, po prostu prawa przyrody, dające się ująć nauką, porządkują życie wokół nas i układają się w piękne treści. Jak na przykład; te choroby wśród grusz przebywających w nieodpowiednim towarzystwie i gen Marty, który wybrał sobie dłonie, na siedlisko.
Ludzie kiedyś nie musieli mieć szkół, by znać normy wzrastania drzewek w sadzie i ptasich wędrówek. Jesteśmy teraz głusi i ślepi, w zestawieniu z nimi. Mamy jednak coś głęboko wbudowanego, jakiś czujnik symboli i drogowskazów. Marta robiła wszystko, by go w sobie odnajdywać i budzić.
Wspomniałam wam, że Marta dzieliła się ze mną swoimi poszukiwaniami. Pewnie domyślacie się, jakiego typu, przede wszystkim, były to poszukiwania. Musicie wiedzieć, że była doskonałym badaczem. Pewnie dlatego, że od tego, co wytropiła, zależało jej życie. Dziś to rozumiem.
Tak. Stawką było jej życie.
Te bzdurne, dla mnie wtedy, ślady na paznokciach, dla niej były jak kamień milowy, mający wskazywać odległość, jaka dzieli ją od źródła swoich korzeni. Niespokojne płytki paznokci, jak wzburzone fale. Teraz rozumiem, dlaczego nie dawały jej spokoju. Przecież usłyszała od lekarza: TO GENETYCZNE. Przodkowie zostawiali jej wiadomość w niej samej…
Jak mogłam to ignorować?
Paznokcie mówiły do niej zagadkowo, zapraszały do poszukiwań. Wiedziała już, że Franek nie ma takich bruzd. Od Staszka wyciągnęła, że jej matka na pewno, na dwieście procent, „miała gładkie, jak szybki w oknach, paznokietki.” Dziadkowie od strony mamy, obejrzani przez wnuczkę po tysiąckroć, też nie zdradzali podobnego genu. Na strychu ich domu, Marta spędzała godziny, by zabrać do obróbki fotografie pradziadków. Wrzucała takie zdjęcia na skaner, po czym komputerowo powiększała palce i tak długo pracowała nad paznokciami, aż wyostrzyła je piksel po pikselu.
Nic z tego. Kobiety ze zdjęć przypominały mamę i ją samą z twarzy i z sylwetki. Ale żadna nie miała podobnych dłoni, a już na pewno, nie było nikogo z takimi paznokciami, zapewniali dziadkowie. Takie rzeczy, opowiadało się sobie dawniej. W ogóle dużo się mówiło o członkach rodziny. Ktoś by pamiętał.
Nawet jeśli nie da się wystarczająco powiększyć fotografii, rozumowała Marta, powinno być zauważalne specyficzne ułożenie paznokci na skórze. A raczej, sądząc po, o wiele mniejszych możliwościach kosmetycznych, takie paznokcie, trzymałyby się stabilnie tylko u nasady, falując we wszystkie strony niemożebnie i odstając sporo od skóry, gdzie się da.
Także wśród mężczyzn, którzy umarli przed drugą wojną, najprawdopodobniej, nie było nikogo, kto mógłby ofiarować Marcie taki spadek. Oczywiście, nie wszyscy członkowie rodziny, pozując do zdjęć, mieli widoczne dłonie. Na szczęście jednak, przez jakiś czas panowała moda na ujęcia przed domem, na ławeczce, z dłońmi ułożonymi na kolanach. Zawsze też, pozostawała ta nadzieja, że ktoś nieuchwycony fotografią, nosił ten gen, co niepokoi paznokcie.
Popatrzcie, jak prawdziwe jest to zjawisko, że po śmierci, ktoś nagle nas ciekawi bardziej. Zmarły pisarz, staje się poczytniejszy. Zmarły aktor, doceniony. Zmarły rodzic, czulszy. A Marta…
Mimo tak wielkiej miłości, którą mam do niej, teraz dopiero, wydała mi się fascynującą artystką. Co innego miłość, co innego zachłyśnięcie się kimś i podążanie w kierunku, który ten ktoś wskazuje. Nie widziałam tego wcześniej, nie mogłam więc za nią pójść w jej twórczym pędzie. A przecież, gdybym poszła, próbowałabym skłonić ją do innego spojrzenia.
Marta szła w stronę rozwidlenia, które pozwalało jej wybrać jedynie między życiem, a śmiercią.
