– Może trochę przesadziłam, wciągając cię siłą do samochodu- zakomunikowałam mamie- ale, przyznaj, po numerze z ukrywaniem wizyty tego popaprańca, jesteś mi to winna.
Zasugerowałam miną, że berło władzy trzymam ja. Rozumiem matczyny lęk o moje złamane serce, ale wolałabym wiedzieć, że Marek zerwał ze mną, za pośrednictwem rodziców. Idiota. Miałam nadzieję, że mama śledzi moją mimikę, we wstecznym lusterku.
Po opuszczeniu naszych skromnych progów, przez szlacheckie stopy pana Aureliasza, czy jak mu tam, zgłosiłam nagłą potrzebę położenia się i odsapnięcia. Nie udawałam, naprawdę poczułam przesilenie. Emocjonalne przede wszystkim. Nie ma co, pan Aureliasz, czy jaka cholera, pozamiatał mi życie prywatne, niczym Perfekcyjna Pani Domu. Jemu pierwszemu, jeszcze przed powiedzeniem tego samej sobie, wyznałam na głos, że koniec z Markiem, definitywnie. Na dokładkę, w jednym momencie pomógł mi w zidentyfikować przyrodnią siostrę i pożegnać ją na zawsze. Burza oklasków, panie Dobrucki! Prokurator z ludzką twarzą… o imieniu nie do zapamiętania. Ale tak poza tym, to klasa. W końcu, całkiem sprawnie ogarnął trzeźwiejącą zołzę, jaką ośmielam się być, od czasu do czasu.
Mama trwała sztywno na tylnym siedzeniu. Jak na przesłuchaniu. Próbowała godzić się z zaistniałą sytuacją, jak to ona. Toczyła mimiczną walkę, wyciszając gonitwą myśli, swoje niespokojne oczy i usta. Jak zwykle, zależało jej na tym, by nikogo nie niepokoić. W tym wypadku mnie. Ściskała w obu dłoniach rączkę od turystycznej torby, którą rzuciłam obok niej, zatrzaskując drzwi auta i odjeżdżając spod domu, z piskiem opon. Przypomniała mi się scena z filmu „Ania z Zielonego Wzgórza”.
Ania siedziała na dworcowej ławeczce, trzymając właśnie tak, jak teraz mama, swoją poniszczoną torbę. W tobołku Ani można było wtedy zmieścić, całe jej nieszczęśliwe, sieroce życie. Ja zapakowałam mamie książkę zza oparcia jej kuchennego fotela i kilka rzeczy z wersalki. Bieliznę, Biblię, ciepłe i letnie rajstopy, odświętną chustkę, trzy spódnice i trzy bluzeczki. Do tego jeden ciepły sweter, na wszelki wypadek. Grzebień mam, pasta jest, szczoteczki są. Mamine leki mam. Koty mają w miskach dość karmy. Wody też.
Na kuchennym stole, zostawiłam ojcu kartkę, że wyjeżdżamy na dzień lub dwa. W ważnej sprawie. I tak nie ma go całymi dniami. Dla niego niewielka różnica. Byle pranie było zrobione. Zakupy może zrobić przy okazji. Niemal codziennie dogląda ogrodzenia, które niedawno skończył stawiać wokół sklepiku. Da sobie radę. Pani Joasia doradzi mu w zakupach, bez grama łaski. Będzie miał w końcu cały dzbanek kawy dla siebie przez ten czas. Ciekawe, swoją drogą, czy, gdy nas nie będzie, zarzuci piec zwyczajowo tak, by przez wiele godzin trzymał wysoką temperaturę w domu. Nie wiem, czemu mnie to zastanawia. Chyba podświadomie chciałabym wiedzieć, czy cokolwiek robi tylko dla nas. Albo chociaż dla mamy.