Coś spowodowało, że wybrała śmierć.
Podejrzewam…
Wszystko dokumentowała. Niczym stara wieszczka, znosiła zasuszone kwiatki, zboża, liście. Często też mech, który po latach, sypał się jak proch. Uważała, że musi zasuszyć cokolwiek, co jeszcze żyło, w ważnym dla niej momencie. Chciała zatrzymać ślad tła, krajobrazu, który towarzyszył jej w ważnej chwili. Nie była w stanie niczego już stracić. To trochę tak, jak człowiek wycieńczony chorobą wie, że nie przeżyje kolejnej infekcji, nawet drobnej. Marta, czuła, że nie uniesie kolejnej wyrwy w życiorysie.
Samej sobie zostawiała ślady; notując, malując, zbierając sumiennie wszelkie drobiazgi. Tak naprawdę, tylko ona umiała w sposób bezbłędny, odnajdywać się wśród tych symboli.
W torebce ciążyły jej kamienie, które „wchodziły jej pod buty”, jak twierdziła. Podziwiałam ją, bo panowała nad prawami, które stworzyła w tym rytuale poszukiwań i archiwizowania.
Jak w Prawie Mojżeszowym: gdy stanie się to, masz zrobić tak. Ona natomiast, na smutek, reagowała kolejną notatką, kolejnym suszkiem, analizą serca. Kiedyś zdradziła mi, że to właśnie notatki, zaprowadziły ją do jednej z ważniejszych nici jej życia. Pisała na przykład:
„Gdy odnalazłam ludzi, którzy znali niejaką Wydmuszkę, na tyle, na ile pozwalała się poznać, poczułam ulgę.”
Ten fragment dobrze zapamiętałam. Pisała go przy tym stole, przy którym właśnie siedzimy. Wróciła wtedy z wielogodzinnych rozmów z mieszkańcami Smółkowa. Objedzona, opita, gościnnością szczęśliwych staruszków, którzy, podejrzewam, nareszcie mogli komuś wysnuć opowieści swojego życia. Denerwowałam się na nią, gdy byle pijaczynie dawała na wino, by powiedział choć kapkę o rodzicach jej ojca i o nim samym…
To było archiwum emocji. Zapisała każde spotkanie z Frankiem Stróżem. Zeszłego lata, przyjechała do mnie z garścią pełną kolorowych wstążeczek. Wyglądała, jakby rozplotła warkoczyki krakowiankom i wyjęła z nich te barwne ścinki materiału. Tego dnia, wybrała najważniejsze dla siebie daty, zanotowane w starym notesie i wypisała je na wstążkach. Niezmywalnym markerem. Dokładne daty. Z godziną nawet i minutą rozpoczęcia spotkania.
Wśród tych dat, były lata jej maleńkości. Zmroziło mnie, bo do tego czasu, nigdy nie było okazji, by mi opowiedziała, jak to było z pani mężem, pani Marysiu. Z tatą Frankiem, jak nazywała go Martusia.
Tamtego dnia długo rozmawiałyśmy o nim. Dowiedziałam się, że Marta widywała swojego prawdziwego tatę, od najmłodszych lat. Dla mnie samej, było to zaskoczenie. Żyłam z dala od jej dzieciństwa. Fizycznie i emocjonalnie. Pochłaniało mnie dopracowanie kłamstwa scenicznego tak, by jak najskuteczniej stać się w umyśle widza, kimś innym, niż jestem. Przy okazji, kimś innym, także dla siebie. Chociaż na chwilę.
Nie miałam pojęcia, że Staszek i biologiczny ojciec Marty, widują się. Inna rzecz, że dopiero, gdy Marta skończyła sześć lat, dowiedziałam się z plotek, że Staszek nie jest jej ojcem. Mój brat, jak jakiś twór niespotykany, ani pisnął. Ktoś z okolic Smółkowa, okazał się być rodziną mojej gosposi. Wiecie jak to jest. Świat jest mały, a plotka szybko biega. Bez trudu mnie dosięgła i okazała się być w większości prawdziwa.
Uwierzyłam w nią od razu.
Zanim jeszcze usłyszałam jej potwierdzenie od brata.
Moja szwagierka, miała w sobie wszystkie te cechy, które czynią z kobiety kochankę, nie żonę. Staś hołubił ją i rozpieszczał. Była to pieszczota raczej pieleszy, niż romantycznego porywu. Ładne firanki, obrusy, wizyty u fryzjera i krawca. Było w tym coś złowrogiego. Nawet dla przelotnego gościa, którym byłam wtedy, zauważalne było to przedziwne zjawisko. Podobne uczucia wywołuje w nas początek thrillera, który rozpoczyna się sielską sceną. Wiemy, że musi zaraz wydarzyć się coś niepokojącego. Po prostu wiemy i dlatego nie dowierzamy ułudzie idylli.
Staszek obsesyjnie preparował szczęście i spokój w małżeństwie. A żonie było za miękko, za łatwo. Nienaturalnie, jak pomidorowi w laboratorium. Kto wie, czy nie dołożyło się do tego złe samopoczucie, gdy rak niepostrzeżenie się rozwijał. Możliwe, że właśnie to, pchnęło ją w stronę czegoś innego, nowego. Może pomyliła słabość fizyczną z potrzebą zmian? A może po prostu poddała się sercu? Nie oceniam.
Nie mam do niej żalu.
Zazdroszczę raczej, bo mi śmierć nie pomogła wywinąć się z wielkiej miłości. Zakochałam się w aktorze zanurzonym po uszy w tradycji żydowskiego teatru. Jego rodzice występowali, zaraz po wojnie, w świeżo powołanym Teatrze Żydowskim w Warszawie. Niestety, gdy nasza miłość bliska była spełnienia, wyjechali z Polski całą rodziną, pozbawieni godności i polotu. To był jedyny akcent dawnego ustroju, który zabolał mnie do głębi. Zabrał mi miłość i przechrzcił ją na obcojęzycznego wroga partii. Moja Miłość, dziś zapewne czuje się bardziej Izraelczykiem. A ja, wspominam go, jak egzotyczny sen. Czy On pamięta o mnie? Oto jest pytanie… A ja nie umiałabym znaleźć na nie odpowiedzi w taki sposób, w jaki szukała ich Marta.
Skorek, tak wołali na Martę dziadkowie, rodzice jej matki. Najczęściej babcia.
W notatkach, które Marta zostawiła u mnie kiedyś, wyczytałam coś intrygującego. Mam je gdzieś jeszcze, poczekajcie chwilę.
Tamara odchyliła się ekstremalnie, stając dęba krzesłem, na którym siedziała. Otworzyła skrzypiącą szufladę, wciskając sobie jej mosiężną rączkę w przeponę. Poniemieckie stoły, często zaszczycają szerokimi, pojedynczymi, pakownymi szufladami. Wyjęła kartkę z zeszytu. Była zapisana kształtnym pismem Marty. Nad wyraz starannym. Musiało jej bardzo zależeć, by ten tekst był czytelny. A kartka, która ostała się w posiadaniu Tamary, to z pewnością jedna z kopii. Nie dość zadowalająca. Z całą pewnością, oryginał, został przy autorce i to, honorowo zaksięgowany.
– Tamaro- wbiłam się.
– Słucham cię, Jowi.
– Przyjaźnię się od lat z kimś, kogo powinnaś poznać- powiedziałam- może dzięki tej znajomości, mogłabyś się dowiedzieć, co słychać u twojej miłości. Mam przyjaciółkę, której rodzice mieszkają od lat w Izraelu. Jej chłopak także tam pomieszkuje…- zawiesiłam głos i dałam znak, że skończyłam swoją notatkę na marginesie opowieści Tamary.
Uśmiechnęła się, dała znak, pionowo postawioną dłonią, że wrócimy do sprawy. Po czym, ruszyła dalej.
Posłuchajcie, co Marta zanotowała.
„Skorki są jednocześnie szkodliwe i pożyteczne. Podgryzają bowiem listki i płatki kwiatów a potem także czyhają na obumarłe owoce. Z drugiej strony, żywią się szkodnikami , przysługując się roślinie.
Jeśli przegonimy skorka z miejsca, w którym się ukrył, ten, będzie natychmiast szukał jakiejkolwiek innej, kryjówki dla siebie. Spróbuje wejść nam do rękawa, wcisnąć się pod but. Gdziekolwiek, by tylko znaleźć ciemną i ciasną kryjówkę. Za schronienie, służy im, wywieszone w odpowiednim miejscu, pranie.