Teraz mi trochę głupio, że za jej plecami, wdarłam się do sypialni, w której, jej prywatności, czuły się w miarę bezpiecznie. Ale w sumie, co miałam robić? Nie mogłam zasnąć. Dzień mijał, a we mnie pączkowały myśli, do omdlenia. Ani ja, ani ona, nie chciałyśmy na gorąco rozmawiać o tym, z czym i tak będziemy musiały się zmierzyć. Zauważyłam, że gdy tylko wyszedł prokurator i zanikło całkiem, mruczenie eleganckiego mercedesa, mama wypełniła fotel ojca, jak ciecz. Każdy centymetr jej ciała, prosił o wytchnienie, o chwilę życia na wydechu. Dlatego zostawiłam ją, informując, że się kładę.
Położyć się, położyłam. To wszystko. Od rozmowy z prokuratorem, Marta Stróż nie opuszczała mojej głowy, ani na minutę. Leżałam bezczynnie z poduszką na głowie i wiedziałam, że muszę coś zrobić. Mama nie narzuciłaby mi rozmowy, choćby miała eksplodować i zalać żalem cały Wrocław. Ale nie, do cholery! Jest na to zbyt dobrze wytresowana przez ojca i swoje dzieciństwo. Słyszałam jak krząta się po kuchni, potem po korytarzu. Zrobiła obiad, zamiotła, zmyła podłogi, a nawet schody do mnie. Potem wyszła do ogrodu. Podglądałam ją. Mijały godziny. Myślałam o domu Marty, o tym co stanie się z jej obrazami, meblami. Zastanawiałam się, czy jej ojczym żyje, czy utrzymywali ze sobą kontakt. Możliwe, że Marta miała jeszcze jakieś patchworkowe rodzeństwo, jeśli jej ojczym założył ponownie rodzinę. Czy ktoś po niej płacze?
Dlaczego to zrobiła? Przecież można było porozmawiać. Coś byśmy uradzili. Znając mnie, złość przeszłaby mi, podczas jednej rozmowy, jak z Aureliaszem, to…jest panem prokuratorem. Po co zaraz targać się na swoje życie! Taka piękna kobieta, do tego uzdolniona i bogata, sądząc po cenach domów, bijących po oczach z banera, na którym zarabia czyjaś łąka, przy wjeździe do Kowalówki. Wielki napis reklamuje nowe osiedle „leśne zacisze”. Faktycznie, cicho tam. Właściciele domów, całymi dniami pracują na spłatę kredytu.
Dom Marty, z tego co odczytał z akt, Aureliasz, pfu, pan Aureliasz, był jej własnością. Chylę czoła.
Pod przysięgą poufności, nawet wobec groźby śmierci, wydarłam od pana Aureliasza, adresownik mojej …siostry, Marty. Sam przyznał, że zabrał go z jej domu, „nie do końca” informując śledczych. Tylko to. Ten maleńki adresownik, nic więcej.
Jedna czwarta zeszytu. Oprawiony zieloną, nieziemsko miękką skórką. Wewnątrz, kartki z czerpanego papieru. Położyłam go, jak relikwię, na szafce, przy łóżku. Przypatrując się mu, z pozycji leżącej, zauważyłam, że co kilka stron, jedna jest kolorowa. Skusiło mnie to, mimo, że, na samą myśl o zajrzeniu w głąb życia Marty, robiło mi się słabo. Zdecydowanie, od dziś, nie lubię już niespodzianek. Wolałabym uniknąć kolejnych.
A niech to, zajrzałam.
Te kolorowe, przepięknie malowane strony, to fantazyjnie zdobione litery alfabetu, dzielące adresownik na poszczególne grupy nazwisk. Próbowałam nie wczytywać się w nazwiska ludzi, których, w całym notatniku, było zaledwie kilka. To z pewnością nie był służbowy organizier. Aureliusz, to jest, prokurator, przyznał, że w materiałach dowodowych, zabezpieczono gruby, czarny notes. Zapisany maczkiem, często używany. Ten, który ja mam, wygląda na kupiony niedawno i użyty zaledwie kilka razy.