Szczypce skorka, wbrew wielu innym poglądom, służą mu do pomocy przy składaniu skrzydeł. Bo oto: skorki są świetnymi lotnikami, jednak latają bardzo rzadko! Dlaczego? Bo rozłożenie i złożenie skrzydeł, jest bardzo czasochłonne i skomplikowane.
Wznoszenie się ponad ziemię, wystawia skorkom spory rachunek. Używając więc rzadko swoich skrzydeł, są odbierane jako paskudne, chętne do szczypania ludzkiej skóry… wchodzące do uszu, owady.
Przeczytałam, że nie jest do dziś wiadome, do czego najbardziej potrzebne są skorkom szczypce. Być może są jakimś argumentem podczas godów, być może…
Jak moje paznokcie.”
Same widzicie, moje drogie. Czytając dziś, nawet strzępy pisania Marty i dokładając do tego obrazy, które malowała…. Można się przerazić, nie wiedząc dlaczego tak rzadko, ostatnich latach, czuła się szczęśliwa. Mówiąc po skorkowemu: dlaczego tak rzadko używała skrzydeł.
Szukała. Bez przerwy. Nie ustawała w poszukiwaniach. Odnalazła wskazówkę, nawet w pseudonimie, który nadała jej babcia, zastając wnuczkę wiecznie buszującą w strychowych szpargałach.
Skorek. Nie ma już naszego skoreczka…
Pani Mario, pani mąż zjawił się w domu Staszka, niedługo po śmierci jego żony. Pobili się, ale i porozmawiali potem. Wypili ile się dało, by następnego dnia, rozejść się.
Bez wyrzutów, na które nie ma już sił, odwodnione serce i opuchnięte szczęki.
Staszek twierdzi, że Franek dziękował mu za opiekę nad ukochaną, odchodzącą w stronę wyniszczającego nowotworu. Podziękował też za zajmowanie się Martą, jak swoją… Ustalili wtedy, że mała zostanie ze Staszkiem, a Franek, będzie ją odwiedzał. Gdy wyprowadziliście się państwo do miasta, a potem hen na wieś, do Kowalówki, spotkania były rzadsze. Ale były. Marta miała dwóch ojców. I obu kochała. Choć zupełnie innym, że tak powiem, narządem.
To jej określenie. Może wy zrozumiecie z niego więcej.
Franek odwiedzał regularnie i zawsze w tej samej kolejności: grób ukochanej i swoją córkę. Staszkowi musiało pękać serce, tak myślę. On zbyt wiele uwagi poświęca formowaniu zdań o szczęściu, by ono mogło się w nich zmieścić. Cierpiał z pewnością, bo kolejny raz, nie miał czyjegoś serca tylko dla siebie. Ale zgadzał się na to. Fakt, że biologiczny ojciec, nie zamierzał odebrać mu dziecka, uspokajał go. Obrazek pozostawał nietknięty. A serca nie nosi się przecież na wierzchu. Zresztą, dom na wsi, zwłaszcza popołudniami, stwarza okazje do wzbudzania hormonów szczęścia. Takiego organicznego choćby, jeśli człowiek boi się stoczyć prawdziwą wojnę o miłość.
Marta opowiadała mi o spotkaniach z tatą Frankiem. Pamiętała je bardzo dobrze. Nie pozwalała sobie niczego zapomnieć. Od siódmego roku życia, opisywała przygody przeżyte u jego boku. Robiła to, jak na dziecko, mocno szczegółowo. Sumiennie kolekcjonowała drobiazgi, które tym wyprawom towarzyszyły. Wklejała do zeszytu kawałek kory drzewa, igły sosny lub płaski, jak naleśnik, kamyczek. Było jej dobrze. Niesfornie, jak to zwykła nazywać. Podczas gdy, Staszek pilnował nauki i wychowania, Franek zabierał ją w pola, pozwalając przy tym, swobodnie biegać jej psom. Często włóczyły się za nimi koty, które, jak psy, przybiegały na melodię swojego imienia. Poznawała las, gatunki drzew i nocne zwierzęta. Dzikość, to było coś, czego nie ośmieliłby się pokazać dziecku Staszek, opętany wizją łagodnej, porządnej rodziny. A dziewczynka potrzebowała wiedzieć, gdzie odpoczywają sarny. Pragnęła uciekać z całych sił przed dzikami, a przynajmniej narażać się na taką sytuację. Chciała leżakować wśród dzikich paproci, obierając brudnymi rękami, ugotowane jajko, które tata Franek, zawsze miał w pogotowiu, na wypadek głodu.
Było coś tragicznego w zwierzeniach Marty, rozkochanej w swoim leśnym ojcu.
Nigdy nie wziął jej do siebie.
Kiedy pytałam ją o to, może z rok temu, gdy swoje życia rozkładałyśmy na części, przy ciemnym winie, odpowiedziała bezwiednie. Prawdziwie zatem. Nigdy nie zamierzała opuszczać domu taty Staszka. Bez żadnych wątpliwości, chciała nazywać go jedynym domem. Ciągnęło ją jednak w sposób, jak to mówiła, niewyobrażalny, do Franka. Jakaś siła, niepojęta, gnała ją do tego człowieka. Chciała mu towarzyszyć w życiu. Nie tylko na jego zasadach. Pragnęła zobaczyć jego dom, posmakować jego codzienności. Od pewnego momentu, gdy dowiedziała się, że siostrę, chciała bardzo poznać ciebie, Jowi. Chciała u was bywać. Nie zamieszkać, ale móc wpadać, wiedząc, że może sama poczęstować się zupą, stojącą na piecu.
Zazdrościła ci, Jowi, że masz oboje rodziców przy sobie. Wyobrażała sobie, że Franek z żoną i wami obiema, chodzi na leśne wyprawy. Wymyśliła sobie was, tak jak Staszek swój dom. Uwierzyła w to, co podsuwały jej dziecięce pragnienia. Żyła nimi wiele lat. Pisała o tym w pamiętnikach, planując, coraz to kolejną, przerwę w szkole, na gotowaniu z Marią i Jowitą. Wiedziała od Franka, że pani, pani Mario, spędza wiele godzin w kuchni. Planowała więc najpierw ferie zimowe, spędzone na podglądaniu pani kuchennych wyczynów, potem wakacje letnie, potem, nie tracąc nadziei, kolejne ferie i wakacje… Dostosowywała plany, w zależności, gdzie mieszkaliście. Była gotowa spakować się w kilka minut i pożyć z wami, waszym idealnym życiem. Leśnym, pełnym domowego jedzenia, ale i dzikich owoców.
Franek najpierw obiecywał, że ją zaprosi, potem już tylko unikał odpowiedzi. Przyrzekła sobie, że gdy będzie dorosła i będzie miała możliwości finansowe, przeniesie się gdzieś bliżej was. Chciała poznać Jowitę, swoją siostrę, o której powiedział jej coś więcej dopiero, gdy skończyła studia. Wtedy też dał jej pieniądze, ze sprzedaży ziemi po swoich rodzicach, a jej i twoich, Jowi, dziadkach. Marta wypytywała ojca o nich, ale gdy nie uzyskała odpowiedzi, odwiedzała ludzi po domach i pytała. Pijaczkom pod sklepem, tak jak mówiłam już, kupowała wino, by tylko cokolwiek powiedzieli o jej dziadkach. Chciała poznać historię babci Anny, a przede wszystkim, prawdziwej matki Franka.
Chciała być kimś.
Nie w takim sensie, jaki dziś jest szczytem marzeń.
Chciała wiedzieć kim jest. Poszukiwała podstaw do bycia całą, kompletną. Pełnowartościową. Chroniła przedmioty, które wyszperała u dziadków na strychu. Otoczyła się wszystkim, co odziedziczyła po nich. Oni bardzo chętnie brali ja do siebie, obdarowywali. Dobrze im się powodziło. Dziadek Marty, porzucił przedwojenną pasję fotografowania, dla nowej miłości. Skupował antyki, odnawiał i sprzedawał ze sporym zyskiem. Wielu ludzi chciało pozbyć się poniemieckich mebli, co sprzyjało biznesowi. Babcia była mistrzynią intarsji, co dodawało im bogatych klientów, którzy chcieli upiększać swoje stylizowane meble.
W Kowalówce, dom miał być tylko dla niej. Pieniądze od Franka, Staszka i część schedy po zmarłych rodzicach mamy, przeznaczyła na nowy dom. Mogła nareszcie zwieść swoje skarby w jedno miejsce. Trzymać je pod kluczem i studiować każdy ich szczegół w dowolnej chwili. Tak zrobiła. Zabrała mnie tam raz jeden jedyny, na kilka godzin. Dziwiłam się, że kupiła tak odpychający dom, spowity źle pojętą nowoczesnością, do tego na ponurym osiedlu. Ale tak było najszybciej. I przy lesie, po którym miała z wami spacerować. Gotowy dom, bez remontów. Weszła i zamieszkała.