No i przegrałam sama ze sobą.
Mama ratowała swoje rośliny na oknem, zapewne próbując nie myśleć, albo prowadzić swoje domysły bezpiecznymi torami. Ja, wymiękłam. Maleńki notes, kopnął mnie w serce i przytrzymywał kolanami, żebym się nie wywinęła. Przynudnawy e-mail Majki, nie oddał w pełni tego, jaka mogła być prywatnie moja przyrodnia siostra. Za to, w jakiś niewytłumaczalny sposób, ten kawałek papieru poszatkowanego na kartki, obleczonego skórą… przybliżył mi ją. Moją siostrę.
Pękłam.
Do moich uszu, które nareszcie pozbyły się szumu, zaserwowanego im nieumiarkowaniem w piciu, dotarł niepokojący odgłos. To ja. Zawyłam, zalewając się wodospadem łez. Zawyłam, jak ranne zwierzę. I padłam z notesikiem na łóżko. Zeszło mi trochę, zanim szloch wytrząsł ze mnie niezgodę na kolejną stratę w moim życiu. Otrzeźwiła mnie myśl, która działała na mnie w ten sposób, od dłuższego czasu. „To wszystko wina ojca”. Tak, trzeba przyznać, że nic tak nie studziło mnie ostatnio, jak wściekłość na tego osobnika. Zastanawiam się, czy wiedział o tym, że od kilku miesięcy, niecały kwadrans piechotą od nas, mieszka jego córka. A tam. Na pewno wiedział! Tylko dlaczego, do cholery, miałby się na ten temat zająknąć?! Cholerny beton, nawet nie wspomniał, że ma córkę! Sama musiała zadzwonić… Dlaczego wtedy z nią nie porozmawiałam… Dlaczego…
Nie wybaczę tego ojcu!
Jeśli jednak utrzymywał z nią, przez te wszystkie lata, kontakt, to właśnie on, jest źródłem informacji na jej temat. Trzeba będzie się przełamać, jeśli chcę czegoś dowiedzieć się o Marcie Stróż, niecałe trzy lata starszej ode mnie, sioooostryyyyyy.
Pękałam i próbowałam nie pękać- na zmianę.
Pierwszy marca. Dobra data na spektakularne decyzje.
Wyjrzałam za okno. Szarówka dopadła mamę nad magnolią, która przygotowana jeszcze niedawno do rychłego porodu kwiatów, marzła właśnie na wskroś, pod śniegiem. No cóż. Nie ją jedną zmroziły zawirowania w aurze. Ogarnęłam się. Zaparzyłam kawę, wzięłam prysznic. Usiadłam przy stole, przy którym jeszcze niedawno piłam kawę z Majką. Dziś wydaje mi się, że od wczorajszego dnia, upłynął co najmniej rok.
Wzięłam w dłonie adresownik. Pogłaskałam jego przymilną skórkę. Ciekawe, jaka to zieleń, swoją drogą. Majka zaraz pocisnęłaby jakąś niezrozumiałą nazwą. Jak to było? Zieleń Veronese’a z domieszką cytryny? A niech to, zajrzę do maila. Tak! Zieleń trawy w ogrodzie poetów, to dokładnie ta sama zieleń, którą zafarbowano skórę notesu Marty. Już widzę, jak Majka piszczałaby z uniesienia nad tym odkryciem! Gdyby ona wiedziała co tu się dzieje teraz…
Biorę oddech, łyk kawy i zaczynam, kartka po kartce, wertować notes. Na wewnętrznej stronie okładki, maleńkimi literkami, zapis: „własność: Marta Tabiś vel Marta Stróż”.
Hmmm. Dziwne.
Nieco dalej, wpada mi w oczy kolorowe, przecudne „A”! Wokół niego ludowe malunki. Kwitnąca akacja, akordeon w dłoniach rozśpiewanego staruszka. Fantastyczne obrazy, pełne energii. Tak samo jest z”B”,” C”,” D” itd. Dopiero na literce Ż, na obrazku z żyrafą śpiącą w kurpiowskiej pościeli, zauważyłam maleńki podpis w rogu. Marta Stróż. Niebywałe! To są jej obrazy!
Położyłam notatnik, by rzucić się w wir smsowania z Majką. Zanim jednak uruchomiłam komórkę, którą zawiesiły na długo, spływające z kilku dni smsy, coś odciągnęło moją uwagę, od chęci opisania przyjaciółce tego notatnika. Po pierwsze, przypomniana naprędce , obietnica złożona Aureliuszowi, tfu, panu… Po drugie, dopiero teraz zauważyłam, ze gdy zamknęłam notes, on sam naprowadził mnie na trop. Jest wyraźnie wypracowany tylko w jednym miejscu! Jak to dobrze, że jest niemal nowy. To ułatwiło pozostawienie śladu tam, gdzie był otwierany permanentnie. Eureka!
Skasowałam wszystkie doniesienia o nieodebranych połączeniach. Marek nie Marek, pal go sześć. Z czyściutką skrzynką odbiorczą,(bo pozbyłam się wszystkich dotychczasowych wiadomości od tego płazińca), poczułam sie znacznie lepiej.
Dobra, co my tu mamy?
Literka „T” i przypisany jej obrazek.
Jezioro otoczone zielonymi w pełni drzewami. Pośrodku jeziora tratwa. Na tratwie stoi taboret, na którym siedzi jakaś kobieta. Trzyma w dłoniach coś, jakby źródło, z którego woda trafia do z powrotem do jeziora. Ciekawe.
Pod „T”, nie ma nikogo, kto nosiłby nazwisko rozpoczynające się od tej litery.
Marta, zapisała tu, swoim drobnym pismem, jedną osobę, wraz z jej danymi.
Tamara Hen
Smółkowo 34
do tego kod pocztowy, telefon, e-mail.
Wpisuję kod pocztowy w Google. Tak! To, to samo Smółkowo, z którego pochodzi moja mama i ojciec!
Zerwałam się. Spakowałam swój plecak, z którym najczęściej wyjeżdżałam do płazińca, w celach ratowania jego aury. W kilka minut zmusiłam mamę do powrotu z ogrodu, przebrania się i nie protestowania przeciw podróży.
Zanim moja kukułka z demencją zawyła na dwudziestą, byłyśmy już w moim szarym Punto. Według listy kolorów, sprawdziłam (to przez ciebie, Majka), moje Punto, jest w kolorze gołębim. Odkąd wiem, że Marta nie była zimną damą z moich podejrzeń, ale prawdziwą malarką, inaczej patrzę na Majkę. Dzięki temu, że tyle lat przebywałam jedną nogą w nierealnym świecie Majki, jestem dziś gotowa, zrozumieć świat mojej siostry. Może Majka ma rację, w tej swojej wierze w to, że ludzie wpadają na siebie, by było im raźniej?
Zobaczymy, czy pani Tamara Hen, doda nam otuchy…
Jedziemy już godzinę.
Mama zasnęła z policzkiem wtulonym we własne ramię. Droga jest całkiem przejezdna, choć zaczął prószyć śnieg. Celowo, nie wciągałam jej w rozmowę. Ja przynajmniej poleżałam po przesłuchaniu. Ona ruszyła z kopyta w pucowanie domu, potem od razu do ogrodu. Niech śpi. Potem będziemy myśleć. Zarezerwowałam nam pokój dwuosobowy w moteliku, w Zielonej Górze. Prześpimy się, zjemy tam śniadanie i w dzień ruszymy na wieś, szukać pani Tamary, którą wskazał adresownik Marty. Mojej siostry…