Chciała mi pokazać jak rozlokowała swoje przedmioty. Byłam zachwycona, że tak dobrze poradziła sobie z muzeum swojego życia. Skrupulatnie znalazła wszystkiemu miejsce. Niewielką kolekcję sukienek mamy, umieściła w przezroczystej gablotce. Patrzyłam na to i wiedziałam, że tę stronę siebie, ma już poukładaną. I czeka, by zapełnić te drugą, w której hula wiatr pustki.
Każdy przedmiot, który zebrała, miał historię wyciągniętą z dziadków, z kuzynów mamy… Kochała to. Potrafiła przetrzymywać latami stare gwoździe, zasuszony korzeń pietruszki. One mówią do mnie, mawiała, a ja chcę, by mówiły coraz głośniej. O mojej mamie i wszystkim co było przed nią w jej rodzinie.
Brakowało jej historii Franka. Bywał z nią, ale ledwie wspominał o was. Rzucał półsłówka, charakteryzował was ,jak dziecko w przedszkolu: Maria jest miła i pracowita, a Jowi radosna.
Obawiała się, że wiecie o niej, w najlepszym wypadku, tyle co ona o was. Ale w czterdziestym roku życia, tydzień przed przeprowadzką do Kowalówki, która miała być dla taty Franka radosną niespodzianką, zmroziło ją.
Franek był akurat w Smółkowie. Dałam jej znak i przyjechała z Krakowa, podekscytowana. Poszli razem, w otoczeniu moich wszystkich psów, w pola. Marta wróciła po kilkunastu minutach zalana łzami. Dowiedziała się, że jest niewygodną tajemnicą, że tata nie zamierzał rozwiewać dotychczasowego życia swojej żony i córki, przyznając się do niej…
Mimo wszystko, nie wycofała się z wyjazdu do Kowalówki. Uznała, że musi do was dotrzeć, dlatego zadzwoniła do was, dzień po przykrej rozmowie z Frankiem.
Chciała dać mu szanse. Sprowadzając się, liczyła na to, że tata zmięknie mając ją pod bokiem i zaprowadzi kiedyś do waszego domu. Czasem odwiedzał ją.
Pisała mi o tym, że stał się chłodny, wycofany. Jak ktoś zupełnie inny, albo ktoś, kto z dzikości, która zdawała się być dodatkiem do natury, utkał cały styl bycia. Franek był zły na Martę. Nie spodobał mu się sposób, jaki wybrała, by „porywczo nazbyt” , jego zdaniem, chcieć wejść do jego rodziny.
A przecież trwało to lat czterdzieści.
Dla ludzi to kawał czasu.
Dla ludzkich ludzi.
Czasem wpadał, pomóc coś, a to przy półkach, a to przy kranie. Okazjonalnie. Gdy próbowała poruszyć wiadomą kwestię, rzucał syk: nie teraz. Ten ton tłumaczył wszystko i zabierał jej wszystko, czego pragnęła. Teraz, kiedy mieli cały dom do budowania swoich relacji, on wpadał jak po ogień. Zupełnie, jakby umiał być ojcem wyłącznie na powietrzu, wśród rozległych pól. Codzienność, o której marzyła Marta, wywołała huragan chłodu ze strony jej taty. Kiedyś napisała mi, że gdy siedzą razem w jej salonie, w Kowalówce, czuje coś niepotykanego. Wydawało się jej, że tata Franek nie może przełknąć kawy, którą ona robi, a wręcz brzydzi się obrazami, które wyglądają z głównej ściany salonu. A przecież, to właśnie w tych rozpaczliwie smutnych obrazach, Marta chciała być przez niego odnaleziona. I uratowana.
Ale tata nie akceptował jej uczuć, ani upodobań. Wszystkiego tego, co zostaje schowane w domu, albo wnętrzu, gdy zmagasz się z długa, leśną wędrówką. Tak po prostu, fizycznie, pierwotnie. Skupiając się na rozłożeniu sił i oddechu.
Dostała jasny przekaz.
Nie będzie wspólnych obiadów i wylewania serc na blat rodzinnego stołu.
W międzyczasie obserwowała was dwie. Łudziła się, że skoro tata odwleka przedstawienie was sobie, to jednak może kiedyś ma to w planach. Nie powiedział nie… Postanowiła przed tym wydarzeniem, zebrać o was trochę informacji.
– Jak to nas obserwowała? Jakich informacji?- zapytałam, mając dreszcze na karku.
-Była dobrym badaczem, wiele widziała- odpowiedziała ze spokojem, Tamara.
Podjeżdżała czasem pod wasz dom. Z okien pokoju Marii, wieczorem, nieraz można było wiele wyczytać. Opowiadała mi o pani ogrodzie, pani Mario. Także o waszych zwierzętach. Za tobą, Jowi, jechała nieraz do samej pracy. Godzinami spacerowała, kupując cokolwiek, po hipermarkecie, w którym pracujesz. Przyglądała się, nasłuchiwała.
Cierpiała z waszego powodu.
– Dlaczego?- mama zapytała, znów zdradzając podwyższone ciśnienie i podenerwowanie.
– Miała nadzieję, że po tym, jak zadzwoniła do was i przyznała się do swojego istnienia, będziecie chciały ją poznać. Niejednokrotnie wyliczała mi ile czasu już minęło i spodziewała się, że po takim okresie, na pewno złość wam przeszła, a obudziły się uczucia. W końcu, wystarczyłoby wziąć biling połączeń, by ją odszukać, jeśli nie miałybyście czytnika połączeń przychodzących.
Chciała, abyś ty, Jowi, szukała jej. I żebyś ją odnalazła.
Starała się być nienachlana. Wiele ją kosztowało, by mijając was, trzymać dystans. Czekała. W reszcie zrozumiała, że nie chcecie jej poznać.
Celowo zaprosiła Majkę, twoją przyjaciółkę, Jowi, by jej opowiedzieć na spokojnie to, czego wy może nie chciałybyście słyszeć. Wiedziała, że między wami jest silna więź, a Majka, „duchowo czujna”, jak w mailu nazwała ją Marta, przekaże ci wszystko jak najwierniej. Marta chciała, byś zechciała ją poznać. Nie z przymusu, ale ze szlachetnych pobudek. Być może, przy okazji, miała nadzieję, że gdy pozbawi siebie życia, zaistnieje dla ciebie. Mówię: przy okazji, bo sądzę, że powód jej śmierci był głębszy.
Bardzo mocno przybiły ją wasze relacje w rodzinie. Według niej, to, co zastała, było zapowiedzią czegoś bardzo niepokojącego. Wszystko, co udokumentowała na wasz temat, wzbudzało w niej lęk. Spisała kilka nerwowych słów Franka, które wyfrunęły przed dom, uchylonym oknem, do spacerowiczki, którą była. Tata odburkiwał coś swojej żonie Marii, potem włączyła się ich córka. Pospieszna, nieskupiona na istocie rodzinnego konfliktu, raczej na swoich odczuciach. Wyłącznie.
Samotna Maria, godzinami uciekająca w ogród. Samotna Maria w kuchennym oknie. Samotna Maria z książką, wołająca koty o poranku.
„Każdy oddzielnie pcha przed sobą swój świat. Nie zapraszają siebie wzajemnie do siebie. Spotykają się na jałowym gruncie kuchni, by znów uciec, każdy w najgłębsze partie siebie.” –pisała o was.
Spacerowiczka, kobieta prowadząca wlekące się auto, cicha klientka wiejskiego sklepiku…
Marta stawała się w waszym towarzystwie wyostrzonym wzrokiem, słuchem, węchem. Niezauważalna ciałem, za to wnętrze, wypuszczała na przeszpiegi, jak najdalej.
Ponad trzydzieści lat, wyobrażała sobie waszą trójkę, jako wzór miłości, wolności i przygody, jakie tylko mogą zaistnieć między bliskimi. To, co zaobserwowała, przeraziło ją.
– Co ją tak przybiło i przeraziło?- zapytałam.
– Zszokowaliście ją, Jowi- Tamara odpowiedziała, z trudem przełykając wypowiadane słowa- Przyniosę wasze portrety. Namalowała je, będąc u mnie ostatni raz.
Patrzyłyśmy z mamą, jak ta piękna, wyprostowana dotąd kobieta, kuli się pod ciężarem czynności, której się podjęła. Zniknęła, wzdychając głośno, gdzieś za salonem.